poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział 8

*1 lipca, 20:00, dom Lynch'ów*

Narrator*

   Młode pokolenie, właśnie wróciło do domu. Ich rodzice, po popołudniu spędzonym bez dzieci,  w kuchni brali się za przygotowywanie kolacji. Gdy tylko ostatni członek rodziny przekroczył dom, znów wybuchła wrzawa. Każdy miał coś do powiedzenia w sprawie Laury. Rocky i Ell, kłócili się o to, który pierwszy ją zdobędzie. Riker, dołączył, mówiąc, że to on ją pierwszy znalazł  i chłopacy nie mają prawa mu jej odbierać. Rydel, tylko niedowierzająco kręciła głową. Zawsze tak było. Na horyznoncie pojawia się dziewczyna - w domu afera na maksa. In tak, prędzej czy później - zdobywał ją Ross. Była to taka jakby tradycja. Najgłupszy i najbardziej wkurzajacy dostawał wszystko co najlepsze. Czesem, dziewczyna śmiała porównywać braci i kumpla do psów. Resztki ze stołu, dostawał nie ten pierwszy, tylko ten najbardziej uroczy. To samo z kobietami. Ross, potrafił, je tak oczarować, że od razu pakowały mu się do łóżka. Nikomu się to nie podobało. Zwłaszcza Stormie i Markowi. Jako odpowiedzialni rodzice, nie chcieli, aby syn w wieku zaledwie 18 lat miał dziecko, tym bardziej, że nie było w nim ani krzty odpowiedzialności. 
     W końcu, po posiłku jak mieli w zwyczaju, wszyscy udali się do swoich sypialń , prócz tego, komu akurat przypadał zaszczyt sprzątania. Teraz szczęśliwcem okazał się Ross, lecz wspaniałomyślny Riker postanowił pomóc bratu. Wiedział, jak sobie radzi ze zmywaniem. Nie ma opcji, by nieczego nie zbił. 
- Ugh... - wetchnął. - Czy ty cokolwiek umiesz?
- Zebyś wiedział, że tak. Umiem gadać z dziewczynami. - pokazał język Ross.
- Ale oprócz tego? A i nie mów o sprawach związanych z.... łóżkiem! - krzyknął, udając obrzydzenie.
- Odczep się, Riker... To, że jestem dobry w te klocki, nie oznacza, że mam zamiar o tym mówić. 
- Uff... - odetchnął.
- Mam pytanie. Kto to ta cała Laura? - spytał. Miał zamiar zrobić to już przed kolacją, ale nie chciał, by pomyślano, że to nie on po raz pierwszy nie poderwał jakiejś laski. 
- Fajna dziewczyna.
- A... ładna chociaż? - wykrzywił się, wycierając porcelanę mamy.
- Och... piękna. Brunetka, o szlachetnych oczach, w brunatnym kolorze. Policzki jej błyszczą w blasku słońca, i ogrzewają  ledwo zakryte ciało... - w tym momencie obaj bracia się rozmarzyli. W swojej podświadomości wyobrażali sobie dziewczynę. Nagle usłyszeli dżwięk, pękającego szkła. Ross wynurzył rekę z wody, z krórej sączyła się krew.
- No i po co ty mi o niej mówiłeś?! - wrzasnął, zwijając się z bólu. 
- Sam chciałeś. - odburknął urażony, lecz po chwili, widząc stan brata, zaczął panikować.
- Może zamiast, wpatrywania się we mnie, pomógłbyś. - wysyczał przez zęby.
- Nie ruszaj się. Lecę po Rydel. - rozkazał i po schodach wbiegł do pokoju siostry. Zdziwiona dziewczyna, słuchając uważnie tłumaczenia Rikera , szybko zbiegła na dół, prawie przewracając się na jednym ze stopni. 
- Ross, nic nie nie jest? - wydyszała.
- Oprócz tego, że mam przeciętą rękę to... raczej czuję się świetnie. - uśmiechnął się. Nawet, w takich chwilach potrafił żartować.
- Za chwilę opatrzę ranę. Braciszku, przynieś apteczkę z łazienki. 
- Już się robi. - odkrzyknłął Riker, stawiając narzędzia na stole.
- OK. No to przystępujemy do... operacji! - zakaskała rękawy, uradowana Rydel. 
- A... będzie bolało? - przestraszył się chłopak.
- Heh... oczywiście, że nie. - zaśmaiła się Rydel. No, może troszkę. 
- Oł.... 
- A tak w ogóle to jak ty to zrobiłeś. Riekr nie zdradził szczegółów.
- Emm.... Opowiadał mi o Laurze i.... odleciałem.
- Wywnioskowałeś, z opowaidań Rikera, że jest boginią?
- Stworzył jej bardzo plastyczny obraz. Czułem, że stoi tuż przede mną. 
- Och... oto cały Ross. 
- No co? Nie można, myśleć o kimś... ładnym?
- Hehe. Nie w tym rzecz. 
- Nieważne. 
- Tak. Nieważne. - zachichotała dziewczyna, jednocześnie kończąc zawijanie bandażu. - Gotowe!
- Oooo... dzięki siostra. A teraz idę odpocząć. Liczę, że dokończycie sprzątać za mnie. - mrignął Ross i zostawił wściekłe rodzeństwo na dole.
* W tym samym czasie u Lury, jej oczami*
Zdrętwiałam. Po usłyszanych słowach siostry, strasznie chciałam, udać, że to się nie wydarzyło. Jednak, okłamywanie samej siebie nic nia da. Wiedziałąm, że trzeba będzie wznieść się na wyżyny swej doskonałości i wypytać, o wszystko.
- J-jak to? Kiedy, się o tym dowiedziałaś? - wyszeptałam, zakrywając usta dłonią.
- Dzisiaj. Przed chwilą, przyszłam z wizyty u lekarza. - westchnęła. - Ale, zanim opowiem, może usiądziemy w salonie?
-Tak. To dobry pomysł. - usiadłam, na miękkim fotelu i nastawiłam ucho.
- Zacznijmy od samego początku.. Kiedy wyjechałam do Los Angeles, poznałam Leonarda i zaczęłam pracować jako aktorka. Szło mi świetnie, przez co zostałam zatrudniona na stałe, lecz po pewnym czasie, pojawiały się oznaki przemęczenia. Częto zdarzało mi się omdlewać i dostawać okropne bóle głowy. Narzeczony prosił i lamentował, abym poszła do specjalistycznej klinik, by sprawdzic co mi dolega. Ja jednak,jak wiecie jestem uparciuchem i nie skorzystałam z ofery. No a teraz.... pokutuje za błędy z przeszłości.
-  Van. Czemu nam nic nie mówiłaś? - zdenerwowana wstałam w miejsca i wyrzuciłam, długo skrywane pretensje.
- Pszepraszam, Laura. Nie chciałam was martwić na zapas.  Miałyście dość swoich problemów na głowie, nie chciałam jeszcze zaprzątać ich swoimi.
- Ugh... wiesz, że moje życie w Miami było nudne i jednostajne. Potrzebowałam rozrywki. Nowinek z wielkiego świata. - mruknęłam, patrząc nadal z wyrzutem na siostrę.
- Oj.... naprawdę pszepraszam. Już więcej żadnych tajemnic. Co wy na to? - wyciągnęła ręke na zgodę i uśmiechnęła się słodko.
- Niech ci będzie. - uścinęłam dłoń czarnowłosej.
- No to robimy kolację. - zmianiła temat. W ogóle się jej nie dziwiłam. Też bym nie chciała rozmawiać o dręczącej sprawie.
    Po pysznej kolacji, wykonanej przez nasze wspaniałe trio, udałam się do pokoju. Tam, leżąc, wyciągnęłam z pólki pamiętnik. Zapisałam w nim wszystkie rewelacje z dzisiejszego dnia, nie pomijajac drobnych szczegółów. Wreszcie skończyłam opisywanie i wskoczyłam pod prysznic. Potrzebowałam ożeźwienia mojej duszy. Ten dzień ją mocno pokaleczył, kolcami róż., ostrymi jak brzytwa.
    Po kąpieli wsunęłam się pod ciepłą kołdrę i zasnęłam kamiennym snem. Modliłam się, abym nie miała koszmarów, ze śmiercią i moją siostrą w roli głównej.

