Cześć i czołem. Przychodzę do was z pewną ważną informacją. Zdaję sobie sprawę, że być może nikt tego nie przeczyta (co by mnie wcale nie zdziwiło, uwierzcie), ale muszę się tym z kimś podzielić.
Postanowiłam wrócić na bloggera w najbliższym czasie. Nie wiem dokładnie kiedy, może za miesiąc, dwa, albo może nawet jutro, nic nie jest wykluczone. Tylko, że nie będę kontynuować żadnej z moich dotychczasowych historii, bo zwyczajnie nie mam na nie pomysłu i szczerze mówiąc to sama już nie pamiętam o czym dokładnie były.
Będzie to coś nowego, świeżego.
I tu pojawia się pytanie, czy ktoś by to czytał?
Tak, nie piszę najlepiej, często robię masę błędów no i nie umiem wpleść swoich pomysłów do opowiadania, powodując, że jest ono, no o niczym, ale pracuję nad tym, bądźcie spokojni :D.
Decyzja, więc należy do was.
czwartek, 4 sierpnia 2016
wtorek, 31 marca 2015
Cześć.
Witam Was, kochani! Co u Was? Bo u mnie do bani. Za oknem wiatr, deszcz a nawet śnieg. Takich rewelacji to w kwietniu jeszcze nie było. No ale cóż zrobić... pogoda się zwyczajnie zbuntowała i całkowicie jest przeciwko nam. Zresztą nie tylko ona, ale i wiele innych rzeczy. Także ja mam wszystkiego dość.
No ale kurde nie o tym miałam pisać... nie o problemach, zmartwieniach czy porażkach życiowych. Otóż... chciałam Wam podziękować za te 10 miesięcy spędzonych wspólnie. Dokładnie 26 maja 2014 roku założyłam tego bloga. Wiem, że to żadna rocznica. Bo w końcu mamy 31 marca. Tak urwałam się ni z gruszki ni z pietruszki, jak to mawia moja polonistka. Ale jest ważna sprawa. Sprawa, która nurtuje mnie już od jakiegoś czasu - USUNIĘCIE BLOGÓW. Mam ich aktualnie 5, z czego jeden zawieszony. I jak wiecie nic mądrego nie potrafię napisać od... bardzo dawna. Jak już się pojawi rozdział to jakiś bez ładu i składu. Nienawidzę tego. Nienawidzę tej głupiej blokady, która nie pozwala mi sklecić jednego porządnego zdania. Dziwię się, że ktoś to czyta i komentuje. Naprawdę. Przecież aż żal patrzeć na te durne wypociny. Ech. Zastanawiam się co jest powodem tego całego zamieszania- na 100% szkoła. Ale nie tylko... już od jakiegoś czasu nie jara mnie Raura, r5 i A&A. Serial lubię oglądać, ale już nie wypatruję co tydzień nowego odcinka patrząc z utęsknieniem w ekran. To przestało mnie bawić i zachwycać. Uwierzcie mi gimnazjum zmienia ludzi - na gorsze. Wydawać by się mogło że miedzy 6 klasą a 1 gim jest nikła różnica. Ale tak naprawdę to dwie odległe od siebie światy. W podstawówce jesteś dzieckiem, a w gimnazjum...? Sam nie wiesz kim jesteś.
Przykro mi, ale... dochodzę od wniosku, że już nigdy nic tu nie napiszę. Niedługo zostaniecie dokładnie poinformowani o mojej ostatecznej decyzji.
Żegnajcie.
No ale kurde nie o tym miałam pisać... nie o problemach, zmartwieniach czy porażkach życiowych. Otóż... chciałam Wam podziękować za te 10 miesięcy spędzonych wspólnie. Dokładnie 26 maja 2014 roku założyłam tego bloga. Wiem, że to żadna rocznica. Bo w końcu mamy 31 marca. Tak urwałam się ni z gruszki ni z pietruszki, jak to mawia moja polonistka. Ale jest ważna sprawa. Sprawa, która nurtuje mnie już od jakiegoś czasu - USUNIĘCIE BLOGÓW. Mam ich aktualnie 5, z czego jeden zawieszony. I jak wiecie nic mądrego nie potrafię napisać od... bardzo dawna. Jak już się pojawi rozdział to jakiś bez ładu i składu. Nienawidzę tego. Nienawidzę tej głupiej blokady, która nie pozwala mi sklecić jednego porządnego zdania. Dziwię się, że ktoś to czyta i komentuje. Naprawdę. Przecież aż żal patrzeć na te durne wypociny. Ech. Zastanawiam się co jest powodem tego całego zamieszania- na 100% szkoła. Ale nie tylko... już od jakiegoś czasu nie jara mnie Raura, r5 i A&A. Serial lubię oglądać, ale już nie wypatruję co tydzień nowego odcinka patrząc z utęsknieniem w ekran. To przestało mnie bawić i zachwycać. Uwierzcie mi gimnazjum zmienia ludzi - na gorsze. Wydawać by się mogło że miedzy 6 klasą a 1 gim jest nikła różnica. Ale tak naprawdę to dwie odległe od siebie światy. W podstawówce jesteś dzieckiem, a w gimnazjum...? Sam nie wiesz kim jesteś.
Przykro mi, ale... dochodzę od wniosku, że już nigdy nic tu nie napiszę. Niedługo zostaniecie dokładnie poinformowani o mojej ostatecznej decyzji.
Żegnajcie.
piątek, 6 lutego 2015
Rozdział 20
*Narrator*
Brunetka, wykończona płaczem, szybko zasnęła, w ramionach blondyna. Ten, nie chcąc jej obudzić, delikatnie położył jej głowę na poduszce i przykrył kocem. Sam, po dość dużej dawce wypitego alkoholu, miał ochotę udać się do pokoju i odpłynąć. Jednak, nie potrafił tego zrobić. Być może dlatego, że wino dało mu niesamowity zastrzyk energii, albo przejął się sytuacją Laury. Otworzyła się przed nim, jak przed najlepszym przyjacielem. Ok, może niekoniecznie świadomie, lecz poczuł, że ich znajomość wkracza na pozytywne tory. Jej problemy, w jakiś sposób miały dla niego znaczenie. Tak naprawdę, skrywał swoje prawdziwe oblicze pod maską uroczego, acz złego bad boya. Po co angażować się w poważny związek, jak codziennie można mieć inna pannę? Po co pomagać innym jak wystarczy czerpać przyjemność z nękania i poniżania słabszych? Rodzina nadal myślała, że jest sobą - tym kimś, kto miał duszę artysty i był wrażliwy na udręki jakichkolwiek ludzi. Zmienił się. Od tamtego wydarzenia minął już szmat czasu, lecz jego serce co dnia krwawiło tak samo. Kierował się taką zasadą: "Jeśli ja nie mam prawa do szczęścia, to żadne obcy nie będzie mieć". Egoistyczne? Dziecinne? Durne? Oczywiście, pod każdym względem. Niestety, tak w życiu bywa - los zabiera nam to co kochamy najbardziej, a tracąc to, pozbywamy się także swojej duszy, dobrego wcielenia.
*Godzinę później*
Riker, nie chciał wracać do pustego domu. Problem w tym, że nie mógł pójść gdzie indziej. Próbował skontaktować się z Laurą, jednak ta nie odbierała jego telefonów. Zrezygnowany oparł się o jeden z słupów, starając się zachować w miarę normalny wyraz twarzy. Nadal nie mógł się pozbierać po spotkaniu z Vanessą. Wielokrotnie o niej myślał, pojawiała się nawet w jego snach. Ale zawsze jako roześmiana, wesoła idealistka, która brała od życia pełnymi garściami. Nie mógł uwierzyć, że teraz jest zgorzkniałą wiedźmą. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że ją zranił i to głęboko. Nic nie usprawiedliwiało jego czynów z przeszłości. Nic ani nikt. Mimo tego pragnął, aby była taka jak dawniej, Miał okropne wyrzuty sumienia. Jego serce podpowiadało mu, że to głównie jego wina. Gwałtowna zmiana brunetki , jej zachowania i stosunku do innych. Czuł się jak idiota. Ostatni drań. Ona właśnie go za takiego miała. Bolało cholernie. Przez jego lekkomyślność wiele wycierpiała. Chciał jej powiedzieć, że przeprasza, żałuje, wraca wspomnieniami, lecz nie mógł. Nienawidziła go. Zaraz potem oślepiło go uderzające podobieństwo. Pacnał się w czoło. Lau, była jakby kopią swojej siostry z przeszłości. Posiadała wszystkie te cechy, które kiedyś tak bardzo imponowały mu w starszej Marano. Dotarło do niego, że nie może być bezczynny. Nessie pozwolił odejść, ale jej nie tego nie zrobi. O nie! Zacisnął dłonie w pięść i z impetem ruszył przed siebie. Był gotów rzucić się na każdego, kto tylko mu przeszkodzi w zdobyciu serca ślicznej szatynki.
