czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 17

* Oczami Laury*

Za sobą z zakłopotanym wyrazem twarzy ujrzałam.... Rossa. Miałam ochotę go zabić, udusić, zmaltretować i Bóg wie co jeszcze. Chciałam po prostu, żeby zniknał z tego świata na zawsze.
- Em... - podrapał się za głową, spuszczając ze mnie wzrok. - Słuchaj...
- NIE!!!!!!!!!!!!! - wrzasnęłam. - Nie mam zamiaru cię słuchać. Jesteś... iditotą. Skończonym. Nienawidzę cię i tego przebrzydłego ryja. Natychmiast zejdź mi z oczu - zacisęłam pięści, starając się uspokić.
- Psz-pszperaszam. - wyjąkał cicho. Jego głos jednak zginał w moich użalaniach.
- Czy ty nie rozumuiesz, że przez ciebie, całe moje życie legło w gruzach. - przymknęłam powieki, próbując powstrzymać łzy. To zdecydowanie mnie przerosło. Już nie chciałam, udawać, że umiem sobie z tym poradzić, bo w rzeczywistości było inaczej. Zupełnie. 
- Zachowałem się strasznie. Masz rację - teraz to blondyn podniósł głos. - Nawet nie wiem, co mną kierowało. Zrobiłem to jakby... mimowolnie. 
- Tsa jasne. Jeszcze mi powiedz, że chciałeś mnie przelecieć też mimo woli. - prychnęłam, ocierając łzę. 
Chłopak westchnął, podchodząc do mnie. 
- Ty mnie po prostu.... - przerwał, patrząc mi prosto w oczy. - ... pociągasz. 
- WTF? - odepchnełam go,  mocno policzkując. - Chcesz mnie zaliczyć? 
- No.... - wyznał nieśmiało. - Ale gdy tylko to zrobię, odczepię się od ciebie! - obiecał, a mnie zamurowało. Naprawdę był tak cyniczny i prosił mnie o  jeden numerek? 
- Znajdź sobie inną ofairę! - odbiegłam szybko, przerażona, nawet nie patrząc pod nogi. On mógł mnie nawet zgwałcić - dopiero w tej chwili zdałam sobie sprawę z zagrożenia, jakie na mnie czekało, przebywając w towarzystwie nastolatka. Jak mogłam być tak nieodpowiedzialna i dać się poderwać komuś, kogo nie widziałam? Ugh... ten kokos całkiem odebrał mózg. Ale już nigdy, przenigdy żadnych Lynch'ów. Nie chcę nikogo z tej rodziny widzieć. Po tym, co odebrał mi Ross, przeklinam ich na wieki wieków. 
 
* Oczmai Rydel*
Razem z Ketie, wróciłyśmy pod bar. Laury nie było. Tak jak myślałam, Riker już ją zgarnął. W duchu, modliłam się, aby wyszedł z tąd jako chłopak brunetki. Należało mu się. W końcu, tak bardzo się starał. Nie fair by było, gdyby coś nagle mu przeszkodziło. 
- Cześź siostra! Gdzie moja przyszłą laska? - zapytał, a ja zmroziłam go wzrokiem. Nie mógł nic wspominać przy Keite. Daltego, wzięłam go na stronę. 
- O co ci chodiz? Myślałam, że już dawno wykonałeś plan. 
- Co? Nie włóczyłem się z Ellem, Rockym i Rylandem. To gdzie ona jest? - zapytał, zacierajac ręce. 
- Ale... ja ją tu już dość dawno zostawiłam. Nie widizałeś? Przecież nas obserowawałeś ukratkiem. 
- Bez jaj!  To nie byłem ja - bronił się, a ja  uwierzyłam mu. I doznałam olśnienia. 
- Skoro to nie byłeś ty, to.... 
- Ross - wypalił, zakrywając usta dłonią. - No i ładnie! To już nie mam czego szukać. 
- Może to nie on.... - pocieszałam, choć sama nie widizałam innego rozwiązania. 
- Nieważne - uśmiechnął się niemrawo. - I tak by mi ja odebrał. - wzruszył ramionami, odchodząc. Nie podobało mi się jeog zrezygnowanie. Musiałam to naprawić. A zacznę od znalezienia niesfornego braciszka... 
- Słuchaj... - zwróciłam się do rudowłosej. - Laura już poszła do domu. Ja muszę kogos znaleźć. 
- Spoko... zwijam się. Do zobaczenia. - pomachała mi i zadzwnił do kogoś. Zapewne po Taxi. 