♪♪♪
Czeeeść kochani! 
Dodaję rozdział, choć właściwie nie mam weny, nie mam motywacji. Nikt, oprócz RAURY LAURY, której dedykuję ten rozdział i CRISTAL, której również daję dedykację, nie komentuje moich wypocin, od krórych strasznie boli mnie głowa... :( ....
KOMENTUJERZ=MOTYWUJESZ ♥♥♥
+
zasługujesz na dedyk!!!
♪♪♪

 P.S

Czytaj dalej, tylko jeśli cię interesuję!

Rozdział kolejny, pojawi się prawdopodobnie dopiero we wtorek, gdyż na dłuuuugi weekend wyjeżdżam do Sczecina, do rodziny.
A wy jakie macie plany? ♥



czwartek, 12 czerwca 2014

Rozdział 7

*1 lipca, 10:00, dom Vanessy*

Oczami Laury*
  

Leżałam w wygodnej pozycji na łóżku, oparta o poduszkę. Co parę minut spoglądałam przez okno. Świat wydawał mi się taki szary i ponury. Sama nie wiedziałam do końca dlaczego. Na zewnątrz 30 stopni, słońce, bezchmurne niebo, a ja jak to ja - użalam się nad sobą. Widzę świat tylko w ciemnych barwach i nie potrafię się z niczego cieszyć. Jestem pesymistką w każdym calu.
Pomyślałam jednak, że całego dnia nie przeleżę zamartwiając się, dlatego podnosząc  się spod mięciutkiej kołdry i poszłam do łazienki, wykonać poranne czynności. Po opuszczeniu pomieszczenia, podzeszłam do pianina. Musnęłam opuszkami palców klawisze i poczułam przyjemny dreszczyk na plecach. Chciałam zatrzymać to uczucie na dłużej. Podobało mi się. Znów byłam tylko ja i ona: muzyka. Jak dawniej siadałam i zaczynałam wystukiwać rytm melodii, noszonej w sercu. Teraz zapragnęłam to powtórzyć. Zwyczajnie usiadłam i z gardła wydobyłam głos:

W tym świecie ty próbowałeś
Nie zostawiać mnie samej
Nie ma innej drogi
Modliłam się do bogów pozwólcie mu zostać
Łagodność wspomnień, ból w środku
Teraz wiem dlaczego

Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
W momentach ciszy wyobrażają ciebie tutaj
Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
Twój cichy szept, ciche łzy

Obiecałeś mi, że spróbuję
Znaleźć moją drogę w tym życiu
Mam nadzieję, że jest droga,
Aby dać mi znak, że nic ci nie jest
Przypomina mi znowu, że to jest warte wszystkiego
Więc mogę to kontynuować

Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
W momentach ciszy wyobrażam sobię ciebie tutaj
Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
Twój cichy szept, ciche łzy

Razem w tych wszystkich wspomnieniach
Widzę twój uśmiech
Wszystkie te wspomnienia trzymam blisko
Kochanie, wiesz, że będę cię kochała
Do końca czasu


Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
W momentach ciszy wyobrażam sobię ciebie tutaj
Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
Twój cichy szept, ciche łzy

Wszystkie moje wspomnienia...








( Po angielsku ♥)



Not leaving me alone behind
There's no other way
I prayed to the gods let him stay
The memories ease the pain inside
Now I know why

All of my memories keep you near
In silent moments imagine you here
All of my memories keep you near
Your silent whispers, silent tears

Made me promise I'd try
To find my way back in this life
I hope there is a way
To give me a sign you're ok
Reminds me again it's worth it all
So I can go on

All of my memories keep you near
In silent moments imagine you here
All of my memories keep you near
Your silent whispers, silent tears

Together in all these memories
I see your smile
All the memories I hold dear
Darling, you know I will love you
Until the end of time

All of my memories keep you near
In silent moments imagine you here
All of my memories keep you near
Your silent whispers, silent tears

All of my memories.

 
Gdy skończyłam za sobą usłyszałam ciche brawa. Szybko się odwróciłam i jak oparzona odsunęłam się od instrumentu.

- To było... to było po prostu piękne. - wyznała Nessa, trzymajac się za pierś. W jej oku dostrzegłam kilka łez.
- Em... Dziękuję. - wyszeptałam, chowając głowę w poduszkę.
- Laura. Byłas świetna. Po raz pierwszy od naprawdę wielu lat zagrałaś, pokonałaś swój lęk i twoją blokadę. - wzruszyła się, łapiąc mnie za ramię.
- Niczego nie zrobiłam. Usiadłam i nie wiem jak to się stało, lecz... poczułam dziwną cheć wyrażenia tego co czuję.
- To mały krok ku wielkości. - pocieszała mnie. - Wiem, że teraz nie jesteś z siebie do końca dumna, ale zrobiłaś coś co ci pomoże oswoić się z muzyką... - nie dokończła, gdyż natychmiast jej przerwałam.
- Nie wypowiadaj przy mnie tego słowa. - zabroniłam. - Nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Zapomnij o moim występie.
- Ale...  przed chwila było inaczej. - załamała ręce.
- Okazałam słabość i się poddałam, lecz  to nie nigdy, przenigdy nie powórzy. A teraz wybacz, ale chcę zostać sama. - przeprosiłam siostrę i popchnęłam w stronę drzwi. Ta stojąc jak wryta, wpatrujac się w sufit i powoli wyszła. Odetchnęłam z ulgą i zsunęłam się na podłogę. Nie chciałam, a może nie potrafiłam się jej wytłumaczyć, bo właściwie sama nie wiedziałam co mnie opętało. Muyka, jakby mnie przywoływała, chciała bym była jej częscią, zapraszała mnie do swoich wrot. Odrzuciłam zaproszenie, z zimną krwią. Była moim wrogiem, choć wszyscy mi wmawiali, że to najlepsza przyjaciółka. Ja jednak wiedziałam swoje.
 Po obiedzie, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Siostry starałam się unikać jak ognia, zaś mama ciągle z nią siedziała, wypytując o pobyt w szpitalu. Przez poranne wydarzenie, zupełnie o niej zapomniałam. Jednakże nie miałam wyrzutów sumienia. Zasłużyła sobie, za podsłuchiwanie mnie. Ugh... zły nawyk, ciągnie się za nami przez całe życie. Wracając do mnie, musiałam się od oderwać od rzeczywistości. Nie mogłam cały czas myśleć o tym samym, bo mi mózg by wyparował. Miałam potrzebę, na krótki spacerek, najlepiej na plaży, wiec nie zastanawiając się ani chwili dłużej poszłam się przebrać w zwiewną sukienkę i strój kąpielowy. Nie chciałam inforomować o tym nikogo z domowników, dlatego przemknęłam przez korytarz na palcach i powędrowałam na moje wymarzone miejsce.
 Dotarłam po 30 miutach. Rozłożyłam ręcznik i wyciągnęłm z torebki krem do opalania. Z tyłu usłyszałam dźwięcny głos.
- Emm... Posmarowac panią?
- To zależy kim pan jest. - chłopak usiadł obok mnie na kocu. Było to ten sam bondyn, którego poznałam w sklepie.
- Riker? - ucieszyłam się.
- Tak, to ja we własnej osobie.
- Co ty tu robisz?
- Jestem na rodzinnym wypadzie. A ty?
- Chciałam pobyć sama.... - spuściłam wzrok, z jego świdrujących, brązowych oczu.
- Widzę, że się smutasz. Ale mam dobre lekarstwo. Ell, Rocky, chodźcie tutaj. - zawołał jakis chłopaków, grajacych w piłkę plażową.
- Jesteśmy! - przybiegli nieznajomi, niczym posłuszne psy.
- Mamy tutaj pannę do rozweselenia. - mrugnął do mnie.
- Ale ja wcale nie potrzebuję pocieszenia... - nie dokończyłam do jeden ze stojących  brunetów, porwał mnie pędząc w stronę wody.
Aaaaaaaa! Pomocy. - krzyczałam, gdy chłopak wrzucał mnie w otchłań morza. Ledwo co wydostałam się z niego, a  gdy tylko wyszłąm na ląd, mój wzrok padł na roześmianego Rikera.
- Zabiję cię! - wysyczałam, biegnąc na niego jak szalona.
- Ooooł... Robi się GOOORĄCO! - wykrzyczał zadowolony kumpel " topiciela". Natomiast przestraszony blondyn uciekał prosto do budki z hot-dogami.
Rydel, pomóz proszę! - rzucił z stronę ładnej dziewczyny. Ta, na nieszczęście chłopaka, nie kwapiła się do ratunku.
- Och... Laura! - krzyknęła w moją stronę. - Zostaw go. Bo jeszcze majtki zmoczy, a to już będzie kolejna para w tym miesiącu. Zostaną mu jedynie dwie. - zaśmiała się. Ja łapiąc się za bolący od śmiechu brzuch przystanęłam. - Ok, ok. Odpuszcze mu ten "wybryk". - zrobiłam cudzysłów w powietrzu i podeszłam do blondynki.
- Cześć, jestem Rydel. - przedstawiła się, podając mi dłoń.

