czwartek, 31 lipca 2014

Notka ☺

Czeeść Żeluuusie ♥

Mam dla Was przykrą informację.
Otóż... muszę zawiesić któryś blog. Powodem jest zaczynający się niedługo rok szkolny. Teraz idę do gimnazjum i nie będę mieć czasu, by pisać tyle opowiadań, co we wakacje. A poza tym chcę założyć nowego bloga z moją kochaną Pinki ♥.♥
No nie będę się rozpisywać... 
Chcę, żebyście to Wy zdecydowali, który blog mam zawiesić. Poniżej macie wybór:
Ten ostatni prowadzę z moim niedźwiadkiem, więc ona również musi wyrazić zgodę na usuniecie go, jakby co! 
Jeśli nie wyrazicie swojego zdania w komach, przeprowadzę ankietę. 
Do rozdzialikuuuu *_*
P.S Rozdział powinien się pojawić jutro jeśli nie będę mieć problemów z internetem. 

środa, 16 lipca 2014

Rozdział 12

*Narrator*


Oczom brunetki, ukazał się tłum ludzi, pędzących  w jej stronę. Zszokowana dziewczyna, stała jak wryta, nie mogąc wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Starała się za wszelką cenę, uniknąć gromady świrów. 

- Wszystkiego najlepszego, Lauro!! - pisnęła podekscytowana Nessa i przytuliła siostrę.
- Emm... - zabrała głos dziewczyna. - Co ma znaczyć ten... cyrk?!
- Jak to co? Przecież dzisiaj są twoje urodzinki, kochanie! - mama poklepała ją po plecach.
- Ale... Co to za ludzie? - zmieniła temat Laura.
- Twoi goście. Patrz ile przyniesli ci prezentów. - wskazała Nessa, na leżące na stole paczki, zawiniete w koloroy papier. Ich ilość zaczęła przerażać jubilatkę.
- Ach... pszepraszam, lecz ja... nikogo tu nie znam. - szepnęła na ucho rodzicielki.
- To poznasz. Idź tańczyć, ja przyniosę jedzenie. - mrugnęła rozmówczyni, drepcząc do kuchni. Laura tym czasem, dała się porwać Nessie, w wir imprezy. Nie była zachwycona pomysłem siostry, aby wypić drinka, niestety, Van była nieugięta.
- I jak? - spytała uradowana kusicielka.
- Em... nawet słodkie. - stwierdziła brunetka i wzięła do ręki jeszcze jeden kieliszek wina.
- Wiedziałam, żę ci zasmakuje.
- Ymh... serio. To jest... pyszne!! - podskoczyła Lau, biorąc kolejny i kolejnu i kolejny...