Na parkiecie, było coraz więcej ludzi. Każdy tańczył w rytm swoich ulubionych kawałków. Ja, miałam wielka ochotę, dołączyć do tłumu i zapomnieć o zwalonej sprawie. Niestety, koniecznie musiałam wyprostować, to co schrzanił mój brat. Jak zwykle zresztą. Byłam zmęczona, tym ciągłym naprawianiem cudzych błędów, tym tłumaczeniem i wpajaniem co wolno, a co nie. Tak robiłam, kiedy byli jeszcze mali i robię po dizś dzień. 
Cuem, udało mi się wydostać z oszalałego ludu. Scena, była tak wypełniona, że palca się nie dało wytknąć, nie mówiąc już o przepchnieciu całkowtym. Na szczście nie utknęłam w tym dzikim rozgardliszu i spokojnie mogłam zając się dalszym poszukiwaniem młodszego blondyna. Nie trwało to długo, bo siedział samotnie nad brzgiem morza, patrzać w gwaizdy. Usadowiłam się obok niego, obejmując go ramieniem. 
- Nad czym tak rozmyślasz? - zapytałam, obdarzając go lekim uśmeichem. 
- Ugh...  dziewczyna dała mi kosza - wyznał, a ja już wiedziałam że jest mu ciężko na sercu. W końcu ten król podrywów, jeszcze niegdy nie zoastał spławiony. 
- Nie martw się. Jak nie ta to następna. - machnełam ręką. 
- No....  tak ci się tylko wydaje. Najgorsze jest to, że mój wewnętrzyn duch, nie odpuści, póki jej nie przleci. 
- Och.. no tak. Zapomniałąm. Urażona duma. A jak ma na imię ta dziewczyna? - zmieniłam temat. 
- Nie znasz. - rzucił obojętnie. 
- A skad wiesz? 
- No dobra... Laura Marano. - na te słowa, poczułam wielką ulge. Riker dobrze wybrał partnerkę. Nie była pustą laską. 
- Uchm... daj sobie z nią spokój. Ona się po prostu boi stracić dziewictwo - palnęłam głupotę, byle odwieść go od brązowookiej. 
- Tak myślisz? - podniósł brew, nie dowierzajac. 
- A jak myślisz? Dlaczego nie poddała sie twoim zalotom? 
- No... masz rację. Nie warto się nia, przejomować - wstał, uzbrojony w nowe siły. - Lecę od domu. Jakoś dzisiaj kompletnie przeszła mi ochota na bajerowanie. Jak wstanę, poczuje się lepiej. 
- O tak! Cieszę się, że już ci przeszło. - przytuliłam brata a póżnej, poszłam dać czadu. 