*Oczami Laury*
Lenistwo całkowicie mnie ogarnęło, pozbawiło tej adrenaliny, którą nosiłam w sobie, gdy tu przyszłam. Teraz miałam ochotę po raz kolejny zwinąć się w kłębek i zasnąć. Niestety... nie byłam przecież u siebie, tylko w domu kogoś, kto może mnie w każdej chwili zgwałcić. Na samą myśl, otrząsnęłam się i zamaszystym ruchem zrzuciłam z siebie okrycie. Po cichu wstałam i przeciągnęłam się jak kot. Z kuchni usłyszałam ciche brzdąkanie gitary, a gdy podeszłam trochę bliżej - również słowa piosenki, które dobrze znałam. Wiem, że powinnam zwyczajnie do niego pójść, ale nie potrafiłam oprzeć się świadomości, że to coś osobistego. Coś, czego nie mogłam przerwać. Jakby proces twórczy czy coś w tym stylu.
- Skoro już mnie słyszałaś, a ja ciebie zauważyłem to może nie warto się ukrywać, co mała? - uśmiechnął się zadziornie, ukazując szereg białych ząbków. Westchnęłam i nie patrząc na niego usiadłam przy stole.
- Nie mów od mnie mała - wycedziłam, czując napływająca w moje żyły krew.
- Co jest? - spytał z udawaną powagą.
- Nic. Zresztą... co cię to obchodzi?! - znowu zachciało mi się krzyczeć.
- Jeszcze niedawno byłaś całkiem słodka - mruknął, licząc, że tego nie usłyszę.
- A ty całkiem NIE zboczony. - skwitowałam,
- Aha. I nie przeszkadzało ci to, gdy tuliłaś się do mnie jak napalona.
- Kierowały mną emocje debilu! Ale z tego co widzę, ty zawsze taki byłeś. Hamowaty i śliniący się na widok każdej laski. - prychnęłam. Miałam gdzieś jego dziwne spojrzenie, które teraz we mnie wlepiał. Odsunęłam się krok dalej, i wpadłam na szafkę. Oparłam się o nią i skrzyżowałam ręce na piersiach. Kątem oka, dostrzegłam, że Rossa zmierza w moją stronę. Nic sobie z tego nie robiłam, do czasu, gdy dzielił nas zaledwie centymetrowy dystans. Pomieszczenie było sporawe, ale czy miałam gdzie uciec? I czy w ogóle tego chciałam? Za te słowa, wyrzucałam sobie w myślach, jaka to ze mnie idiotka.
- Czemu uważasz, że myślę tylko o seksie?! - wyszeptał mi na ucho. Na plecach poczułam dreszcz. - Nie zauważyłaś, że zazwyczaj kiedy między nami do czegoś dochodziło, to nie byłaś przeciwna?
O cholerka... miał racje. Nigdy nie odepchnęłam go. Ale czy byłam gotowa to zrobić po pijaku! Nie sądzę.
- Słuchaj Ross - rzekłam stanowczo. - Mam dość problemów na głowie, żeby jeszcze zamartwiać się tobą. Przykro mi, ale nie będę z tobą dyskutowała na temat współżycia.
- To nie dyskutujmy o tym! Od razu przejdźmy do sedna - uniósł ręce do góry, chcąc zdjąć koszulkę. Przymknęłam powieki. Jego zachowanie było... nieobliczalne.
- Lynch - syknęłam. - Nie rozumiem cię. Już mnie prawie przeleciałeś. Nie wystarczy?
- Nie mała. "Prawie" robi wielką różnicę!
- Okey. W takim razie - jestem twoja - poddałam się. Oczywiście, w głowie miałam wykluty plan. Nigdy nie straciłabym dziewictwa z pustym debilem.
- Hm.. to mi się podoba - oblizał usta z podniecenia, a potem brutalnie zerwał ze mnie koszulkę, zdecydowanymi ruchami dotykając moich piersi. Miałam ochotę zwymiotować. Rzucić się na niego i z całej siły okładać pięściami. Lecz wtedy mój pomysł nie został by wcielony w życie. Dlatego też zaczęłam współpracować z chłopakiem. Pocałowałam go delikatnie w szyję. Pachniał dziwnie.. męsko?! Zaciągnęłam się zapachem i jęknęłam. Czy on mi właśnie włożył palec do tyłka? A mi się to spodobało. Muszę coś z tym zrobić! Na moje szczęście jednak ktoś wszedł do domu. Ross jednak nie wyglądał. jakby się tym przejmował. Co on wyprawia?! Działałam w stresie. Osoba, która pojawiła się w mieszkaniu, za minutkę znajdzie mnie i JEGO w dwuznacznej sytuacji. Zrobiło mi się gorąco. Chciałam odepchnąć od siebie ciało brązowookiego i przywalić mu z całej siły z liścia, ale nie zdążyłam. Ktoś mi przeszkodził. Natychmiastowo odwróciłam się o 180 stopni, Za mną, ze łzami w oczach stał Riker. Patrzył to na mnie, to na swojego brata, nie dowierzając w to co zobaczył. Stałam tak w osłupieniu, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa. Było mi okropnie wstyd.
- Lau? Czy ty z nim... - przełknął głośno ślinę, jakby ostatnie, acz kluczowe słowo nie mogło przejść mu przez gardło - Spałaś?
- Nie... - pokręciłam przecząco głową. W głowie kotłowało mi się wiele myśli. Co miałam na swoje usprawiedliwienie? Żadnych sensownych argumentów. - A tak w ogóle, to co cię to obchodzi, co? Masz własne kłopoty i nimi się zajmuj! Nie mam zamiaru przez całe życie brać na siebie całej winy i tłumaczyć się z każdej głupoty, która zrobiłam choćby niechcący. Mam tego kuźwa dosyć. - wybuchłam. Czułam, że tego potrzebowałam. Inaczej mój łeb by eksplodował od nadmiaru wrażeń ostatnich dni. Mimo tego, to i tak nie był koniec. Czekało mnie jeszcze wiele porażek i uniesień emocjonalnych. Westchnęłam, kątem oka spoglądając na zaskoczonych blondynów. Z podłogi podniosłam bluzkę i zwyczajnie wyszłam z tego lokum. Bez pośpiechu, po drodze wdziewając ubranie. Miałam nadzieję, że dobrze postąpiłam. Opieprzyłam Rikera - i jest mi z tym wspaniale!
*Godzinę później*
Riker, nie chciał wracać do pustego domu. Problem w tym, że nie mógł pójść gdzie indziej. Próbował skontaktować się z Laurą, jednak ta nie odbierała jego telefonów. Zrezygnowany oparł się o jeden z słupów, starając się zachować w miarę normalny wyraz twarzy. Nadal nie mógł się pozbierać po spotkaniu z Vanessą. Wielokrotnie o niej myślał, pojawiała się nawet w jego snach. Ale zawsze jako roześmiana, wesoła idealistka, która brała od życia pełnymi garściami. Nie mógł uwierzyć, że teraz jest zgorzkniałą wiedźmą. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że ją zranił i to głęboko. Nic nie usprawiedliwiało jego czynów z przeszłości. Nic ani nikt. Mimo tego pragnął, aby była taka jak dawniej, Miał okropne wyrzuty sumienia. Jego serce podpowiadało mu, że to głównie jego wina. Gwałtowna zmiana brunetki , jej zachowania i stosunku do innych. Czuł się jak idiota. Ostatni drań. Ona właśnie go za takiego miała. Bolało cholernie. Przez jego lekkomyślność wiele wycierpiała. Chciał jej powiedzieć, że przeprasza, żałuje, wraca wspomnieniami, lecz nie mógł. Nienawidziła go. Zaraz potem oślepiło go uderzające podobieństwo. Pacnał się w czoło. Lau, była jakby kopią swojej siostry z przeszłości. Posiadała wszystkie te cechy, które kiedyś tak bardzo imponowały mu w starszej Marano. Dotarło do niego, że nie może być bezczynny. Nessie pozwolił odejść, ale jej nie tego nie zrobi. O nie! Zacisnął dłonie w pięść i z impetem ruszył przed siebie. Był gotów rzucić się na każdego, kto tylko mu przeszkodzi w zdobyciu serca ślicznej szatynki.
*Oczami Laury*
Lenistwo całkowicie mnie ogarnęło, pozbawiło tej adrenaliny, którą nosiłam w sobie, gdy tu przyszłam. Teraz miałam ochotę po raz kolejny zwinąć się w kłębek i zasnąć. Niestety... nie byłam przecież u siebie, tylko w domu kogoś, kto może mnie w każdej chwili zgwałcić. Na samą myśl, otrząsnęłam się i zamaszystym ruchem zrzuciłam z siebie okrycie. Po cichu wstałam i przeciągnęłam się jak kot. Z kuchni usłyszałam ciche brzdąkanie gitary, a gdy podeszłam trochę bliżej - również słowa piosenki, które dobrze znałam. Wiem, że powinnam zwyczajnie do niego pójść, ale nie potrafiłam oprzeć się świadomości, że to coś osobistego. Coś, czego nie mogłam przerwać. Jakby proces twórczy czy coś w tym stylu.