*Godzinę póżniej, Laura*
Stałam oparta o ścianę, sącząc drinka, gdy nagle podszedł do mnie jakiś facet. Zastanawiał mnie fakt, że był prawie nagi.
Hej. Jesteś siostrą Nessy, prawda?
- Oczywiście. Jestem głównym punktem tej zabawy. - zrobiłam piruecika.
- Naprawdę? Kto ci takich głupot nagadał? - zaśmiał się szyderczo mężczyzna.
- Mam urodziny. Ta szopka jest dla mnie. - stanęłam bliżej niego i przymrużyłam oczy.
- Heh... jesteś naiwna. Nessa zorganizowała tę imprezę, na swoją cześć. Dostała dużą rolę w filmie i chciała pochwalić się znajomym z branży.
- To... okłamała mnie? - spytałam z bezradnością.
- Tak. Na to wygląda. Przykro mi młoda. Tak jest show-biznes. - rozłożył ręcę i odszedł do grupy, stojącej nieopodal. Patrząc na niego, ogarnęła mnie złość. I to potężna. Jak można być tak podłym i.... zorganizować przyjęcie dla siebie, a nie dla kogoś kto na to zasługuje. Ugh... siostrzyczka pożałuje. Nie wie z kim zadziera. Myśli, że jestem hłupia? To się strasznie mysli! - z wściekłości, rzuciłam kieliszkiem o podłogę i natychmiast pobiegłam, wszystko wygarnąć tej... małpie! Stała przy stole, oblizując tłuste paluchy od ciasta, stojącego obok.
- Szukałam cię. - powiedziałam oschle.
- Uuu... a stało się coś? - spytała, udając zaniepokojoną.
- Wiesz... prócz tego, że mnie oszukałaś, robiąc dla siebie przyjęcie to... chyba nie.
- To dobrze. - uśmiechnęła się, choć zaraz jej mina zrzedła. Widocznie dotarł do niej sens moich słów. - O czym tu właściwie gadasz?
- Nie ukrywaj się. Już wiem doskonale, co zrobiłaś. - spojrzałam na ciasto, chichocząc.
- Zbyt dużo wypiłaś. Powinnaś iść się przespać. - złapała mnie rękę Nessa.
- Nie. Przecież nie mogę przespaść swojego przyjęcia. - przygryzłam wargę, ze zgrozą.
- Ochh... Błagam cię.
- Bo co? Boisz się, że narobię ci siary, przed kumplami?
- To nie tak idiotko. - usiadła na krześle, opierając się rękami na stole.
- Wytłumacz mi to! - krzyknęłam i usadowiłam się obok niej.
- Widzisz... ja, nie chciałam, żeby to tak wyszło. Urządziłam tą imprezę dla... siebie. - westchnęła zrezygnowana.
- Tyle to wiem. Tylko dlaczego mnie okłamałaś? - uderzyłam pięścią w blat.
- Bo... pojawiłaś się nagle i nie wiedzieliśmy co zrobić. Impowizowaliśmy.
- Nadal czegoś nie kumam. A tak... nie mogłaś się przyznać? Zrozumiałabym.
- Yy... nie wydaje mi się. Nienawidzisz przyjęć. Dobrze rozumiem, twoją potrzebę spokoju. I... wymyśliłam, żeby to było dla ciebie.
- Jesteś egoistką. Perfidną kłamczuchą.
- Wybacz. - wstała, poprawiając sukienkę.
- Hmm... niech pomyślę. - rzekłam niewiennie.  - Odpowiedź na pytanie dam po przez gest. - sięgnęłam po ciasto, w którym kryła się moja złość, chęć zmesty i....  skeywane od dawna emocje.
- Po co ci mój placuszek? - zakryła się dłońmi Van.
- Nie bój się. - uspokoiłam siostrę.  - Chcę zawrzeć przymierze. To będzie nasz rekwzyt.
- OK. - wyprostowała się, podchodząc bliżej.
- Zamknij oczy i pomyśl o czymś przyjemnym. - poprosiłam. Vanessa, wykonała polecenie. Wtedy, wykorzystując moment, wtarłam wypiek w jej twarz. Zrobiłam to z nieukrywaną radością. Moja ofiara, wylądowała pośladkami na podłodze.
- Auu! Ty żmijo! - wykrzyknęła, próbując się podnieść. Nie było to łatwe z mnóstwem bitej śmietany na głowie.
- Heh... masz za swoje! - wykrzyknęłam, wptrując się w Nessę i ciesząc odniesionym zwycięstwem. Nie trwało to długo, gdyż usłyszałam kroki na schodach. Uznałam, że trzeba uciekać. Tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Na razie, jednak wybiegłam przed dom. Tam, ukucnełam przy krzaczku i myślałam, gdzie by się tu udać. Do Lynch'ów? Po kłótni z Rikerem nie miałam najmniejszej ochot ich widzieć. Może do Dallasa? Również odpada. Zranił mnie. Chciał się umówić, a był zajęty. Ugh... nie mogę teraz płakać. Jestem w krytycznej sytuacji. Potrzebuję wsparcia.
- Nie ma jej w ogrodzie. -
- A w pokoju? -
- Nic, a nic.
- Nieważne. Pewnie wmieszała się w tłum na zabawie i tyle.
Szukają mnie. Nie jest dobrze. Co mam robić? Wiać . To na pewno.
Ruszyłam się z miejsca i znalazłam się na ulicy. Rozglądałam się na wszystkie strony, czy aby nikt za mną nie idze. Na szczęście - było pusto, wiec ruszyłam dalej, matwiąc się panującym chłodem. Koniecznie muszę się schronić, zanim zamarznę.
   Mijałam kręte uliczki, domy, kamienice, parki, podwórza, witryny sklepów. Wszędzie wypatrywałam ciepłego miejsca. Niestety, miałam niezwykłego pecha. Jedyny dom, w krórym nie panował mrok, należał do Lynch'ów. Przystanęłam przed bramą. Jeśli dane jest mi umrzeć, to przynajmniej w towarzystwie. Zaśmiałam się i ostrożnie otworzyłam uliczkę. Nie chciałam, by ktoś mnie usłyszał. Nie potrzabowałam dodatkowego stresu.
Gdy znalazłam się na ganku, serce zaczeło mi walić sto razy szybciej. A co jeśli niektórzy domownicy już śpią? Nie bardzo chcę kogoś wyrywać ze słodkiego snu. Zapukałam, choć miałam chwilę zwatpienia. Po sekundzie, uświadomiłam sobie, że już na nie za późno.
- OTAWRTE! - powiedział głos, dochodzący z wewnątrz. Nie namyślając się, pociągnęłam za klamkę i wkroczyłam do domu. Buty zostawiłam na korytarzu i wyruszyłam na poszukiwania tajemniczego człowieka. Ustaliłam, że pochodzi on z salonu. Dlatego, pobiegłam tam, delektując się ciepłem. Już dojrzałam blond czuprynę, gdy nagle... zgasło światło. No pięknie! - pomyślałam.
- Ech... no nie! Tego mi jeszcze brakuje. - wrzasnął ktoś z ciemności.
- W porządku? - spytałam, chcąc być miła,
- Gadaj. Kim jesteś?
- A ty..? Riker?
- Nieee. - wyrzyknął jakby z obrzydzeniem cień.
- To jak masz na imię?
- Ross.
- A... - zamurowało mnie. To ten co nas nakrył.
- Liczyłem, że ty wyjawisz teraz swoje imie. - zacchichotał chłopak. - Chodź do salonu.
- Okk... - odparłam, bojąc się, że teraz świato, odkryje moją postać, jednak ruszyłam niepewnym krokiem do pokoju. Niestety, potknęłam się o komodę.
- Ojć.. - zawyłam.
- Nic ci nie jest? - zapytał z troską. - Wyciągnij rękę, pomogę ci.
- Dobrze. - zrobiłam to co chciał Ross i poczułam ciepłą dloń. Nie powiem, to było nawet fajne.
- A teraz, zaprowadzę cię na sofę.
- Dzięki. Dziwne, ze mniw wpuściłęść. Mogłabym być bandytą.
- Tacy, raczej nie pukają do drzwi.
- No tak. Głupia ja. - pacnęłam się w czoło, jednocześnie siadając na miękkiej kanapie.
- Chcesz coś do picia?
- Nie będę robić kłopotu. Jest ciemno no i...
- Eee tam.
- Tak czy inaczej, odmawiam.
- No nic. Skąd jesteś?
- Z Miami. Jestem na wakacjach u siostry.
- Jesteś pijana? - niespodziewanie padło pytanie.
- Taak. - wyznałam.
- A wiesz co. Mam tu parę piw. Chcesz może? - chwilę się zastanwiałam, lecz ostatecznie przystałam na propozycję.
- Daj jedno.
- Przyniosę więcej i pójdziemy do mojego pokoju. Nie chcę, żeby zobaczyli to rodzice jak przyjadą.
- Nie ma ich w domu?
- Jestem sam. Cieszę się, że wpadałaś.
- Heh... zaśmiałam się nerwowo i położyłam głowę na oparciu sofy, czekając na chłopaka. Nareszcie, wstąpił do salonu.
- Znów podaj mi dłoń, abym mógł cię poprowadzić. - kiwnęłam tylko głową po chwili krążąc z Ross'em po  domu. Po kilku minutach, znaleźliśmy się w jego królestwie.
- Udiądź na moim łóżku - rozkazał łagodnym tonem.
- Wygodnie tu.
- To logiczne. Łóżko wodne. - otworzył butelkę i podał mi.
- Super... i dzięki! - uśmiechnęłam sie.