- A ja Laura. - uścisnęłam jej rękę.

- Wiem. Mój braciszek dużo o tobie mówił. - wyznała, a ja mimowolnie się zarumieniłam.

- Heh. Ledwo go znam.

- No, ale to wystarczyło, by podbić jego serce. - w tym momencie nie wiedziałam, czy mówi praedę, czy blefuje.

- Wszyscy ci chłopacy to twoi bracia? - zmieniłam temat.

- Nie. Ell - wskazała na bruneta z grzywką, - to nasz przyjaciel. Moi bracia to: Rocky, Riker, Ryland - tu znów wskazała palcem na około 15 - letniego chłopca. I Ross.

- Nie widzę go. - zaczęłam się rozglądać.

- Wiesz... to typowy podrywacz. Raczej go nie polubisz.

- Niegdy nie wiadomo, ale rzeczywiście - takich typów nie lubię.

- Jakich? - zapytali prawie wszyscy wymienieni przez Rydel chłopacy, a my wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.

Spdziłam z rodzeństwem Lynch i Ratiffem bardzo przyjemne chwile. Wszyscy napawali się swoim towarzystwem i zapomnieli o Bożym świecie. W końcu jednak, uznałam, że czas się zbierać i po wzięciu od wszystkich przyajciół numerów, poszłam do domu. W drodze powrotnej, obserwowałam zachodzące słońce; mieszaninę palety barw. Od gasnącego purpuru do rażącej czerwieni.

Wchodząc na próg, usłyszałam podniesione głosy mamy i Nessy.

- Musisz powiedzieć Laurze. - naciskała mama.

- Nie. Nie, nie mogę. Poczekajmy aż przyjdą wyniki badań. Nie będziemy , jej obciążać, najprawdopodobnej fałszywymi informacjami.

- Ugh... Tak nie można. Ty też byś chciała wiedzieć na jej miejscu.

- Tak... racja. - łkała siostra, a ja coraz bardziej zaciekawiona, przysłuchiwałam się rozmowie, z większym wytężeniem. - Powiem jej. Będę dzielna.

- Będzie dobrze córciu, uwierz mi. Będzie ci łatwiej. - westchnęła mama. W końcu, nie wytrzymując napięcia wpadłam do domu, zastając zdziwione miny mamy i siostry.

- O co chodzi?! - spytałam. - Powie mi ktoś wreszcie? - mama spojrzała ukradkiem na Nesse, która choć starała się zachować emocję w środku, to wybuchnęła, drżącym tonem głosu.

- Mam białaczkę!

***
Czeeeeeść Kochani!!!

Co tam u Was? Z góry pszepraszam, że nie ma Ross'a, lecz niedługo będziecie meli go wręcz dosyć... :P
A na razie pojawiło się r5 w trochę..... zwariowanej roli, ale niedługo Laura przekona się, że ci pozornie beztroscy ludzie mają wiele problemów....♥ 
 A i chce pszeprosic, że dugo nie było rozdziału, gdyż miałam brak weny i brak chęci :((( .... Ale wszystko wraca powoli do normy ♥♥♥  Komentujcie, czytajcie i BAWCIE SI Ę! Kocham Waaas! ♥










wtorek, 3 czerwca 2014

Rozdział 6

W poprzednim rozdziale:

Rozmowa telefoniczna:
L: Halo, kto mówi?
P: Dzień Dobry. Czy to pani Ellen Marano?
L: Nie, jej córka Laura. A stało się coś?
P: Tak... na oddziale intensywnej terapi leży...
***
P:... pani Vanessa Marano.
L: Co?! Ale... jak to? Co z nią?
P: Proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze.
L: Niech mnie pani nie pociesza tylko lepiej mówi, gdzie jest ten przklęty szpital!
P: Szpiatal położony jest na ulicy Three Walls.
L: Zaraz tam będę.
Koniec rozmowy.