- Skoro już mnie słyszałaś, a ja ciebie zauważyłem to może nie warto się ukrywać, co mała? - uśmiechnął się zadziornie, ukazując szereg białych ząbków. Westchnęłam i nie patrząc na niego usiadłam przy stole.
- Nie mów od mnie mała - wycedziłam, czując napływająca w moje żyły krew.
- Co jest? - spytał z udawaną powagą.
- Nic. Zresztą... co cię to obchodzi?! - znowu zachciało mi się krzyczeć.
- Jeszcze niedawno byłaś całkiem słodka - mruknął, licząc, że tego nie usłyszę.
- A ty całkiem NIE zboczony. - skwitowałam,
- Aha. I nie przeszkadzało ci to, gdy tuliłaś się do mnie jak napalona.
- Kierowały mną emocje debilu! Ale z tego co widzę, ty zawsze taki byłeś. Hamowaty i śliniący się na widok każdej laski. - prychnęłam. Miałam gdzieś jego dziwne spojrzenie, które teraz we mnie wlepiał. Odsunęłam się krok dalej, i wpadłam na szafkę. Oparłam się o nią i skrzyżowałam ręce na piersiach. Kątem oka, dostrzegłam, że Rossa zmierza w moją stronę. Nic sobie z tego nie robiłam, do czasu, gdy dzielił nas zaledwie centymetrowy dystans. Pomieszczenie było sporawe, ale czy miałam gdzie uciec? I czy w ogóle tego chciałam? Za te słowa, wyrzucałam sobie w myślach, jaka to ze mnie idiotka.
- Czemu uważasz, że myślę tylko o seksie?! - wyszeptał mi na ucho. Na plecach poczułam dreszcz. - Nie zauważyłaś, że zazwyczaj kiedy między nami do czegoś dochodziło, to nie byłaś przeciwna?
O cholerka... miał racje. Nigdy nie odepchnęłam go. Ale czy byłam gotowa to zrobić po pijaku! Nie sądzę.
- Słuchaj Ross - rzekłam stanowczo. - Mam dość problemów na głowie, żeby jeszcze zamartwiać się tobą. Przykro mi, ale nie będę z tobą dyskutowała na temat współżycia.
- To nie dyskutujmy o tym! Od razu przejdźmy do sedna - uniósł ręce do góry, chcąc zdjąć koszulkę. Przymknęłam powieki. Jego zachowanie było... nieobliczalne.
- Lynch - syknęłam. - Nie rozumiem cię. Już mnie prawie przeleciałeś. Nie wystarczy?
- Nie mała. "Prawie" robi wielką różnicę!
- Okey. W takim razie - jestem twoja - poddałam się. Oczywiście, w głowie miałam wykluty plan. Nigdy nie straciłabym dziewictwa z pustym debilem.
- Hm.. to mi się podoba - oblizał usta z podniecenia, a potem brutalnie zerwał ze mnie koszulkę, zdecydowanymi ruchami dotykając moich piersi. Miałam ochotę zwymiotować. Rzucić się na niego i z całej siły okładać pięściami. Lecz wtedy mój pomysł nie został by wcielony w życie. Dlatego też zaczęłam współpracować z chłopakiem. Pocałowałam go delikatnie w szyję. Pachniał dziwnie.. męsko?! Zaciągnęłam się zapachem i jęknęłam. Czy on mi właśnie włożył palec do tyłka? A mi się to spodobało. Muszę coś z tym zrobić! Na moje szczęście jednak ktoś wszedł do domu. Ross jednak nie wyglądał. jakby się tym przejmował. Co on wyprawia?! Działałam w stresie. Osoba, która pojawiła się w mieszkaniu, za minutkę znajdzie mnie i JEGO w dwuznacznej sytuacji. Zrobiło mi się gorąco. Chciałam odepchnąć od siebie ciało brązowookiego i przywalić mu z całej siły z liścia, ale nie zdążyłam. Ktoś mi przeszkodził. Natychmiastowo odwróciłam się o 180 stopni, Za mną, ze łzami w oczach stał Riker. Patrzył to na mnie, to na swojego brata, nie dowierzając w to co zobaczył. Stałam tak w osłupieniu, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa. Było mi okropnie wstyd.
- Lau? Czy ty z nim... - przełknął głośno ślinę, jakby ostatnie, acz kluczowe słowo nie mogło przejść mu przez gardło - Spałaś?
- Nie... - pokręciłam przecząco głową. W głowie kotłowało mi się wiele myśli. Co miałam na swoje usprawiedliwienie? Żadnych sensownych argumentów. - A tak w ogóle, to co cię to obchodzi, co? Masz własne kłopoty i nimi się zajmuj! Nie mam zamiaru przez całe życie brać na siebie całej winy i tłumaczyć się z każdej głupoty, która zrobiłam choćby niechcący. Mam tego kuźwa dosyć. - wybuchłam. Czułam, że tego potrzebowałam. Inaczej mój łeb by eksplodował od nadmiaru wrażeń ostatnich dni. Mimo tego, to i tak nie był koniec. Czekało mnie jeszcze wiele porażek i uniesień emocjonalnych. Westchnęłam, kątem oka spoglądając na zaskoczonych blondynów. Z podłogi podniosłam bluzkę i zwyczajnie wyszłam z tego lokum. Bez pośpiechu, po drodze wdziewając ubranie. Miałam nadzieję, że dobrze postąpiłam. Opieprzyłam Rikera - i jest mi z tym wspaniale!
***
No cześć...
Nie chcę się wypowiadać na temat rozdziału. Nie umiem ocenić tego, co spieprzyłam. I dobrze mi z tym.
Pozdrawiam wasza na zawsze ♥
czwartek, 1 stycznia 2015
Rozdział 19
....Vanessą! Blondyn, z wrażneia upuścił bukiet kwatów, który sturlał sie po schodkach.
- Co ty tu robisz? - natychmiast się wyprosotwał i zamknął usta.
- Mieszkam... A ty? - uniosła jedną brew z lekkim niedowierzaniem.
- Chyba pomyliłem adresy.... - przyłożył dłoń do zimnych ust i wycofał się ciut dalej pozwalając przejść dziewczynie. Ta, z impetem trzasnęłą drzwaimi, stając oko w oko w Rikerem.
- Kogo szukasz? - zapytała.
- Laury.... - wzruszyła ramionami. - Pewnie nie znasz.
- To moja siostra idioto! - pacnęła go w głowę podenerwowana. Ten, odskoczył jak oparzony.
- Żartujesz sobie ze mnie? Powiedz, że tak! - wykrzyknął.
- Nie! Rozczaruje cię, ale to prawda. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. - pogroziła palcem i weszła do środka, zostawiając chłopaka w osłupieniu. Nastolatek, nie mając co ze sobą począć, podreptał z powrotem do parku. Tam, zrezygnowany usiadł na drewnianej ławce i zatopił się własnych myślach. Teraz głupie wydawało mu się to, że nie zauważył, że Laura to siostra Nessy. Gdyby tylko wiedział, to... nigdy nie pakowałby się w takie bagno. Ale zależało mu na brunetce. Nic nie umiał poradzić na swoją fascynację.
- Co ty tu robisz? - natychmiast się wyprosotwał i zamknął usta.
- Mieszkam... A ty? - uniosła jedną brew z lekkim niedowierzaniem.
- Chyba pomyliłem adresy.... - przyłożył dłoń do zimnych ust i wycofał się ciut dalej pozwalając przejść dziewczynie. Ta, z impetem trzasnęłą drzwaimi, stając oko w oko w Rikerem.
- Kogo szukasz? - zapytała.
- Laury.... - wzruszyła ramionami. - Pewnie nie znasz.
- To moja siostra idioto! - pacnęła go w głowę podenerwowana. Ten, odskoczył jak oparzony.
- Żartujesz sobie ze mnie? Powiedz, że tak! - wykrzyknął.
- Nie! Rozczaruje cię, ale to prawda. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. - pogroziła palcem i weszła do środka, zostawiając chłopaka w osłupieniu. Nastolatek, nie mając co ze sobą począć, podreptał z powrotem do parku. Tam, zrezygnowany usiadł na drewnianej ławce i zatopił się własnych myślach. Teraz głupie wydawało mu się to, że nie zauważył, że Laura to siostra Nessy. Gdyby tylko wiedział, to... nigdy nie pakowałby się w takie bagno. Ale zależało mu na brunetce. Nic nie umiał poradzić na swoją fascynację.