* Po kilku piwach później*
Ja i Ross, rozgadaliśmy się na dobre. Okazało się, że mamy wiele wspólnego. Szkoda, że nie poznałam go troszkę wcześniej.
- Słuchaj... szkoda, że cię nie widze.
- Tsaa... raczej nie. Przestraszyłbyś się.
- Nie sądze. - przybliżył się i położył głowę na moim ramieniu. Ja pocałowałam go w polik.
- Wiesz, że już cię kocham? - spytał.
- Hehe.... Ja ciebie też.
-Może... zrobimy coś.. .zakazanego? - wybełkotał.
- Mrr... ja się zgadzam. - zamieniłam się w kocicę i usiadłam na kolanach chłopaka.
- Oo... już przystosowujesz się do mojego klimatu??
- Taaak kotku.
- To mi się podoba!! - zaczął całować moją szyję, z początku niwnnie, lecz potem rozkręcił się na maxa.
- Mhm... Powinieneś zejść torchę niżej... - mrugnęłam.
- Jesteś szybka. Lubieee to !! - zaryczał jak lew i rozpiął mi sukienkę. Ja nie pozostałam mu dłużna. Jednym ruchem, pozbyłam się T-shirtu blondyna, odsłaniając jego niezwykłe mięśnie Zaczęłam je macać, dotykać i całować. On w tym czasie zajął się moim piersiami, masując je, delikatnym ruchem dłoni. W końcu, chłopakowi znudziły się te igraszki i postanowił przejść do sedna. Ja położyłam się na łóżku gotowa na wszystko. Niestety, ni z tąd ni z owąd, w całym domu zapaliły się światła, a samochód rodziny blondyna zaparkował przed domem. Popatrzeliśmy na siebie, zrezygnowani, przerwaniem miłosnych czynności i krzyknęliśmy, tak, że ściany się zatrzęsły.


CZEEEŚĆ !! ♥

Postanowiłam jednak nie zawieszać bloga. A to wszystko dlatego, że tak wspaniale mnie oceniliście w komentarzach. Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam, gdy zobaczyłam na ekranie liczbę "12". Ochh.... prawie spadłam z krzesła. Hehe.. :D Mam nadzieję, że nadal będzie również tak dużo komentarzy,bo jak nie to... wiecie co się stanie :(
No nic... ostatnia scena trochę 18+ ... Pszepraszam, że Was nie ostrzegłam przed rozdziałem, lecz wtedy jeszcze nie sądziłam, że wpadnę na taaaaaki szalony pomysł i Raura... ten teges ;) ... No, mam nadzieję, że mi wybaczycie, także straszne błędy w tym rozdziale:P ... Kocham Was moje Gumi-Żelki !!! ♥










sobota, 12 lipca 2014

WAŻNA NOTKA !!!

CZEEEŚĆ KOCHANI!

To niestety nie jest rozdział, lecz smutna informacja, dla tych, którzy czytali mojego żałosnego bloga. 
A więc, postanawiam go... ZAWIESIĆ :( razem z tym drugim blogiem.  A oto powody, przez które zawieszam:
♥ Mało komentarzy
♥Mało wyświetleń
♥Mało obserwatorów
Tak bardzo chciałam, doprowadzić tego bloga do końca, dokończyć losy bohaterów i pisać kolejne opowiadanie. Niestety, nie mogę pisać swojego bloga tylko i wyłącznie dla siebie. Na początku obiecałam się nie poddawać, ale... ta sytuacja mnie przerosła. Jeśli pod tym postem nie będzie:
☺Minimum  7 komentarzy ( Moje się nie liczą)
7 obserwatorów, to.... kończe na dobre historię.
Dziękuję za uwagę :(, tych których to obchodzi. Ja wiem, że nie piszę, tak dobrze jak niektórzy i nie mam najlepszego wystroju bloga, lecz to nie jest chyba przeszkoda, żeby choć raz, skomentować, paroma słowami rozdział. Chcę, żebyście naprawdę mnie docenili i zrozumieli, jakie to dla mnie ważne. 


piątek, 11 lipca 2014

Rozdział 11

W poprzednim rozdziale:

Ja już powoli, zacząłem zbliżać się do pocałunku, lecz... nagle ktoś wpadł do pokoju, krzycząc:
- Co wy wyprawiacie?!