Gdy usłyszałam w słuchawce imię mojej siostry to... spanikowałam. Ręce mi  niebezpiecznie zadrżały a serce podskoczyło  aż do gardła. W głowie kotłowało się od natłoku pesymistycznych myśli. I pomyśleć, że niedawno byłam wściekła na Nesse, że ta nie raczy nawet się ze mną przywitać. Teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cała złość uleciała pozostawiając strach. Strach głównie o zagrożone życie ukochanej osoby. 
Długo nie mogłam otrząsnąć się szoku. Usiadłam na łóżku i wpatrzona w kremowy sufit kalkulowałam zdarzenia ostatnich paru dni. Przypomniała mi się rozmowa mamy z Vanessą na lotnisku. Wyrzuty o egoistyczność. I wreszcie, dzisiejszy telefon wytrącający mnie z równowagi. Wszystko to, związane było z moją siostrą, która w tej chwili zapewne leży na szpitalnym łożu, przykryta białą pościelą, niczym śmiercionośną chustą. Potrząsnęłam niedowierzająco głową. To było wręcz niemożliwe, aby zdrowa jak ryba osoba znalazła się nagle pod skrzydłąmi aniołów, wzywających na ucztę ku wieczoności. Z trudem podniosłam się i zawołałąm mamę.
- Co się stało córciu? - spytała uśmechając się od ucha do ucha. 
- Vanessa... Jest w szpitalu. - wykrztusiłam. Nagle uśmiech mamy zbladł i zastąpiła go posępna mina.
- Co? Skąd wiesz? Mam nadzieję, że nie żartujesz. To są bardzo poważne sprawy i... - przrwałam jej monolog. 
- Nie żarowałabym nigdy. Przed chwilą zadzownił telofon, który odebrałam i powiadomił mnie o wszystkim.
- To niemożliwe. Jak to się stało?
-Nie mam zielonego pojęcia. Jestem tak samo wstrząśnęta jak ty. - rzekłam z niemrawą miną.
- Gdzie ten szpital? - krzyknęła, budząc przy tym małą Clarie
- Mogłybyście ciszej? Próbuje spać! - powiedziała ledwo dosłyszalnym tonem.
- Idź spać. - odparłam i biorąc ją na ręcę zanosłam do pokoju. Gdy wróciłam, mamy już nie było. Stała na dole, gotowa na "wycieczkę" do szpitala. Zeszłam tam również i cicho westchnęłam.
- Szpital jest na ulicy Three Walls.
- Jedźmy tam jak njaszybciej! - załapała mnie za dłoń i  razem  wyszłismy na zewnątrz. Tam, w ciemności dostrzegłąm śwatła. Prowadzona przez rodziecielkę weszłam do tejemniczego busa, prawdopodobnie wynajętego przez rodziecielkę. 
- Niech pan nas zawiezie do szpitala na tej ulicy. - podała mężczyźnie karteczkę z nazwą ulicy.
- Będziemy tam za kilka minut. - uspokoił kierowca. Rzeczywiście, mówił prawdę. Już po 5 minutach ujrzelismy mury budynku. W szybkim tempie wydostalismy się z transportu i wpadliśmy do szpitala, powodując zdziwenie na twarzy młodej recepcionistki.