*Oczami Laury*
Po męczących zakupach z Van, odpoczywałam. Leżałam na łóżku, zapominając o całym świecie. Starałam się, nie zadreczać sie problemami. Niestety, przypominał mi o nich dzwoniacy w kółko telefon. Zdenerowowana po kilku ninutach odebrałam. Dzwonił jakiś nieznany numer. Mimo chwilowego namysły, odebrałam. Pewnie znowu jakaś chora propozycja pożyczki w banku. Zdziwiłam się jednak, gdy w słuchawce usłyszałam dziwny głos...
Anonim: Zabiję cię suko, rozumiesz?! A potem poćwiartuję, ukatrupię i nie wiadomo co jeszcze.
Laura: Pszepraszam, ale chyba pani pomyliła numery...
A: Nie! Uwierz mi, lepiej miej się na baczności. Obserwuję cię!
Chciałam jeszcze coś dodać, ale usłyszałam głośne "bip". To był dziwny telefon. O co mogło chodzić? Zapewne babsztyl pomylił numery. Ugh... kolejna rzecz która wytrąca mnie z równowagi w tym mieście. Czy tak od teraz będzie wyglądało moje życie? Pełne dziwnych i niekoniecznie fajnych niespodzianek? Miałam dosyć... Wiem, że wyłamywałam się wcześnie, ale co poradzić? Nie pasuje do tego otoczenia.
- Laura, musimy porozmawiać - z dołu dobiegł mnie stanowczy głos mojej siostry. Z wielką niechęcią, wstałam i zeszłam po schodach. Tam, na stole, czerwona jak burak, siedziała właśnie Van.
- Coś się stało.. - nie dokończyłam, bo czarnowłosa, gwałtownie mi przerwała.
- Tak i to dużo! - uniosła ręce ku górze, prosząc niebiosa o łaskę. - Romansów ci się zachciało, tak?! Przyjeżdżamy do nowego miasta, a ty od razy na podryw, hę? Nie spotkasz się z nim więcej, zrozumiano? - krzyczała, jak opętana. Odsunęłam się od niej, na kilka metrów, bojąc się, że zaraz puszcza jej nerwy i rzuci się na mnie.
- O co ci do jasnej cholery chodzi?
- Ty już dobrze wiesz. I zapamiętaj, jeśli jeszcze raz się z nim spotkasz - gorzko pożałujesz. - wycedziła przez zęby i pobiegła do swojego królestwa. Ja, natomiast, usadowiłam się na krześle, nie potrafiąc się otrząsnąć po zaskakującym ataku. O kogo jej chodziło? O Chrisa? Przecież ona nic o nim nie wiedziała. Och... i znowu, czuję się wszystkiemu winna. Dlaczego? To jej sprawa. Będę robić co chcę... - pomyślałam i po chwili wybuchnęłam głośnym płaczem. Łzy, ciekły mi strumieniami, lecz nie robiłam nic, by je zatamować. Nie zważałam, na to, że makijaż mi się rozmazał i wyglądam jak potwór. Czy w ogóle JA jeszcze dla kogoś byłam kimś? W akcie desperacji, zadzwoniłam do Chrisa. On jedyny będzie wiedział, jak mnie pocieszyć.
Ja: Cześć kochanie... mógłbyś do mnie przyjść? Potrzebuję cię..
Ch: Ee... wiesz, nie mam pojęcia kim jesteś, ale Chris, jest w tej chwili ze mną. Na randce, tyle że wyszedł do ubikacji. A coś mu przekazać?
Ja: Nie...
Ch: Ty jesteś Lau, jego kuzynka, nie?
KONIEC ROZMOWY.
O co tu chodziło? Kuzynka? Co ona pieprzyła? Ja się chyba dzisiaj wykończę! - krzyknęłam i wybiegłam na ulicę. Nic mnie już nie obchodziło. Biegłam przed siebie, mimo tego, że mgła przysłaniała mi widoczność. W pewnej chwili na kogoś wpadłam. Wybąknęłam ciche "przepraszam' i chciałam znów rzucić się pędem przed siebie, ale czyjeś silne ramiona mi na to nie pozwoliły.
- Wszystko w porządku? - spojrzałam na chłopaka, który wypowiedział te słowa. Był to ROSS. Już koniec ze mną.
- A co cię to obchodzi? - łkałam. - Masz innych w dupie i żyjesz jak pączek w maśle. Co o mnie możesz wiedzieć?
- Uspokój się - przysunął się do mnie i spojrzał prosto w oczy. - Powiedz co się stało.
- Nie będę ci się zwierzać. - tupnęłam noga ze złości.
- Myślisz, że puszczę cię samą w tym stanie gdziekolwiek? To się grubo mylisz. - pokręcił głową, złapał mnie w talii i ułożył sobie na ramieniu. Na początku, kopałam, go gryzłam i wrzeszczałam jak dzika, ale uznałam, że to się na nic nie zda. Był potężniejszy. Teraz byłam jego marionetką.
- Okey, jesteśmy u mnie, Tylko zdejmij buty, bo Ryd posprzątała i znowu będzie hałas.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spytałam, posłusznie rozwiązując obuwie.
- Bo jestem baaaaardzo miły - rzucił sarkastycznie, wpuszczając mnie do salonu. Mimo woli, uśmiechnęłam się.
- I od razu jesteś ładniejsza - zaśmiał się po nosem. Dałam mu kuksańca w bok i pogroziłam palcem. Z dziwnym uczuciem, stwierdziłam, że zrobiłam to tak jakoś... przyjacielsko. Nie z wrogim odniesieniem.
- Napijesz się czegoś?
- Wina. - westchnęłam. Po dzisiejszych przygodach, przyda mi się łyk czegoś mocniejszego.
- Wow... grzeczna Marano, zmienia się w niegrzeczną kotkę, co?
- Nie, po prostu.. mam dzień.. - powiedziałam wymijająco.
- Nie chcesz, to nie mów.
- Dziwne, że nie naciskasz - myślałam na głos.
- Hm... powiedzmy, że dzisiaj mam dobry dzień - odparł, naśladując mnie. Po raz kolejny tego wieczoru udało mu się mnie rozbawić. Brawo Lynch.
- Ok... będę w salonie. Sam doniesiesz wszystko? - uniosłam brew do góry.
- A czy mam dłuuuugiego kolegę? - po tym stwierdzeniu, wybuchnęłam gromkim śmiechem.
- Oj Marano, Marano... huśtawka nastrojów się kłania - westchnął i złapał w jedną rękę dwa kieliszki, a w drugą pełną butelkę czerwonego, markowego wina. Złapałam się pod boki, przeklinając swoją głupotę i podreptałam do eleganckiego pokoju. Z ulgą rozsiadłam się na kanapie i przyłożyłam twarz do poduszki. Byłam wykończona.
- Pewnie, czuj się jak u siebie - zachichotał i usiadł obok mnie. Wzięłam jedną lampkę wina i... ja ręką odjął. Poczułam, jak rosnące ciepło, rozchodzi się po całym moim ciele.
- I co.. smakuje? - mrugnął, z tym dziwnym błyskiem w czekoladowych oczach. Zaczęłam mu się przyglądać. Dotarło do mnie, że jest nie tylko oszołamiająco arogancki i wkurzający, ale też przystojny. - Słyszysz?
- Ee... tak - speszyłam się. - Jest pyszne.
- Cieszę się. - znów to samo. Ten dziwny błysk...
- Ross, przestań! - wykrzyknęłam, wiedząc co planuje.
- Ale o co ci chodzi? - przybliżył się do mnie, ukazując szereg białych ząbków.
- Znowu to robisz! Skończ z tym, bo i tak nic nie wskórasz. - pokazałam mu język.
- Nic nie robię.. ale ty chyba tak... - usiadł blisko mnie. Stanowczo, za blisko. Nasze nogi się stykały. Wtedy, wytknął swój niebywale długi jęzor i pomachał mi nim nad twarzą.
- Jesteś obleśny... - wykrzywiłam twarz z obrzydzenia.
- Nie, to nie. - warknął - A co powiesz, na to, żebyśmy zakończyli ten swój konflikt i... zakumplowali się? Oczywiście nie mówię o przyjaźni, bo jesteś trochę... - podrapał się ręką po plecach, odwracajac twarz.
- Sugerujesz coś? Wiesz... nie obchodzi mnie, to bo nie będę się przyjaźnić z kimś kto jest hamskim idiotą! - prychnęłam.
- WTF? A ty jesteś zołzą. Myślisz, że jesteś najlepsza i ciągle się nad soba użalasz.
- Nieprawda! - uderzył w mój czuły punkt. Poczułam, jak oczy mi się szklą. NIE, NIE, NIE! Nie mogę mu pokazać, że ma rację. - Ty nic nie wiesz...
- Czyżby?
- Zostaw mnie! - odepchnęłam go i... ręką otarłam łzy, które wydostały się na zewnątrz.
- Ej... dobra, ale nie płacz. Przepraszam, nie chciałem cię urazić. - wyznał ze skruchą.