***
- Co wy wyprawiacie?! - spojrzałem na człowieka, który właśnie popsuł mi NIE randkę z Laurą. Okazał się nim... Ross! 
- Yyy... Nic takiego. - wypuściłem Laurę i wytłumaczyłem bratu tę... dwuznaczną sytuację. 
- Czekaj, czekaj. Wysłałeś mnie do mojej byłej, tylko po to, żeby urządzić tu... burdel?! - wrzasnął.
- To nie tak jak myślisz. Prawda Laura? - spytałem, brunetki stojącej za mną. 
- T-tak. - wydusiła, nie pomagając mi zbytnio.
- Widzisz? Przyznała mi rację.
- Phi... serio, myślisz, że nie wiem, że chciałeś się mnie pozbyć? Ale teraz się doigrałeś. Nikt nie będzie, okłamywał Ross'a. Nikt! - krzyknął i poszedł na górę do swego królestwa. 
- Uff.. - odetchnąłem. - Poszedł sobie.
- Tsaa... wiesz Riker, ja też już powinnnam się zwijać. 
- Nie. Dlaczego niby? To przez niego? Nie przejmuj się nim. To palant.
- Nieważne kim jest. Czy palantem, czy idiotą. Po prsotu nie chcę, żeby jeszcze ktoś nas... tak zobaczył. 
- Wstydzisz się mnie? - zapytałem z zażenowaniem.
- Co ty w ogóle gadasz? - pokręciła przecząco głowa. 
- To co ci tak... przeszkadza?
- Nic. Dopiero co się poznaliśmy, a już mamy być.. razem? I powiedzieć o tym caemu światu? Jesteś taki sma, jak ten cały Ross, na którego tak plułeś i wyzywałeś. - prychęła i wybiegła z domu. 
- Nie... zaczekaj! - puściłem się za nią. Nie mogła mi mieć za złe, że ktoś nas nakrył. Wszystko starannie zaplanowałem. Starałem się... i to bardzo. Ona tego, jednak nie dostrzegła. Ech... dziewczyny. Czego im trzeba, żeby zrozumieli, że też mamy uczucia?
***
Do domu wróciłem zmęczony i padnięty. Pogoń za dziewczyną trawała dopre pół godziny. Szło mi świetnie, póki ona nie zniknęła we wnętrzu Taxi. Ugh...  dlaczego te żółte autka są wrogo nastawione akurat na mnie?
- Heeej Riker. Gdzie byłeś? - spytała Rydel, siadając obok mnie.
- Echh... nigdzie.
- Mam ci uwierzyć? To lepiej się postaraj. 
- Daj mi spokój. Miałem ciężki dzień.
- Dowiedziałam się od Ross'a.
- Czyli... wypaplał to już wszystkim? No to mega. Jak starzy wrócą będzie AFERAAA! 
- Masz sczęście. Powiedział tylko i wyłącznie mi. 
- No ale jednak mamy jednego świadka.
- Histeryzujesz kochany. Jestem twoją siostrunią i powinnam wiedzieć z kim się umawiasz. A co jeśli to jakaś czarownica, albo co gorsza... kosmitka? - zkaryła usta dłońmi i udawała zestresowaną.
- Weź się odwal. Nie mam ochoty na... pogawędkę o dziewczynach.
- Oj! Aż tak się przejełeś Laurą, że nie myślisz o nieczym innym.
- Nie rozumiesz. Laura, to jedyna dziewczyna, której nie odbije mi Ross. Zależy mi na niej. Nie wiem jak to się wytłumaczyć, lecz kiedy jest obok to.... ręce mi się pocą, gadam głupoty i... szaleję. 
- To jeden z syndromów zakochania. - rzekła poważnie.
- Wiem. Tyle, że ona... sądzi że to dzieje się za szybko. Chce bliższego poznania się. 
- Bo to wrażliwa istota. Nie zdobywa się takich z dnia na dzień. Dlaczego Ross, jeszcze nigdy nie znalazł porządnej dziewczyny? 
- Bo... jest za głupi? - stwierdziłem.
- Nieee. Otóż dlatego, że nie rozumie miłości. Co z tego, że co tydzień ma inną, gdyż nigdy nie zaznał smaku tego jakże wspaniałego zjawiska ludzkich dusz i ciał. 
- Aaaa... to takie stringi. - zaśmiałem się po raz pierwszy od wyjścia Laury. 
- Dokładnie. Pomogę ci ją zdobyć. 
- OK. Zgadzam się. W końcu nikt nie rozumie kobiety lepiej niż druga kobieta.
- Oj.... tak, tak. 
* Oczami Laury*
Wróciłam do domu, pełna złych przeczuć. Może nie powinnam tak wydzierać się na Rikera? Przecież on chciał dobrze. Przygotował specjalnie dla mnie romantyczną kolację i w ogóle. Na dodatek ten cały... Ross? Nie widziałam go dobrze zza pleców chłopaka, lecz czułam, że już się nie raz spotkaliśmy. Tylko gdzie i kiedy? Och... za dużo myślę. Zresztą jak zawsze. Póki nikogo nie ma na horyzoncie, to pójdę się wykąpać. Moje ciało, spragnione ciepła i troski jak nigdy dotąd ogrzeje się. 
Weszłam pod prysznic, dając upóst dręczącym problemom i już po 10 minutach, poczułam się jak nowo narodzona. Ach... jak mi było przyjemnie. Dlaczego nie moze tak być na wieki? Czemu, wszystko czego się dotknę, zamienia się w moje przekleństwo? W życiu wielokrotnie dostałam po tyłku i zdawałam sobie z tego sprawę. Tylko, nie mogłam zrozumieć, czemu, choć na chwilę się nie poprawi? Czemu choć na chwilę nie mgę być w pełni szczęśliwa? 
- Laura. Możesz przyjść do salonu? - wyszeptała Clarie, swoim cieniutkim głosikiem.
- Yyy... pewnie. Ale po co?
- Dowiesz się w swoim czasie. - rzekła tajemniczo i wyszła z łazienki, zostawiając mnie samą w osłupieniu. Co tym razem? Może kolejna ważna sprawa, która zmieni moje życie nie do poznania. Nie warto się nad tym pastwić. trzeba iść na miejsce, by się o wszystkim przekonać. Jak postanowiłam tak też zrobiłam. Szybko podreptałam do głównego pokoju. Tam, panowały egipskie ciemności. Musiałam bardzo uważać, aby nie przewrócić, w drodze do włącznika, który znajdował się w drugim końcu pokoju. Niestety, gdy już dotarłam do celu, lampka nocna, stojąc obok wielkiego foletlu, spadła na podłogę, robiąc mnóstwo hałasu. Jakaś osoba wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Najchętniej rzuciłabym się na nią z pazurami. Brakowało mi tylko informacji co to za potwór. Śmieje się z cudzego nieszcześcia.
- Haha... Bardzo śmieszne. Po prostu umieram ze śmiechu. - powiedziałam sarkastycznie, jednocześnie włączając oświetlenie. To, co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania.... 
☺☺☺
Heeej! Jest rozdział... niestety bardzo krótki, za co Was ogromnie pszepraszam. Po prostu nie miałam siły, by go napisać. 
I mam sprawę... chyba przyjdzie mi zawiesić bloga. Nikt nie komentuje, nikt nie czyta i w ogóle. Mam paru wiernych czytelników, z czego jestem ogromnie dumna, lecz... sami wiecie, że nie mogę tego ciągnąć w nieskończoność. Jest mi bardzo przykro, bo nie sądziłam, że dojdzie do tego tak wcześnie, ale.... nie będę wdrążać się w szegóły. A i... ten oto nudny i krótki rozdział dedykuję.... PINKI! ♥ Swoim długim komentarzem, naprawdę nieźle mnie zmotywowała. Dziewczyno, dziękuję i pozdrawiam. :D
☺☺☺

wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 10

*1 lipca, oczami Laury*

   
         Zastanawiałam się, czy to co teraz widzę, jest jawą czy snem. W moją stronę zmierzał właśnie TEN zboczeniec. Ugh... że też musiałam akurat teraz wybrać się na ten spacer. Dzisiejszy dzień należał już do historii najgorszych. Co będzie dalej? Może latając krowa na mnie wyląduje? 
- Cześć. Znam cię. To ty jesteś tą... rozhisterowaną dziewczyną. - zaśmiał się pod nosem.
- N-nie. - wyjąkałam.
- Tsa... mam dobrą pamięć do twarzy.
- Czego ode mnie chcesz? - spytałam wprost, by nie musieć z nim dużej rozmawiać.
- Niczego. 
- To po co tu przyszłeś?
- Nie powinnaś biegaś po ulicy Taka dziewczynka jak ty może sobie zrobićprzy tym krzywdę.
- Martwisz się o mnie? - prychnęłam. - Nawet mnie nie znasz.
- I nie chcę znać. Nie wyglądasz na... fajną?!
- Ty też. - zacisnęłam pięści. Jak on mógł mnie oceniać tak negatywnie. Na dodatek po wyglądzie. Prostak.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. 
- Jestem oazą spokoju. Jakbyś chciał wiedzieć. - przymrużyłam oczy.
- Hehe. Niezła ściema.
- Wiesz co?! Spadaj palancie! - podniosłam dłoń, aby uderzyć chłopaka w skroń. On jednak był szybszy i złapał mnie za nadgarstek.
- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? - wysyczał, przybliżając swoją twarz do mojej. Zaczęłam oddychać szybciej.
- Puść. To boli. - próbowałam go wziąć na litość.
- Bez przesady mała. - wyszeptał mi do uch, muskając je przy tym. Moje ciało przeszedł dreszcz. 
- Słuchaj. Jeśli natychmiast mnie nie zostawisz to zadzwonię na policję. - zaroziłam.
- Serio?! Nie wyglądasz na taką. Poza tym wiem, że ci się podobam.
- What fuck?! Widzę cię drugi raz na oczy. - skrzywiłam się.
- Miłość od... drugiego wejrzenia? Um... to lubię. - pocałował moją szyję. Emocje sięgnęły zenitu. Musiałam coś zrobić. To psychol. Kto wie, co takiemu odbije. Nagle zrozumiałam. Muszę znaleźć czuły punkt kolesia. W tym przypadku narząd płciowy. Nie myśląc o tym dłużej, szybko wykonałam mój złowieszczy plan. Chłopak zgiął się w pół.
- Co jest do cholery?! 
- Trzeba było mnie nie dotykać. - ucieszyłam się.
- Jesteś nienormalną histeryczką mała. - zaserwował mi kawe 3 w 1. Postanowiłam mu się odwdzięczyć.
- Pf... popatrza na siebie. Zboczony prostaku-świniaku. 
- Heh. Nie śmieszne.
- Dla mnie bardzo. - pokazałam mu język, lecz zaraz tego pożałowałam . Chłopak wstał na równe nogi i zmierzył mnie wzrokiem. 
- Pogrywasz sobie ze mną. Musisz wiedzieć, że ja sie szybko nie poddaję. Z twojego życia zrobię istne piekło. - przysunął się do mnie i musnął ustami w policzek. - Jeszcze się zobaczymy. 
- Nie sądzę. - wyszeptałam, a chłopak zniknął mi z pola widzenia, prawdopodobnie w samochodzie. Kretyn. Boi się dziewczyny - zaśmiałam się, budząc zdziwienie staruszka, przechodzącego nieopodal.

*Godzinę później*Oczami Rikera*

Siedziałem na kanapie, szperałem w internecie i myślałem o Laurze. Podobała mi się. Nie znałem jej zbyt długo, lecz czulem, że jest stworzona dla mnie. Taka... delikatna, nieśmiała. Zastanawiałem się jakby ją zaprosić na randkę. Dla tekiej dziewczyny warto się wysilić. Nie powiem tego tak prosto z mostu. Może... zaśpiewam dla niej, a potem zadam pytanie. W sumie doskonały pomysł. 
- Uhg... co za głupia laska! - usłyszałem Ross'a za moimi plecami.
- Coś ty taki wściekły?
- Nawet nie pytaj. - poszedł do kuchni, ską wziął szklankę coca-coli.
- Powiedz co cię gryzie. - zachęcałem.
- No bo... pamiętasz tę laskę, co mi kiedyś prawie pod koła wleciała?
- No... opowiadałeś o niej.
- A więc, dzisiaj znowu to zrobiła. Ostrzegałem ją, a ona zaczęła rzucać we mnie wyzwiskami. Czy to nie chore? - spojrzałem na brata. Na pewno jej tylko nie ostrzegał. No chyba, że przez to słowo rozumie całowanie i chamskie podrywanie.
- No co? Będziesz jej bronić? No kto by się spodziewał. Riker- obrńca uciśnionych. - prychnąl.
- Słuchaj kolego. Grabisz sobie. Zanam cię na tyle, że przewiduje takie rzeczy.
- Bez urazy ale... ta laska była straszna. Palcme bym jej nie dotknął. - grymasił.
- Uważaj, bo ci uwierzę. - zaśmiałem się.
- Nie wiem, dokąd prowadzi ta rozmowa i jaki jest jej cel, wiec lepiej odejdę, udając, że jej nigdy nie było. 
- Ok, ok. - powiedziałem, a braciszek zniknął za drzwiami łazienki. Cały on. Nie portafi się pogodzi, że coś idzie nie mojego myśli. Ja, jednak nie będę marnował dnia, na rozmyślanie o jego ciemnych sprawakach. Wróciłem do Laury. Miałem wielką ochotę ją zobaczyć, dlatego wykonałem do niej telefon.