- Pszepraszam, szukamy Vanessy Marano.
- A, tak. Przywieziona ją niedawno. Znajduje się na sali 207.
- Dziękujemy za pomoc. - powiedziałyśmy jednocześnie i pobiegłyśmy pod dany numer. 
Tam, spodziewaliśmy się zobaczyć prawie umierającą Nesse, lecz zamiast tego naszym oczom ukazała się ładna dziewczyna w krótkiej, neonowej sukience i z promiennym uśmiechem na twarzy.
-  Boże dziecko! Co się stało? - spytała nadal zdenerwowana mama, a ja stojąc w tyłu nie mogłam ukryć śmiechu.
- Nic takiego. Przyjechałam na badanie kontrolne.
- Ale... miałaś być poważnie chora?! 
- Jak to..? Już chcieliście się mnie pozbyć? On nie, nie ma tak łatwo. - zarechotała lekko zdziwiona naszymi odwiedzinami.
- Pielęgniarka mówiła nam, że trafiłaś na intensywną terapię! - wykrzyknęła rodzicielka, nie roumiejąc z tego kompletnie nic.
- To zostałaś źle poinformowana. - pokręciła głową siostra. - Chyba się komuś coś pomyliło.
- Uff... - westchnęła cicho Ellen, siadając na krześle przy łożku.
- Widzę, że się o mnie martwiłaś... ; poprawka: martwiłyście. - wyznała z rozbrajającą szczerością, gdy ujrzała mnie stojącą na progu pomieszczenia. 
- Ooo tak. Mama to na miejscu nie mogła usiedzieć - tak się przejęła marnotrawną córką.
- Jaką " marnotrawną" łobuzie?
- Ups... tak mi się wymsknęło. - zasłoniłam usta ręką, udając speszoną.
- Oj nie udawaj. Kto jak kto, ale ja znam cię tak dobrze, że wiem kiedy kłamiesz, a kiedy mówisz prawdę.
- No pewnie. - prychnęłam. - Sugerujesz, że nie umiem  blefować? - zapytałąm.
- Nie, nie umiesz. No ale nie dąsaj sie już tak, tylko chodź się przytul. - z radością wykonałam prośbę Vanessy, tonąc w jej objęciach. Po chwili dołączyła do nas również mama. 
- Tak się cieszę, że wreszcie jesteśmy razem. - wyznałam.
- Ja też. Czekałam na tą chwilę dobrych pare lat. - odrzekła Nessa, przyciskając nas jeszcze mocniej do piersi. Trwałyśmy w tym uścisku dobrych kilka minut, gdy nagle przyszedł mężczyzna w bialym kaftanie i przerwał "sielankę" . 
- Pszepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym porozmawiać z moją pacjentką. - odkaszlnął. 
- Nie widzę powodu, by cokolwiek przed nami ukrywać. Jestem jej matką. - powiedziała z dumą, unosząc podbródek jak najwyżej się da.
- Tak. W to nie wątpię, lecz to dorosła kobieta i sama o tym zdecyduję. Wyjdźcie.  - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu. Pociągnęłam mamę za rękaw swetra i wyszłyśmy z sali. Lekarza spędził w sali prawie pół godziny. Po czym przemknął obok nas niezauważalnie. Zaraz po nim wyszła Vanessa. Jej twarz pobladła i teraz przypominała trupa. Jednak, gdy zobaczyła nas wymusiła uśmiech i zapewniła:
- Nic mi nie jest. Muszę trochę tu jeszcze posiedzieć, ale wy jedźcie. 
- Nie zostawimy cię. - powiedziałam twardo.
- Ale to naprawdę nic takiego. - była bliska łez. - Po prostu muszę powtórzyc badania, gdyż poprzednie się nie udały.  
- To co. Nie zaszkodzi posiedzieć. Tu jest bardzo przyjemnie. Mogę iść wypić kawę z automatu lub kupić drożdżówkę w sklepiku na drugim piętrze. 
- Widzę, że jesteście zmęczone. Błagam. Niedługo wrócę. 
- Ugh... Skoro nalegasz. Wezmę mamę i pojade. 
- Dzięki Laura. - złapała mnie za ramię, a ja dostrzegłam, że na jej twarzy zagościł uśmiech. Odwzajemniłam go. 
- No cóż. Teraz muszę już lecieć. Doktor Blarkson będzie się niecierpliwił. Straszny z niego sknera. - ogłosiła i poszła prosto korytarzem. Śledizłam ją aż nie zniknęła za wykonanymi z kory brzozy drzwiami. 
- Mamuś. - potrząsnęłam jej ciałem. - Wstawaj. Już jedziemy.
- Emm... - przebudziła się. - A gdzie Vanessa? 
- Musi powtórzyć badania.
- To poczekamy.
- Kazała tego nie robić. Na kolanach się czołgała, aby mnie do tego przekonać.
- Widocznie chce się nas pozbyć. W takim razie jesteśmy zmuszone uciekać.
- Tak. Ten BIGtaxi jeszcze czeka?
- Tak, tak. Chodźmy. - pobiegła na parter i wpadła jak strzała do busa. Zabawne. Jeszcze dwie godziny temu tak samo pędziliśmy do środka, do mojej ukochanej siosrzyczki z obawą, że jest poważnie chora. Pomyliliśmy się. Nawet bardzo. Ona przyjechała tu, na jakieś nic nie znaczące badania. Ale w takim razie dlaczego ktos nas o tym powiadomił? Żary sobie robiono? Nie należało się dziwić. Teraz taki świat. Wszędzie czai sie zło. Najbardziej to widac właśnie w L.E. Jak np. tan chłopak, który zawiózł mnie do lasu w niewiadomo jakich celach. Raczej nie najlpszych. Domyśliłam się z kontekstu. mina jego mówiłam w prost: " Jestem zboczeńcem" . Nie chciałam już więcej o tym myśleć, dlatego dając upóst mojej wyobraźni, zamknęłam oczy i odpłynęłam wartkim potokiem snów.

***
Witajcie Pyśeee !!! ♥
Co tam u Was? Jest mi trochę przykro ze względu na tak małą ilość komentarzy. Możecie komentować nawet z ANONIMA. Wszystko mi jedno, lecz każdy taki komentarz daje mi wspaniałą motywację do działania i pisania rodziału. Mam OGROMNĄ NADZIEJĘ NA WASZE KOMENTARZE !!! 