- Za późno. - po raz kolejny dałam upust łzom. Moje ciało, całe się trzęsło, potrzebowałam bliskości.
- Mała, no! Przestań natychmiast. - podniósł głos i objął mnie. Potem, bez namysłu, przytuliłam się do jego klatki piersiowej, wypluwając wszystko co mi leży na sercu, niczym armata. On milczał, głaskając mnie delikatnie po plecach.
Anonim: Zabiję cię suko, rozumiesz?! A potem poćwiartuję, ukatrupię i nie wiadomo co jeszcze.
Laura: Pszepraszam, ale chyba pani pomyliła numery...
A: Nie! Uwierz mi, lepiej miej się na baczności. Obserwuję cię!
Chciałam jeszcze coś dodać, ale usłyszałam głośne "bip". To był dziwny telefon. O co mogło chodzić? Zapewne babsztyl pomylił numery. Ugh... kolejna rzecz która wytrąca mnie z równowagi w tym mieście. Czy tak od teraz będzie wyglądało moje życie? Pełne dziwnych i niekoniecznie fajnych niespodzianek? Miałam dosyć... Wiem, że wyłamywałam się wcześnie, ale co poradzić? Nie pasuje do tego otoczenia.
- Laura, musimy porozmawiać - z dołu dobiegł mnie stanowczy głos mojej siostry. Z wielką niechęcią, wstałam i zeszłam po schodach. Tam, na stole, czerwona jak burak, siedziała właśnie Van.
- Coś się stało.. - nie dokończyłam, bo czarnowłosa, gwałtownie mi przerwała.
- Tak i to dużo! - uniosła ręce ku górze, prosząc niebiosa o łaskę. - Romansów ci się zachciało, tak?! Przyjeżdżamy do nowego miasta, a ty od razy na podryw, hę? Nie spotkasz się z nim więcej, zrozumiano? - krzyczała, jak opętana. Odsunęłam się od niej, na kilka metrów, bojąc się, że zaraz puszcza jej nerwy i rzuci się na mnie.
- O co ci do jasnej cholery chodzi?
- Ty już dobrze wiesz. I zapamiętaj, jeśli jeszcze raz się z nim spotkasz - gorzko pożałujesz. - wycedziła przez zęby i pobiegła do swojego królestwa. Ja, natomiast, usadowiłam się na krześle, nie potrafiąc się otrząsnąć po zaskakującym ataku. O kogo jej chodziło? O Chrisa? Przecież ona nic o nim nie wiedziała. Och... i znowu, czuję się wszystkiemu winna. Dlaczego? To jej sprawa. Będę robić co chcę... - pomyślałam i po chwili wybuchnęłam głośnym płaczem. Łzy, ciekły mi strumieniami, lecz nie robiłam nic, by je zatamować. Nie zważałam, na to, że makijaż mi się rozmazał i wyglądam jak potwór. Czy w ogóle JA jeszcze dla kogoś byłam kimś? W akcie desperacji, zadzwoniłam do Chrisa. On jedyny będzie wiedział, jak mnie pocieszyć.
Ja: Cześć kochanie... mógłbyś do mnie przyjść? Potrzebuję cię..
Ch: Ee... wiesz, nie mam pojęcia kim jesteś, ale Chris, jest w tej chwili ze mną. Na randce, tyle że wyszedł do ubikacji. A coś mu przekazać?
Ja: Nie...
Ch: Ty jesteś Lau, jego kuzynka, nie?
KONIEC ROZMOWY.
O co tu chodziło? Kuzynka? Co ona pieprzyła? Ja się chyba dzisiaj wykończę! - krzyknęłam i wybiegłam na ulicę. Nic mnie już nie obchodziło. Biegłam przed siebie, mimo tego, że mgła przysłaniała mi widoczność. W pewnej chwili na kogoś wpadłam. Wybąknęłam ciche "przepraszam' i chciałam znów rzucić się pędem przed siebie, ale czyjeś silne ramiona mi na to nie pozwoliły.
- Wszystko w porządku? - spojrzałam na chłopaka, który wypowiedział te słowa. Był to ROSS. Już koniec ze mną.
- A co cię to obchodzi? - łkałam. - Masz innych w dupie i żyjesz jak pączek w maśle. Co o mnie możesz wiedzieć?
- Uspokój się - przysunął się do mnie i spojrzał prosto w oczy. - Powiedz co się stało.
- Nie będę ci się zwierzać. - tupnęłam noga ze złości.
- Myślisz, że puszczę cię samą w tym stanie gdziekolwiek? To się grubo mylisz. - pokręcił głową, złapał mnie w talii i ułożył sobie na ramieniu. Na początku, kopałam, go gryzłam i wrzeszczałam jak dzika, ale uznałam, że to się na nic nie zda. Był potężniejszy. Teraz byłam jego marionetką.
- Okey, jesteśmy u mnie, Tylko zdejmij buty, bo Ryd posprzątała i znowu będzie hałas.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spytałam, posłusznie rozwiązując obuwie.
- Bo jestem baaaaardzo miły - rzucił sarkastycznie, wpuszczając mnie do salonu. Mimo woli, uśmiechnęłam się.
- I od razu jesteś ładniejsza - zaśmiał się po nosem. Dałam mu kuksańca w bok i pogroziłam palcem. Z dziwnym uczuciem, stwierdziłam, że zrobiłam to tak jakoś... przyjacielsko. Nie z wrogim odniesieniem.
- Napijesz się czegoś?
- Wina. - westchnęłam. Po dzisiejszych przygodach, przyda mi się łyk czegoś mocniejszego.
- Wow... grzeczna Marano, zmienia się w niegrzeczną kotkę, co?
- Nie, po prostu.. mam dzień.. - powiedziałam wymijająco.
- Nie chcesz, to nie mów.
- Dziwne, że nie naciskasz - myślałam na głos.
- Hm... powiedzmy, że dzisiaj mam dobry dzień - odparł, naśladując mnie. Po raz kolejny tego wieczoru udało mu się mnie rozbawić. Brawo Lynch.
- Ok... będę w salonie. Sam doniesiesz wszystko? - uniosłam brew do góry.
- A czy mam dłuuuugiego kolegę? - po tym stwierdzeniu, wybuchnęłam gromkim śmiechem.
- Oj Marano, Marano... huśtawka nastrojów się kłania - westchnął i złapał w jedną rękę dwa kieliszki, a w drugą pełną butelkę czerwonego, markowego wina. Złapałam się pod boki, przeklinając swoją głupotę i podreptałam do eleganckiego pokoju. Z ulgą rozsiadłam się na kanapie i przyłożyłam twarz do poduszki. Byłam wykończona.
- Pewnie, czuj się jak u siebie - zachichotał i usiadł obok mnie. Wzięłam jedną lampkę wina i... ja ręką odjął. Poczułam, jak rosnące ciepło, rozchodzi się po całym moim ciele.
- I co.. smakuje? - mrugnął, z tym dziwnym błyskiem w czekoladowych oczach. Zaczęłam mu się przyglądać. Dotarło do mnie, że jest nie tylko oszołamiająco arogancki i wkurzający, ale też przystojny. - Słyszysz?
- Ee... tak - speszyłam się. - Jest pyszne.
- Cieszę się. - znów to samo. Ten dziwny błysk...
- Ross, przestań! - wykrzyknęłam, wiedząc co planuje.
- Ale o co ci chodzi? - przybliżył się do mnie, ukazując szereg białych ząbków.
- Znowu to robisz! Skończ z tym, bo i tak nic nie wskórasz. - pokazałam mu język.
- Nic nie robię.. ale ty chyba tak... - usiadł blisko mnie. Stanowczo, za blisko. Nasze nogi się stykały. Wtedy, wytknął swój niebywale długi jęzor i pomachał mi nim nad twarzą.
- Jesteś obleśny... - wykrzywiłam twarz z obrzydzenia.
- Nie, to nie. - warknął - A co powiesz, na to, żebyśmy zakończyli ten swój konflikt i... zakumplowali się? Oczywiście nie mówię o przyjaźni, bo jesteś trochę... - podrapał się ręką po plecach, odwracajac twarz.
- Sugerujesz coś? Wiesz... nie obchodzi mnie, to bo nie będę się przyjaźnić z kimś kto jest hamskim idiotą! - prychnęłam.
- WTF? A ty jesteś zołzą. Myślisz, że jesteś najlepsza i ciągle się nad soba użalasz.
- Nieprawda! - uderzył w mój czuły punkt. Poczułam, jak oczy mi się szklą. NIE, NIE, NIE! Nie mogę mu pokazać, że ma rację. - Ty nic nie wiesz...
- Czyżby?
- Zostaw mnie! - odepchnęłam go i... ręką otarłam łzy, które wydostały się na zewnątrz.
- Ej... dobra, ale nie płacz. Przepraszam, nie chciałem cię urazić. - wyznał ze skruchą.