Rozmowa telefoniczna
R: Hej Laura. Co tam u ciebie slychać?
L: Ech... wolałbyś nie wiedzieć.
R: Jeśli coś cię gryzie, to powiedz. Ulży ci.
L: Takie rozmowy to nie na telefon. 
R: Jeśli nie to... przyjedź do mnie. Adres znasz.
L: A... jesteś sam?
R: Prawie... 
L: Czyli?!
R; Z bratem - Ross'em.
L: Rydel mnie przed nim ostrzegała...
R: Nie przejmuj się. Będę z tobą. A gdy będzie ci jakoś przeszkadzał to wygonię go i tyle.
L: Aaa... nie możesz tego zrobić już teraz?
R: Pewnie,. że mogę. 
L: Dzięki. Będę za 15 minut.
R: Ok. To do zobaczenia.
L: Paaa.
Koniec rozmowy
Teraz, będę musiał sprytnie spławić Ross'a. Tak, żeby się niczego nie domyślił.Hm... już mam nawet pewien plan.
- Ross. Chodź no tu do mnie.
- Po co?
- Chcę ci coś... obwieścić?!
- Serio?
- Tak. Nie daj się prosić.
- Ok. - wyszedł z samych bokserkach. - Czego?
- Emm... Mógłbyś się ubrać?
- Owszem, lecz wolę chodzić tak. Na wypadek, gdyby się tu jakieś ładne dziewczyny pojawiły. - mrugnął porozumiewawczo, siadając na kanapie.
- Uhg... nieważne. Wiesz... był tu ktoś i pytał o ciebie..
- KTO? 
- Jakś... Sarah. - przypomniałem sobie imię jego niedawnej dziewczyny.
- Niech zgadnę: Chce do mnie wrócić? Wiedziałem.
- Prosiła, byś do niej poszedł.
- Teraz? Mieszka na drugim końcu miasta. 
- Z jej twarzy wyczyałem, że to nie może czekać. 
- W takim razie lecę.. A i pożyczysz mi furę? Tamta ma pecha. 
- Bierz ją. - rzuciłem bratu kluczyki i z zadowoleniem włączyłem TV. 
- Dzięki. Mogę nie wrócić na noc, więc... - przygryzł wargę.
- Będę się krył. Obiecuję.
- Ooo.. kamień z serca. To lecę. - wybiegł na zewnątrz i odpalił auto. Chata dla mnie i... Laury oczywiście.
Muszę przygotować jakiś dobry obiad. Postawiłem na mój special... spagetthi. Idealnie. 
   Od razu wziąłem się za przygotowanie. Nakryłem stół dla dwóch osób, poleciałem do pobliskiej kawiarni, po bukiet róż, ugotowałem kluski i polałem je sosem oraz ubrałem się tak jak należy. W końcu, wycieńczony, usiadłem na krześle i spojrzałem na zegarek. Godzina 13:30. Dzwoniłem 20 minut temu. Laura powinna już tu być. Coś ją zatrzymało? Może utknęła w korku. W godzinach szczytu to bardzo możliwe. Martwiłem się, że w ogóle nie dotrze. A naprawdę, pragnąłem ją ujrzeć.
*10 minut póżniej*
Siedziałem nadal na miejscu, wpatrując się w biały punkt na ścianie. Czekałem aż Laura zdzwoni lub zapuka do drzwi. Miałem wielką nadzieję, że stanie się to niedługo. I rzeczywiście - nie myliłem się. Usłyszałem ciche stąpanie na korytarzu. Wybiegłem po nią, z zamiarem wpadnięcia jej w ramiona. Niestety, nie skończyło się to dla mnie dobrze, gdyż bięgnąc, ostro uderzyłem nogą w szafę. Musiałem się zatrzymać i pomasować obolałą stopę. W myślach karciłem się, za taką głupią wpadkę.
- Hej Riker. - usłyszałem za sobą słodki głos.
- O ! Witaj Laura. Wyglądasz... pięknie! - zaniemówiłem, patrząc na dziewczynę, która promieniała szczęściem. Ubrana była w to:
- Heh... dziękuje. - uśmiechnęła się.
- Nie masz za co.
- Wiesz... i swoją drogą, pszepraszam, że tak długo, lecz byłam w sklepie, by kupić coś do ubrania. Tamta sukienka, nadaje się... tylko i wyłącznie do prania. - i nagle wszystko stało się jasne. Oj, dziewczyny. Specjalnie kupują nowe ciuchy na spotkania z nami.
- Nic nie szkodzi. Zechcesz może przejść do kuchni?
- Oczywiscie. Z miłą chęcią. - odpowiedziała dystyngownie.
- W takim razie zapraszam. - ruchem ręką wskazałem na drzwi prowadzące do jadalni.
- O mój Boże. Riker. Masz dzisiaj jakąś randkę? - zapytałam, będac pod ogromnym wrażeniem.
- Nieee... to dla.. ciebie?! - zarumieniłem się.
- Mówisz... poważnie? - zdziwiła się.
- Mhm... bo wiesz. Laura... - podrapałem się za głową, przerywając, swój monolog.
- Oj, Riekr. Nie musiałeś. Bo ja chciałam ci się  tylko wyżalić.
- Nadal możesz. To miał być przyjacielski obiad. - odetchnąłem z ulgą.
- To już inna sprawa. Mozemy jeść? - omiotła wzrokiem pokój. - Jestem głodna jak wilk.
- To siadaj. - z gracją odsunąłem krzesło, by dziewczyna na nim usiadła.
- Miły gest. - rozpromieniła się. Po chwili zajadaliśmy spagetthi i rozmawialismy w najlepsze.
- Przydała by się jakaś muzyka... nie sądzisz? - podnosłem brew, podchodząc do wieży i włączając romantyczny kawałek. - Zatańczysz?
- Z przyjemnością. - podała mi swą dłoń, a ja delikatnie ją ująłem. Na poczatku kołysaliśmy się lekko w rytm muzyki. W końcu jednak, zdecydowałem się, na poważniejsze kroki i obracałem dziewczynę w prawo i lewo. Sprawiało jej to niebywałą przyjemność. Dlatego, chcąc się jeszcze bardziej popisać umiejętnościami tanecznymi obróciłem Laurę, tak mocno, że tak zachaczyła o dywan, prawie się przewracając. W ostatniej jednak chwili, zdążyłem ją złapać. Przez to dziewczyna wylądowała w moich ramionach. Ja stałęm pochylony nad nią. Nasze twarze dzieliła mała odległość. Ja już powoli, zacząłem zbliżać się do pocałunku, lecz... nagle ktoś wpadł do pokoju, krzycząc:
- Co wy wyprawiacie?!
♥♥♥
Heeeej!
Co tam u Was, moje Misiole?
Podoba się rozdział?
Bo według mnie, jest strasznie głupi i nudny. Nie potrafię rozkręcić akcji. Lecz wierni czytelnicy tak mnie do niego zmotywowali, że nie mogłam się powstrzymać się od napisania. DZIĘKUJĘ WAM! 
I mam sprawę...
A mianowcie:
Nie mogę tak dalej. Rozdział czyta około 30 ludzi, a komentuj jeden czy dwóch. To bardzo mnie dołuje. I postanawiam wprowadzić zasadę:
CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!!
♥♥♥
Być może do nastepnego...