A jęsli dobrze będziecie się sprawować dam Wam małą niespodziankę !!! :D
 ♥ ♥ ♥ 







niedziela, 1 czerwca 2014

Rozdział 5

*30 czerwca, 12:00,obrzeża Los Angels*

Oczami Laury*

 Siedząc w Tax'ówce zastanawiałam się co zrobić. Do domu wrócić nie mogłam. Co to, to nie. Na mój widok chyba wszyscy by pouciekali. A to dlatego, że wyglądałąm jak zeczerpnięta z najgorszego horroru zmora. Rozmazany makijaż, rozczochrane włosy a na dodatek siniaki i pobijania na całym ciele, które były oznaką bliskiego spotkania z kamieniem czy drzewem. Moja sukienka nadawała się tylko i wyłącznie na śmietnik, natomiast jeden z butów zgubił się w czasie biegu. Aż dziewne było to, że kierowca nie bał się mnie przewieźć, abym nie odstraszała innych klientów. Widocznie mała grupa osób wozi się tym transportem. W Miami to raczej powszechne. 
- Pszepraszam, gdzie panią odstawić?
- Yyy... właściwie narazie nie mam celu. -po pytaniu taxówkarza przypomniałam sobie, że nadal nie mam co ze sobą zrobić. Uznałam, że przydałoby się umyć i opatrzyć rany. Najlepiej w jakimś cichym i ustronnym miejscu. Z tego powodu szukałam w kontaktach kogoś, u kogo mogłam wykonać te czynności. Moje oczy zatrzymały się na ikonce "Dallas". Właśnie! Skoro przyjechał tu na wakacje, to znaczy, że musi też gdzieś mieszkać. Bez głębszego namysłu wybralam jego numer.