- Za późno. - po raz kolejny dałam upust łzom. Moje ciało, całe się trzęsło, potrzebowałam bliskości.
- Mała, no! Przestań natychmiast. - podniósł głos i objął mnie. Potem, bez namysłu, przytuliłam się do jego klatki piersiowej, wypluwając wszystko co mi leży na sercu, niczym armata. On milczał, głaskając mnie delikatnie po plecach.
***
TAM, TAM, TAM!
Napisałam rozdział... rozumiecie?! Wzięłam się w garść i to zrobiłam.. nie wiem, czy ktoś tu jeszcze jest, czy nie... ale dostałam tymczasową wenę i ją wykorzystałam. Pragnę Was powiadomić o moim najnowszym blogu:
http://girl-and-bad-boy-raura.blogspot.com/
Zależy mi na waszych komentarzach... one bardzo motywują!
Do zobaczenia kochani ♥
środa, 5 listopada 2014
NOWY BLOG!!!
Heeej... zapraszam na mojego nowego bloga: http://sercemojetozmartwnieniemoje.blogspot.com/
P.S Dowiecie się już wkrótce, o czym będzie... ;) Jak sądzicie? xD
P.S Dowiecie się już wkrótce, o czym będzie... ;) Jak sądzicie? xD
poniedziałek, 3 listopada 2014
Wszystko po kolei... WIADOMOŚĆ!!!!!!
Heej... a wiec tak:
1. Nie było 10 komów pod rozdziałem...wiecie co to oznacza(2)
2. Zawieszam ;c
3. Kocham Was i nie zrezygnuję z pisania za NIC w świecie!
4. Przerwa na czas nieokreślony!!!
Zastanawiacie się pewnie dlaczego z tak błachego powodu, postanowiłam odejść... Otóż mam dość! Czego? Tego, że ja kilka dni nawet poszukuję odpowidnich słów, aby wyrazić rozdizał jak najpełniej, a Wy... dajcie mi kilka opini! wiem, one się dla mnie bardzo licza, ale gdy widzę jak inne blogerki mają po 30 kom czy wiecej to... mnie krew zalewa normalnie! Zrozumcie, że nie mam takieeego talentu, żeby pisać mega dłudie rozdziały i piękne, ale staram się. NAPRAWDĘ -,-... Ale wy tego nie widzcie...! A mi się płakać chcę. Mimo tego ogromniemnie pociszają komy typu: Boski rozdział :8 Przepraszam, że wcześniej nie skomentowałam, ale no cóż gapa jestem :P TYLKO GO ZAWIEŚ TO POPAMIĘTASZ!!!!!!!!!! Tu cytowałam moją Tin <3.
Zrozumcie, że dla Was to tylko minuta, a dla mnie żeby napisać coś to dwie godziny!
ZAWIESZAM TEGO BLOGA! Nie wiem czy wgl wrócę, ale zachowam go dla przyszłych pokoleń xD. Zakladam drugi.... czy o Raurze? Hm... powiadomie Was jak już założę. Na razie sie zastanwiam. Jeśli tak, to czy ktoś miałby ochotę prowadzić go ze mną? WAŻNE! Jeśli tak, to napisać do mnie na ares e-mail: kaska06041974@wp.pl
Nie bać się! Nie gryzę! :D Mam nadzieję, że ktoś będzie chętny...!!!
Na razie to tyle... Pozdrawaiam kochani! I.... pszpraszma tych, co czytali bloga :(
1. Nie było 10 komów pod rozdziałem...wiecie co to oznacza(2)
2. Zawieszam ;c
3. Kocham Was i nie zrezygnuję z pisania za NIC w świecie!
4. Przerwa na czas nieokreślony!!!
Zastanawiacie się pewnie dlaczego z tak błachego powodu, postanowiłam odejść... Otóż mam dość! Czego? Tego, że ja kilka dni nawet poszukuję odpowidnich słów, aby wyrazić rozdizał jak najpełniej, a Wy... dajcie mi kilka opini! wiem, one się dla mnie bardzo licza, ale gdy widzę jak inne blogerki mają po 30 kom czy wiecej to... mnie krew zalewa normalnie! Zrozumcie, że nie mam takieeego talentu, żeby pisać mega dłudie rozdziały i piękne, ale staram się. NAPRAWDĘ -,-... Ale wy tego nie widzcie...! A mi się płakać chcę. Mimo tego ogromniemnie pociszają komy typu: Boski rozdział :8 Przepraszam, że wcześniej nie skomentowałam, ale no cóż gapa jestem :P TYLKO GO ZAWIEŚ TO POPAMIĘTASZ!!!!!!!!!! Tu cytowałam moją Tin <3.
Zrozumcie, że dla Was to tylko minuta, a dla mnie żeby napisać coś to dwie godziny!
ZAWIESZAM TEGO BLOGA! Nie wiem czy wgl wrócę, ale zachowam go dla przyszłych pokoleń xD. Zakladam drugi.... czy o Raurze? Hm... powiadomie Was jak już założę. Na razie sie zastanwiam. Jeśli tak, to czy ktoś miałby ochotę prowadzić go ze mną? WAŻNE! Jeśli tak, to napisać do mnie na ares e-mail: kaska06041974@wp.pl
Nie bać się! Nie gryzę! :D Mam nadzieję, że ktoś będzie chętny...!!!
Na razie to tyle... Pozdrawaiam kochani! I.... pszpraszma tych, co czytali bloga :(
niedziela, 12 października 2014
Rozdział 18
*Oczami Laury*
Dzisiaj, wraz z Nessą miałyśmy iść na babskie zakupy. Cieszyłam się, że spędzimy trochę czasu razem. Odkąd tu jestem, ani razu nawet sensownie nie pogadałyśmy. Brakowało mi jej. W Miami, ciągle siedziałyśmy w naszej kryjówce i plotkowałyśmy jaki jest najprzystojniejszy chłopak w szkole. Niestety, gdy wyjechała nasze realcje popsuły się. Już nie jesteśmy nierozłączne. Co najwyżej stwarzamy takie pozory.
- Hej siostra! Gotowa na wyjście? - do mojego pokoju wparowała Nessa jak zawsze z głupawym uśmieszkiem na twarzy.
- Zaraz, zaraz. Musze się ubrać! - krzyknęłam i wygoniłam ją za drzwi, po czym raz dwa wskoczyłam w to:
Zrobiłam delikatny makijaż, poprawiłam włosy i z zadowoleniem stwierdziłam, że wyglądam dość ładnie. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia, poprawaiając bluzkę i ruszyłam na dół niczym żołnierz idący na wojnę.
- Ok, możemy już iść! - oznajmiłam weoło, krzątając się po kuchni.
- Gdzie? - zagadnęła Ketie.
- Idę z Van do galerii. - Lecisz z nami?
- Nieee. Nie mam ochoty. - wzruszyła ramionami, wracajac do czytania czasopisma.
- Twoja strata - mruknęłam, wychodząc z domu. Jak się okazało czarnowłosa, d kilku minut stała przy aucie.
- Ugh... a ja cie szukałam - rzekłam z wyrzutem.
- Hah...trzeba było mnie nie wyganiać, to byś usłyszała jak cię informowałam - poweidziała i pokazał mi język. Pokiwałam z niedowierzaniem głową, myślać sobie, że w ciele mojej siostry ukryła się mała dziewczynka.
Całą drogę, nie odzywałyśmy się. Napawałyśmy się ciszą, szumem fali i śpiewem ptaków. Nigdy bym nie powiedziała, że w towarzystwie milczenie moze być naprawdę przyjemne. Aż do dzisiejszego dnia, w którym miało się zdarzyć wiele cudów...
Wreszcie, po pół godzinie bezczynności, wyszłam z samochodu prostując kości. Moim oczom, ukazał się ogromny budynek w kstałcie kopuły. Posłałam zdziwione spojrzenie Vanessie. Ona tylko pociągnęła mnie za rękę i weszła do pierwszego lepszego sklepu z butami. Musiałam przyznać, że miała dobry gust. Od razu wpdały mi w oko krótkie botki z ćwiekami. Podeszłam do sprzedawczyni i zapytałam o cenę. Wydała mi się katastrofalnie duża, więc poszłam je odłożyć, jednak Nessa powstrzymała mnie. Zdjęła swoje czarne ray bany i bujajac sie w rytm dobiegającej z radia muzyki położyła około 200$ na ladzie. Rozweselona blondynka, włożyła je do sejfu podajac nam torbę z logo sklepu. Zadowolone, skierowałyśmy się do wystawy damskich ubrań.
I pospiessznie, bojąc się, że ktoś zauważy wybiegłam z domu jak strzała, gnana przez wiatr, rozwiewajacy moje włosy, których nie zdążyłam nawet poprawić. Ugh... no pięknie! Pomyśli sobie, że ma do czynienia z roztrzepańcem. W sumie to tak bardzo by się nie pomyslił. Lepiej, niech pozna się z moim porywczym charakterkiem. Co jeśli zostaniemy parą? Hhah... byłoby wspaniale.