Sweeeet fotki dla Was ( nie mogłam się powstrzymać przec wstawieniem xD) ♥



sobota, 5 lipca 2014

Rozdział 9

*2 lipca, 9:00, oczami Laury*
     
    Obudziłam się ze strasznym bólem głowy. Próbowałam dostać się do szkalnki wody mineralnej, stojącej na szafce nocnej. Niestety, marnie mi to szło. Gdy tylko chciałam się podnieść, w czaszce zaczęło dziwnie buzować, więc zaniechałam dalszych poczyniań. Zamiast tego, wygodnie ułożyłam się na poduszce, z nadzieją, że ból przejdzie sam. Jak się okazało trochę się przewidziałam, gdyż na korytarzu ciągle dało się słyszeć kroki i głośne rozmowy.
- Mamo! - krzyczała Clarie. - Kiedy ta Laura wstanie?
- Nie wiem córciu. Ale proszę, bądź cicho. Wiesz jak marudzi, kiedy się nie wyśpi? - zaśmiała się mama.
- Taaaaak. Rozumiem, lecz niec nie poradzę, na to, że mi się okropnie nudzi! - zrzędziła dalej siostra. 
- Nie przjmuj się. Idź pomóc Nessie w przygotowaniu śniadania. 
- Dobrze, dobrze.  Ale ja już się nie mogę doczekać.... - w tym momencie rodzicielka gwałtownie przerwała paplaninę Clarie.
- Wiesz... ona moze wszystko słyszeć. Schodź na dół i nie gadaj więcej. - oburzyła się i zeszła po schodach, prawdopodobnie targając ze sobą młodą. Wreszcie nastąpiła cisza. Cisza, podczas krórej zastanawiałam się co moja zwariowana rodzinka znów szykuje. Kolejna niespodzianka? To ja chyba podziękuję. Jak na parę dni miałam ich wręcz dosyć. Np. spotkanie z... dziwnym typkiem i akcja w lesie oraz choroba Van. Jak juz mówiłam, to zdecydowanie mi wystarczy. Choć, muszę też przyznać, że spotkanie Lynch'ów było wspaniałą rzeczą - taką miłą odmianą, od pecha.
     *Pół godziny póżniej*

  
      W końcu, ból zaczął doskwierać o wiele mniej, więc postanowiłam zejść do kuchni, sprawdzić czy jest coś, czym można by się posilić. Zanim jednak, miałam wpaść w sidła domowników, poszłam do łazienki, w celu odświeżenia się i ubrania w ciuchy odpowiednie na dziesiejszy dzień. Jeśli ma być niespodzianka, to muszę wyglądać naprawdę idealnie. Wygrzebałam, więc z szafy najlepszą sukienkę jaką miałam,

   i zrobiłam delikatny makijaż. Nareszcie byłam gotowa na zejście. Wzięłam głeboki oddech i wyszłam z pokoju. Po schodah stąpałam cicho i wolno, aby nikogo nie powiadomić o moim pojawieniu się, Lecz, ku mojemu zdziwnieniu, nikt nic nie szykował. Mama czytała gazetę, Clarie bawiła się lalką, a Nessa rozmawiała przez telefon, ze swoim agentem, gdyż, co chwilę zwracała się do niego " Tak, Justin" , " Owszem Justin". A z jej opowieści wysnułam, że tak właśnie ma na imię.
- Czeeeeść wszystkim ! - krzyknęłam, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Czeeeeść Laura. - odpowiedzieli wszyscy, nie odrywając się od poprzednich czynności.
- Em... jest coś na sniadanie? - westchnęłam cicho.
- Owszem. Czekają na ciebie omlety. Podgrzej je i z głowy. - rzekłą mama, patrząc na mnie spod okularów.
- OK. Dzięki, że zaczekaliscie, z posiłkiem. - powiedziałam beznamiętnie.
- Nie ma za co. - uśmiechnęła się Clarie.
- Uhg... - jęknęłam. Czy się pomyliłam? Moze nikt nic nie planował? Po prsostu, zdawało mi się i tyle. Ale koro tak właśnie było, to dlaczego mama bała się, że usłyszę, co mówi Clarie. Sama już nie wiedziałam. Najważniejsze było to, że na razie jestem bezpieczna. Nie muszę się przejmować, tym, że znów dowiem się czegoś.... co niekoniecznie jest dla mnie dobre.
       Po zjedzeniu omletów, włączyłam TV, by zabadać, najnowsze nowinki ze świata współczesnego.
- Mogłabyś to, łaskawie przyciszyć? - zdenerwowała się Nessa. - Nie widzisz, że rozmawaim?
- Sorry. Zresztą, już miałam wyłączyć. Nie mówią nic ciekawego.
- To nawet lepiej. - uśmiechnęła się od niechcenia i wróciła do rozmowy. Wszyscy byli czymś zajęci. Tylko nie ja. Siedziałam na kanapie, zastanawiając się, co w niech wstąpiło. Może byli obrażeni? Przecież nic takiego nie zrobiłam. Przynajmniej sobie nie przypominam.
- Halo! Czy ja wam aby na pewno nie przeszkadzam? - wykrzyknęłam, z wyrażnym zdenerwowaniem wymalowanym na twarzy.
- No.... wiesz. - zabrała głós Nessa. - trochę tak.
- Mogłabyś tak nie krzyczeć. - poparła ją mama.
- Moja lalka przez ciebie nie śpi ! - zrobiła smutną minkę Clarie.
- Ugh... zachowujecie się jakbyście byli conajmniej obrażeni. - odburknęłam, na zaczepki rodziny.
- Nie przesadzaj. - przewróciła oczami Van.
- Jeszcze wczoraj byłaś chora. A dzisiaj co? Przeszło ci tak nagle?
- Nie o to mi chodzi.
- A o co? Ciągle gadasz przez ten głupi telefon i cieszysz się ze wszystkiego. Nie tak wyobrażałam sobie ciebie jako ofiarę losu.
- Staram się żyć normalnie. - oburzyła się. - Nie chce myśleć, że białaczka mnie zniszczy. Czu to żle?
- N-nie. - wyjąkałam. - Po prsotu... - zamrałam. Nie miałam nic do zarzucenia siostrze. Zwyczajnie jej zachowanie wyprowadziło mnie z równowagi. Nic więcej.
- OK. Pszepraszam. Jeśli nie jestem wam potrzebna to... sobie pójdę. - machłam ręką i wyleciałam niczym oparzona z domu. Zadzwoniłam po Taxi.
- Gdzie panią podwieźć? - padło pytanie.
- Yyy... za sekundkę panu powiem. - wybrnęłam zwycięsko z opresji. Muszę się zastanowić gdzie teraz się podzieję. Moze u Lynch'ów ? Zawsze wiedzą, jak poprawić humor.
- No to wie panienka gdzie jechać czy nie?
- Muszę wykonać telefon. - szybko wybrałam numer jednego członka r5 i zatelefonowałam. Niestety, miałam niefart.