*Rozmowa telefoniczna*
D: Tak słucham?
L: Dallas? O cześć słuchaj.. Mam prośbę.
D: Jaką?
L: Wiesz... mogłabym to ciebie przyjechać w tej chwili?
D: Oczywiście. To mój adres: Columb 311.
L: Ooo.. wielkie dzięki. Zaraz będę.
*Koniec rozmowy*
- Teraz już wiem dokąd chce jechać. - odparłam zdecydowana. - Na ulicę Columba, do domu z numerem 311. 
- No widzie pan. Nie ma to jak szybka decyzja. - zachichotał.
- Tsa... ma pan rację. - odparłam i wygodnie rozsiadłam się na fotelu. Myślałam o tym tajemniczym chłopaku. Czy chciał mi zrobic krzywdę? Czy nie był na to za młody? Miałam co do niego tyle pytań. W pewnym sensie, nie bałam sie go. Czułam tylko, że jestem wściekła na niego. Ochlapał moją kreację wyjściową błotem, a potem wywiózł do lau. Co ten dupek właściwie myślał? Na co liczył? Z każdą kolejną minutą, gdy o tym myślałam nasuwało mi się coraz więcej pytań. Dlatego też odetchnęłam z ulgą, gdy kierowca zahamował, a ja w spokoju wyszłam na zewnątrz. Okazało się, że Dallas mieszka w ślicznym, małym, żółtym domku. Na parapecie widniały przeróżne kwiatki, z pewnościa wymagające kobiecej ręki. Zebrawszy się na odwagę i zapukałam do drewnianych drzwi. Otworzył mi chłopak z wielkim usmiechem na ustach. Jednakże gdy tylko bardziej mi się przyjrzał mina mu zrzedła. 
- Boże, Laura co cie się stało?
- Yyy... trochę się zgubiłam w mieście i trafiłam do lasu. - cudem wybrnęłam z opresji.
- No wiesz ty co. - zaśmiał się. - Wchodź do środka. Posłuchalam bruneta i weszlam za nim do domu. Znajdowaliśmy się w wąskim korytarzu. Nie było tu żadnych ozdób, tylko wieszak na ubrania i szafka na buty. Z grzeczności wyjęłam nogę z jednej balreinki.
- A co z drugim butem? - spytał podejrzliwie.
- Aaa... wiesz. Pośród drzew uciekałam przed jakimś zwierzęciem i po drodze mi spadł.
- Hehe. Jesteś szalona. 
- Cóż. Taka już moja natura. - mrugnęłam. - Mogłabym się.. wykąpać?
- No jasne. Chodź, zaprowadzę cię. - znów podreptałam za nim. Moim oczom ukazała się prawie że królewska toaleta. Była duża, przestronna, ze ścianami pomalowanymi na czerwono. Od dołu pokryta biało-czarnymi płytkami. Na samym środku stała ogromna wanna, a w kąciku prysznic.  Niestety, nie miałam czasu na wesołe pluskanie się w saunie dlatego wybrałam druga opcję i już po chwili ciepła woda, niczym kojący balsam zmywała nie tylko z ciała, ale również z duszy wszelkie rany dziesiejszego dnia. Po kąpieli przebrałam się w swoje podarte ubrania, gdyż innych nie miałam i wyszłam z pomieszczenia. Tam, na korytarzu czekał na mnie  Dallas z całą masą opatrunków. Na jego widok wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
- Nie powinno być cie do śmiechu. Ja się o ciebie martwię. - rzekł wyraźnie zdezorientowany.
- Pszeparaszam, ale po co ci tyle bandaży i innych podobnych rzeczy? - spytałam.
- Wiesz.. nie wiedziałem co konkretnie się przyda, więc postanowiłem wiąć wszystko co miałem w apteczce.
- Rozumiem. Dziękuję za troskę. - posłałam chłopakowi uspokajające spojrzenie.
- W końcu mnie doceniłaś. Teraz chodź do kuchni. Czeka cię trudna operacja. - powiedział poważnym tonem naśladując chirurga. Na te słowa znów się głośno zaśmiałam. Coraz bardziej podobało mi się nie tylko jego poczucie humoru, lecz ona sam. Kiedy pociągnął mnie za rękę, poczułam, że dawna miłość powraca.
- Siadaj na stole. - rozkazał.
- Dobrze panie doktorze. - wykonałam jego polecenie, natomiast on już zajął się moim kolanem, owijając go dokładnie bandażem. Następnie przykleił plaster na zdarte łokcie i górną wargę.
- Gotowe! Była pani dzielną pacjentką. - mrugnął porozumiewawczo.
- Och, jestem zaszczycona, że mogłam być pana pacjentką.
- Teraz to mi jest miło. - parsknął śmiechem, lecz zaraz się opanował i zapytał: - Odpowie pani na jedno krótkie pytanko?
- Ależ oczywiście.
- Czy wolno przekraczać choć czasem granicę między pacjentem a lekarzem?
- Chyba czasem to dozwolone.
- W takim razie śwetnie bo mam zamiar zaprosić panią - przuroczą poszkodowaną, na randkę.
- Z chęcią. - powiedziałam beznamiętnie, ale w sercu niezmiernie się radowałam. Taki przystojaniak + Ja oferma = Wielka Miłość.
- Super. To kiedu i gdzie?
- Hm.. może w pójdziemy do kina?
- Genialny pomysł.
- Dzięki. Teraz już muszę lecieć. Mama się będzie martwić. - wyznałam i poszłam na korytarz, w celu wzięcia torebki.
- Dziękuję za wszystko. - uściskałam Dallasa.
- Oj tam, oj tam. Nie masz za co. - powiedział szczerze odwzajemniając uścisk.
 Wychodząc na ulicę zatrzyamłam jedno z żółtych aut, które ostatnio często się przydają. Ich zaletą było to, że szybko jeździły i już po 10 minutach mogłam być na właściwym miejscu. Tak było i tym razem.
 Wysiadłam z Taxówki i skierowałam się w stronę drzwi z tysiącem ułożonych wymówek w głowie.
- Cześć wszystkim! - krzyknełam.
- Czeeeeść Laura. Czemu tak długo cię nie było? - spytała Clarie
- Aaa... wiesz włóczyłam się tu i tam.
- Nie ładnie tak. Mama strasznie się  ociebie bała.
- O tak, masz rację kochanie. - dodała rodzicielka wchodząca po schodach.
- Bardzo pszepraszma, ale.. poszłam po zakupy.
- Ach tak. I gdzie one się podziały?
- Emm.. tak jakby.. wyparowały? - odpowiedizałam pytaniem na pytanie.
- To żadna odpowiedź.
- Tak masz rację. Po prostu chciałam pozwiedzać miasto bez wyrywania was ze słodkiego snu. - potulnie odpowiedziałam.
- Ale żeby nie odbierać telefonu?! Masz tupet moja panno.
- Ok, ok... przegięłam.
- Jesteś rozsądna dlatego cię nie ukaże. Wiem, że to tylko instynkt nastolatki potrzebował prywatności.
- Hehe... Tak, na pewno. - wpadłam w ciepłe ramiona mamy. Kochalam ją chyba najbardziej na świecie. Nie było drugiej takiej osoby na świecie, która znałam by mnie tak dobrze jak ona. Wie co zrobić kiedy jestem smutna, kiedy potrzebuje wsparcia. To najwspanialszy człowiek na świecie według mnie.
 Po wielu męczących pytaniach od domowników, wreszcie zasidliśmy do kolacji. Byłam głodna jak wilk albo nawet niedzwieź. Nigdy  nie zjadłam tyle co tego wieczoru. Po posiłku pomagałam mamie posprzątać. Byłam w trakcie zmywania naczyń, gdy usłyszałam dźwięk telefonu, dobiegający z góry. Łudziałam się, że ktoś go odbierze. Jednkaże nic takiego się nie stało i musiałam się sama nim zająć. Wytarłam ręce w ściereczkę, leżącą na blacie i wspięłam się po drewnianych schodach. Jak się okazało sygnał dobiegał z pokoju Ellen. Jakiś nieznany numer sie dobijał. Szybko nacisnęłam zieloną słuchawkę.

Rozmowa telefoniczna:
L: Halo, kto mówi?
P: Dzień Dobry. Czy to pani Ellen Marano?
L: Nie, jej córka Laura. A stało się coś..?
P: Tak... na odziale intensywnej terapi leży...

***
Wszystkiego Najlepszego z okazji Dnia Dziecka kochani!!! <33 ... Jakie dostaliście prezenty od swoich rodziców?? Ja jako prezent daje Wam ten oto krótki rozdzialik. Nabazgrałam go raz, dwa, ale jest.  
A jak sądzicie, kto trafił do szpitala...?