Na szczęście, miejsce naszego spotkania - restauracja, była blisko. Dzięki temu, mogłam zaoszczędzić kasę na Taxi. Wydaje się mało, ale dla mnie, czyli tej, której w domu się cnie przelewa? Całkiem sporo.
Nie pzejmując się już moimi problemami z forsą, wkorczyłam dumnie do knajpy. Tam, przy stoliku dla dwojga siedział mój książę. Na żywo, prezentował się o wiele lepiej. Udając zagubioną lalkę, przywitałam go skinieniem głowy i cicho jak mysz, zajęłam krzesło na przeciwko.
- Jak się masz? - zapytał, przywołując kelnerkę rozwiązującą krzyżówki. Ta, zacisnęła pięści i zdenerwowna, przymusowym oderwaniem się od poprzedniej czynności, wymusiła uśmiech.
- Co państwu podać?
- Dla mnie... podwójny hamburger - zadeklarował przystojniak, po czym popatrzył na mnie dużymi czarnymi oczami, mówiącymi "A ty co sobie życzysz?"
- Hm... - onieśmielona spojrzeniem, wyjąkałam, że to samo co mój towarzysz i nerwowo potarłam skornie.
- To co potem robimy? - zakaskał rękawy.
Odprowadziłam wzrokiem sztuczną kelnereczkę i odpowiedziałąm na pytanie.
- Co powiesz, na spacer po plaży? - unisłam brew.
Gorąco pokiwał głową.
- Romantycznie!
- Oooo tak! - przyznałąm mu rację i lekko się rumeniąc, zaczęłam sączyć wodę. Po chwili, nieogarnięta obsługa, podstawaiłą nam dania pod nos. Zachichotaliśmy ku zdziwieniu innych klientów. i zabraliśmy się do jedzenia. Zaraz po posiłku, wzięłam nastolatka pod ramię i ruszyliśmy na obiecaną przechadzkę.
- Słuchaj.. głupio. Jestęśmy na "radnce" a nie znaym nawet swoich imion - złapał mnie za rękę, a ja zaczerwnieniłam się jak burak.
- Ketie
- Rocky. - ucałował podaną dłoń i zakręcił mnie wokół własnej osi. Po chwil, jednak wznowiliśmy spacer zapatrzenie ślepo w swoje oczy. Było bajecznie, póki nie zadzwonił jego telefon. Wtedy, grzecznie przeprosił i z grymasem na twarzy wyciągnął smartfona. Odeszłam trochę na bok, uznając, że nie warto podsłuchiwać. Znaliśmy się zalwedwie jeden dzień, a ja już czułam że ta znajomość przetrwa nawet apokalipsę.
- Słuchaj... - speszył się brunenet, potrząsajac mnie lekko. - Muszę lecieć. Było świetnie i w ogóle, ale... problemy rodzine rozumiesz.
- Spoko. Jak musisz to idź. -kiwnęłam obojętnie głową. Dobrze wiedziałam,jak to jest, mieć kłopoty. Moja mama, wychowywała mnie sama, po śmierci taty. Od dnia do nocy, harowała jak wól, bym nie czuła się gorsza od koleżnek, mimo tego, zawsze wiedziałam, że jestem inna w pozytywnym sensie.
- Dzięki za zrozumienie - ucałował mnie w polik, odchodzac za spuszczoną głowa. Uśmiechnełam się pod nosem i usiadłam na rozgrzanym piasku. Słońce powoli chowało się za horyzont, tworząc magiczną atmosferę. Po raz pierwszy od wielu lat, naprawdę poczułam się w pełni szczęśliwa.
*Godzinę później*
W odmu Lynchów każdy chodził z głową w chmurach. Rodziców nie było, więc nie miał kto znaleźć tematu do rozmowy. Rydel, nie mogła się na niczym skupić. Próbowała już czytać gazetę, malować paznokcie i oglądać TV. Nic nie pomogło na chandrę, dlatego teraz chodziła w tą i z powrotem, denerwując Rikera.
- Mogłabyś usiadź? - krzyknął.
- Em... nie! Nie potrafię, mam jakieś dziwne przeczucie, że coś jest nie tak.
- Ugh... serio? Ty i te twoje głupie myśli.
- Co ja na to poradzę? - usadowiła sie obok niego i przyłożyła głowę do poduszki. - Martwisz się jeszcze Laurą? - zapytała po kilkuminutowej ciszy.
- Kompletnie o niej zapomniałem! - energicznie wstał z kanapy, łapiąc się za włosy. - Muszę iść do niej, prędko!
- Czekaj... - wrzasnęła blondynka. - Na początku moze się przebierzesz co? - stwierdziła patrząc na dzidkowe spodnie i wydarte laczki Stormie. Blondyn, speszony wycofał sie do swojego pokoju i w błyskawiczynym tempie wyszedł w jeansach i niebieskiej koszuli w kratkę.
- Imponujące - mruknęła jego siostra, po czym podałam mu czarne trampki Converse i wyprowadziła za drzwi.
Chłopak powtarzał sobie w myślach, że musi być silny i przekonujący. Koniecznie będzie musiał ją omotać, pokazać męską osobowość. W tej chwili czuł sie samcem Alfa, jedynym i niepowtarzalnym. Mimo tych niebywale pokrzepiajacych myśli wstąpił do kwiaciarni i kupił duży bukiet czarwonych róż. Nadeszła chwila sądu ostatecznego: albo wróci do domu już w związku, albo nadal jako samotny wilk. To wszystko jest w jego rękach. O porażkę będzie obwiniał sam siebie. Niestety, ale takie są konsekwencje działania bez jakiegokolwiek planu.
Szedł aleją parkową, ostatnią przeszkodą, która dzieliła go od ukochanej. Pokonał ją wolno, nie śpiesząc się i nie martwiąc o nic. Wątpliwości pojawiły się dopiero przed domem Laury, jednak jego męska godność nie pozwoliła mu zbić się z tropu. Placem wskazującym raz-dwa nacisnął dzwonek, jakby bał się, że jego lękliwa strona przjemie kontrolę nad jego ciałem i zwieje z miejsca, niczym płochliwy zając. Gdy usłyszał kroki na korytarzu, rozmyślił się i o mało co nie uciekł, jednakże wtedy było juz na to trochę za późno. Riker, wyciągnał bukiet kwiatów w stronę osoby która otworzyła drzwi. Nie patrzył na nią tylko na czubki swoich butów. Dopiero kiedy usłyszał swoje imię, otrząsnął się i spojrzał prosto w oczy dziewczynie, która z pewnością nie była Laurą a....
Dzisiaj, wraz z Nessą miałyśmy iść na babskie zakupy. Cieszyłam się, że spędzimy trochę czasu razem. Odkąd tu jestem, ani razu nawet sensownie nie pogadałyśmy. Brakowało mi jej. W Miami, ciągle siedziałyśmy w naszej kryjówce i plotkowałyśmy jaki jest najprzystojniejszy chłopak w szkole. Niestety, gdy wyjechała nasze realcje popsuły się. Już nie jesteśmy nierozłączne. Co najwyżej stwarzamy takie pozory.
- Hej siostra! Gotowa na wyjście? - do mojego pokoju wparowała Nessa jak zawsze z głupawym uśmieszkiem na twarzy.
- Zaraz, zaraz. Musze się ubrać! - krzyknęłam i wygoniłam ją za drzwi, po czym raz dwa wskoczyłam w to:
Zrobiłam delikatny makijaż, poprawiłam włosy i z zadowoleniem stwierdziłam, że wyglądam dość ładnie. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia, poprawaiając bluzkę i ruszyłam na dół niczym żołnierz idący na wojnę.
- Ok, możemy już iść! - oznajmiłam weoło, krzątając się po kuchni.
- Gdzie? - zagadnęła Ketie.
- Idę z Van do galerii. - Lecisz z nami?
- Nieee. Nie mam ochoty. - wzruszyła ramionami, wracajac do czytania czasopisma.
- Twoja strata - mruknęłam, wychodząc z domu. Jak się okazało czarnowłosa, d kilku minut stała przy aucie.
- Ugh... a ja cie szukałam - rzekłam z wyrzutem.
- Hah...trzeba było mnie nie wyganiać, to byś usłyszała jak cię informowałam - poweidziała i pokazał mi język. Pokiwałam z niedowierzaniem głową, myślać sobie, że w ciele mojej siostry ukryła się mała dziewczynka.
Całą drogę, nie odzywałyśmy się. Napawałyśmy się ciszą, szumem fali i śpiewem ptaków. Nigdy bym nie powiedziała, że w towarzystwie milczenie moze być naprawdę przyjemne. Aż do dzisiejszego dnia, w którym miało się zdarzyć wiele cudów...