Rozmowa telefoniczna
E: Hola, mała. Co tam świrujesz?
L: Eee... nic, nic. Czy mogłabym przyjechać... do was?
E: Jak to nic? Musisz się... wyluzować.
L: No spoko. Ale mogę wpaść?
E: Wpaść gdzie? Do śmietnika czy chlewika? Chrr, chrr.
L: Do was.
E: Czy ja wyglądam na świnię?
L: Do domu Lynch'ów.
E: Ej... oni też są ludzmi, a ich dom nie jest przeznaczony dla tego typu stworzeń.
L: Nieważne. 
E: Nieważne kim są?
Koniec rozmowy

Miałam dosyć. Z Ratiffem w ogóle nie szło się dogadać.Nie miałam ochoty dzwonić do Rydel. Tym bardziej, że moja komórka domagała się potężnej dawki energii.
Teraz zjawił się dylemat: Czy wrócić do domu, czy włóczyć się po mieście?
- Tracę powoli cierpliwość. Co pani robi?
- Ja... chcę jechać na Columba 311. - odparłam pewnie, pod wpływem silnego olśnienia. 
- OK, OK. - rozłożył ręce w geście bezradnosci kierowca. 
- Niezmiernie się raduję, że udało nam się dogadać. 
- Ja też. - zachichotał. 
     Minęło 5 minut, a już zauważyłam znajomy, żółty domek. Ruchem ręki, otworzyłam drzwi i wybiegłam na zewnątrz. Po zapłacie, znajdowałam się na ganku. Zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzyła mi urocza blondynka.
- Dzień dobry. Czy coś sie stało? - zapyała zdziwiona moją obecnością.
- Ee.. kim pani jest?
- Jestem Emily. A pani?
- Laura Marano.
- Siostra Vanessy Marano? o mój Boże. Ja i mój misiu, uwielbiamy ją.
- A ten "Misiu", to kto? - spytałam, drżącym głosem.
- Mój  Dallas oczywiście. On jest... taaaaaki słodki. - rozmarzyła się, co spowodowało u mnie odruch wymiotny.
- Wie, pnai co? Chyba pomyliłam adresy. Proszę mi wybaczyć. 
- Nic się nie stało. Miłego dnia. - pożegnała się i zniknęła za drzwiami. Nagle moje serce rozleciało się na milion drobnych kawałeczków. Jak on mógł mi to zrobić? Przecież, miał dziewczynę, a in tak umawiał się ze mną. Idiota! Dupek! - wyrzucałam sobie w myślach, klnąc przy tym obficie.Tak, że  nawet nie zauważyłam kiedy, weszłam na ulicę. Jakieś auto, zatrąbiło na mnie, a kierowca, odezwał się:
- Ej... Ku**a. Patrza jak łazisz. - nie odpowiedziałam mu. Nie miałam na to najmniejszej ochoty. Głowy też nie raczyłam obrócić. 
- Ej... to ty?! Znam cię. Podejdź na chwilę. - znów zignorowałam jego słowa. To był mój błąd. Jego cień zaczął się do mnie zbliżać. Ja, jednak nie uciekałam. Nie miałam siły. 
- Zatrzymaj się żesz ! - usiadłam na ławce. Teraz dopiero, dostrzegłam sylwetkę chłopaka. Na jego widok mina mi zrzedłą. Wyglądało na to, że wpakowałam się w niezłe tarapaty.,

***
Heeej! 
W końcu rozdział! 
Cieszycie się? Mam nadzieję, że tak. ♥
Zmotywowałam się specjalnie dla Was i napisałam byle co, lecz sądzę, że raczej sie spodoba. A i oczywiscie najważniejsza część notki:
DEDYKI!
1. Dedyk dla..... TULI POMOCNEJ - wyjątkowej czytelniczki, która komentuje każdy rozdział, także na drugim blogu. Jest kimś więcej niż tylko "zwykłą dziewczyną". Jest kimś, kto baaaaardzo potrafi mnie zmotywować do działani. Pozdrawiam cię Koffana ♥
2. Dedyk dla.... Nie Zapomnianej Dziewczyny !! ♥
Również baaaardzo ci dziękuję, za miły komentarz. :D
***