Wreszcie, po pół godzinie bezczynności, wyszłam z samochodu prostując kości. Moim oczom, ukazał się ogromny budynek w kstałcie kopuły. Posłałam zdziwione spojrzenie Vanessie. Ona tylko pociągnęła mnie za rękę i weszła do pierwszego lepszego sklepu z butami. Musiałam przyznać, że miała dobry gust. Od razu wpdały mi w oko krótkie botki z ćwiekami. Podeszłam do sprzedawczyni i zapytałam o cenę. Wydała mi się katastrofalnie duża, więc poszłam je odłożyć, jednak Nessa powstrzymała mnie. Zdjęła swoje czarne ray bany i bujajac sie w rytm dobiegającej z radia muzyki położyła około 200$ na ladzie. Rozweselona blondynka, włożyła je do sejfu podajac nam torbę z logo sklepu. Zadowolone, skierowałyśmy się do wystawy damskich ubrań.
*Oczami Ketie*
Jak tylko dziewczyny opuściły dom, szybko pobiegłam się przebrać w elegantsze ciuchy. Miałam zamiar poznać kogoś fajnego. Właściwie, to już zaznajomiłam się z nim przez internet. Był przystojnym brunetem, o brązowych oczach. Zaimponował mi swoją otwartością i poczuciem humoru. Jesteście ciekawi, dlaczego ukrywam to przed Laurą? Ona ma specyficzne podejście do osób poznanych przez portale społecznościowe. Możan powiedzieć, że im nie wierzy.
Ale teraz nie było jej głupiego gadania, żadnych rad. Tylko moja decyzja, którą od razu podjęłam. Nie zastanawaiając się dłużej, przbrałam się w to:
Na szczęście, miejsce naszego spotkania - restauracja, była blisko. Dzięki temu, mogłam zaoszczędzić kasę na Taxi. Wydaje się mało, ale dla mnie, czyli tej, której w domu się cnie przelewa? Całkiem sporo.
Nie pzejmując się już moimi problemami z forsą, wkorczyłam dumnie do knajpy. Tam, przy stoliku dla dwojga siedział mój książę. Na żywo, prezentował się o wiele lepiej. Udając zagubioną lalkę, przywitałam go skinieniem głowy i cicho jak mysz, zajęłam krzesło na przeciwko.
- Jak się masz? - zapytał, przywołując kelnerkę rozwiązującą krzyżówki. Ta, zacisnęła pięści i zdenerwowna, przymusowym oderwaniem się od poprzedniej czynności, wymusiła uśmiech.
- Co państwu podać?
- Dla mnie... podwójny hamburger - zadeklarował przystojniak, po czym popatrzył na mnie dużymi czarnymi oczami, mówiącymi "A ty co sobie życzysz?"
- Hm... - onieśmielona spojrzeniem, wyjąkałam, że to samo co mój towarzysz i nerwowo potarłam skornie.
- To co potem robimy? - zakaskał rękawy.
Odprowadziłam wzrokiem sztuczną kelnereczkę i odpowiedziałąm na pytanie.
- Co powiesz, na spacer po plaży? - unisłam brew.
Gorąco pokiwał głową.
- Romantycznie!
- Oooo tak! - przyznałąm mu rację i lekko się rumeniąc, zaczęłam sączyć wodę. Po chwili, nieogarnięta obsługa, podstawaiłą nam dania pod nos. Zachichotaliśmy ku zdziwieniu innych klientów. i zabraliśmy się do jedzenia. Zaraz po posiłku, wzięłam nastolatka pod ramię i ruszyliśmy na obiecaną przechadzkę.
- Słuchaj.. głupio. Jestęśmy na "radnce" a nie znaym nawet swoich imion - złapał mnie za rękę, a ja zaczerwnieniłam się jak burak.
- Ketie
- Rocky. - ucałował podaną dłoń i zakręcił mnie wokół własnej osi. Po chwil, jednak wznowiliśmy spacer zapatrzenie ślepo w swoje oczy. Było bajecznie, póki nie zadzwonił jego telefon. Wtedy, grzecznie przeprosił i z grymasem na twarzy wyciągnął smartfona. Odeszłam trochę na bok, uznając, że nie warto podsłuchiwać. Znaliśmy się zalwedwie jeden dzień, a ja już czułam że ta znajomość przetrwa nawet apokalipsę.
- Słuchaj... - speszył się brunenet, potrząsajac mnie lekko. - Muszę lecieć. Było świetnie i w ogóle, ale... problemy rodzine rozumiesz.
- Spoko. Jak musisz to idź. -kiwnęłam obojętnie głową. Dobrze wiedziałam,jak to jest, mieć kłopoty. Moja mama, wychowywała mnie sama, po śmierci taty. Od dnia do nocy, harowała jak wól, bym nie czuła się gorsza od koleżnek, mimo tego, zawsze wiedziałam, że jestem inna w pozytywnym sensie.
- Dzięki za zrozumienie - ucałował mnie w polik, odchodzac za spuszczoną głowa. Uśmiechnełam się pod nosem i usiadłam na rozgrzanym piasku. Słońce powoli chowało się za horyzont, tworząc magiczną atmosferę. Po raz pierwszy od wielu lat, naprawdę poczułam się w pełni szczęśliwa.
*Godzinę później*
W odmu Lynchów każdy chodził z głową w chmurach. Rodziców nie było, więc nie miał kto znaleźć tematu do rozmowy. Rydel, nie mogła się na niczym skupić. Próbowała już czytać gazetę, malować paznokcie i oglądać TV. Nic nie pomogło na chandrę, dlatego teraz chodziła w tą i z powrotem, denerwując Rikera.
- Mogłabyś usiadź? - krzyknął.
- Em... nie! Nie potrafię, mam jakieś dziwne przeczucie, że coś jest nie tak.
- Ugh... serio? Ty i te twoje głupie myśli.
- Co ja na to poradzę? - usadowiła sie obok niego i przyłożyła głowę do poduszki. - Martwisz się jeszcze Laurą? - zapytała po kilkuminutowej ciszy.
- Kompletnie o niej zapomniałem! - energicznie wstał z kanapy, łapiąc się za włosy. - Muszę iść do niej, prędko!
- Czekaj... - wrzasnęła blondynka. - Na początku moze się przebierzesz co? - stwierdziła patrząc na dzidkowe spodnie i wydarte laczki Stormie. Blondyn, speszony wycofał sie do swojego pokoju i w błyskawiczynym tempie wyszedł w jeansach i niebieskiej koszuli w kratkę.
- Imponujące - mruknęła jego siostra, po czym podałam mu czarne trampki Converse i wyprowadziła za drzwi.
Chłopak powtarzał sobie w myślach, że musi być silny i przekonujący. Koniecznie będzie musiał ją omotać, pokazać męską osobowość. W tej chwili czuł sie samcem Alfa, jedynym i niepowtarzalnym. Mimo tych niebywale pokrzepiajacych myśli wstąpił do kwiaciarni i kupił duży bukiet czarwonych róż. Nadeszła chwila sądu ostatecznego: albo wróci do domu już w związku, albo nadal jako samotny wilk. To wszystko jest w jego rękach. O porażkę będzie obwiniał sam siebie. Niestety, ale takie są konsekwencje działania bez jakiegokolwiek planu.
Szedł aleją parkową, ostatnią przeszkodą, która dzieliła go od ukochanej. Pokonał ją wolno, nie śpiesząc się i nie martwiąc o nic. Wątpliwości pojawiły się dopiero przed domem Laury, jednak jego męska godność nie pozwoliła mu zbić się z tropu. Placem wskazującym raz-dwa nacisnął dzwonek, jakby bał się, że jego lękliwa strona przjemie kontrolę nad jego ciałem i zwieje z miejsca, niczym płochliwy zając. Gdy usłyszał kroki na korytarzu, rozmyślił się i o mało co nie uciekł, jednakże wtedy było juz na to trochę za późno. Riker, wyciągnał bukiet kwiatów w stronę osoby która otworzyła drzwi. Nie patrzył na nią tylko na czubki swoich butów. Dopiero kiedy usłyszał swoje imię, otrząsnął się i spojrzał prosto w oczy dziewczynie, która z pewnością nie była Laurą a....
♕♕♕
Heeej!! O dziwo, rozdział pojawił się dziś. Przeglądałam sovie fb i nagle doznałam olśnienia ;) Ale nie ważne.... ważne jest to, że w ogóle zaistniał w historii. Hah... xD Tak, tak, była notka, w której napisałam, że zastanawiam się nad usunięciem bloga. Nie odwołuję tych słów.... wszystko może się zdarzyć. Jeśli nie będzie pod tym rozdziałem minimum 10 komentarzy to zawieszka albo coś gorszego :c. Takie jest życie Pyszczki. Nie opłaca mi się pisać dla kilku osób. Przykro mi....
♕♕♕
P.S Dzisiaj mam imprezkę urodzinową i mam nadzieję, że w prezencie dacie mi te komentarze ♥
Nadla Was koffam <333
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