* Oczami Rossa* 

Wysiadłem na zupełnie nieznanej ulicy, gdy taksówkarz skapnął się, że nie mam kasy. Tak więc byłem daleko od domu, samotny, zadręczany wyrzutami sumienia. Przysidłem na jedenej z ławek, wpartujac się bezmyślnie w drzewa. Od razu, przypomniały mi się łzy na bladej twarzyczce bezbronnej Laury. Och... jak ja bym chciał cofnąć czas i zwyczejnie od niej podejść, przywitać się i przprosić za wszystko. Była szansa, że by mi wybaczyła. A czy jest teraz? W to poważnie watpiłem. Ale najgorsze, w tym było to, że pragnąłem jej bardziej. W każdym kolejnym spotakniem, mój apetyt na nią rosnął. Dodatowym atutem, który mnie pociągał była jej niedostępność. I to prowokowało mnie do działania. 
Nie zastanwiajac się dłużej, postanowiłem odszukać ją, przprosić i zrobić wszystko co w mojej mocy, by dała mi się lepiej poznać. Oczywiście na razie, mam większy problem. Dotarcie do domu, bez środków transportu. W tym celu, postnaowiłem zapytać kogoś o drogę. Przechadzajac się ulicą, wybrałem wielką willę. Ostrożnie, otworzyłem furtkę, poprawiłem wygląd, nalepiej jak umiałem bez lusterka i palcem wskazujacym nacisnąłem dzwonek. Chwilę czekałem na gnaku, aż ktoś łasakwie mi otworzy. Wreszcie, usłyszłme zbliżające się korki. Ucieszyłem się, bo prawie tu zamrzłem. Noce w L.E bywają mroźne. 
Temperatura potrfai zejśc nawet do 0 latem. Pomyśleć, że dzień jest gorący.  
- Stało się coś? - usłyszałem melodyjny głos. Podniosłem głowę, uśmiechajac się od ucha do ucha. Nie wierzyłem, że los da mi taką szansę. Zrobiłem skruszoną minę i ruchem zatrzymałem zatrzaskajae się drzwi. Natychmiast, wparowałem do odomu. Brunetka, odwróciła się na pięcie, próbując uciec. Złapałem ją za nadagarstek, mówiąc: Nie wyjdziesz, póki mnie nie posłuchasz. Ona, pokornie, ze łzami w oczach, poprowadziła mnie od salonu, o beżowych ścianach z mnóstwem obrazów. Zająłęm miejsce na wygodnej kanapie, pociągając ją, tak, żeby siedziała tuż przy mnie. Spojrzała na mnie, drżąc. Wtedy, dotarło do mnie, że czuje się zagrożona, że woła o pomoc. Wysyła mentalną wiadomość do bliskich. Nagle, całe pożądanie prysło. Zamist niego, pojawiło sie dotąd niennane mi uczucie - żal. Byłem płytki, nie rozumiałem, że natrafiłem na wrażliwą dziewczynę. Wydawała się silna, twarda. To mnie jednak nie usprawiedliwiało. Przyszedł czas, by naprawić swoje błedy. Uścisnąłęm dziewczynę najmocniej jak umiałęm, ale zarazem najdelikatniej. Starłem krople, płynące po blado różwych policzkach, sam uraniając ich kilka. Dziwne. Po raz pierwsze odkąd sięgam pamiecią płaczę. 
- Czemu to zrobiłeś? - odkleiła się ode mnie, podnosząc się. 
- Chciałem przeprosić.... 
- Pf... nienawidze cię! - zaśmiała się szyderczo. 
- Wiesz, że ja ciebie też? - stwierdizłem kpiąco. 
- No to fajnie!
- No nie? Nie ma to jak czysta nienawiść. 
- Ooo tak! - przyznała. 
- A tak szczerze.... jestem idiotą. Bachorem, który myśli tylko o jednym. 
- A ja idiotką. Żaluję, tego, że cię spotkałam. 
- Ja żałuję, że spotkałęm ciebie. - wypuściłem powietrze z ust. Atmosfera zrobiła się luźniejsza. Zmierzyłem wzrokiem Laurę. Teraz, głupie wydawało mi się to, że mi się spodobała. Była świruską. Totalną. 
- Ok, sorry za wtargnięcie. Już lecę. Tylko powiedz mi na jakiej ulicy jesteśmy. 
- Hahah..dobra. Magic Street. - poinformowała, odprowadzajac mnie do wyjścia. 
- No to do NIE zobaczenia! - podałem jej rekę. Uścisnęła ją, zgadzając się z tymi słowami. Zmęcozny wróciłem na chatę, zapominajać o dzisiejszych wydarzeniach. 


Czeeeeeeeeeeeeeeeeeść ♥ 
 Mam nadzieję, ze jeszcze jesteście tu ze mną :P 
Pod ostatnim rozdziałem, aktywność strasznie zmalała. Nie wiem, co się stało. Z tego powodu, cały dzień chodzę smutna i biję się z myślami czy prowadzic jeszcze tego bloga.... Coś mi mówi, żeby go zawiesić :((.
No ale nie dyskutuję xD
Dobranoc Miśki <33

 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 16

Rozdział dedykowany:
~ Smile
~ Oldze Lynch
~ Ani 
*Oczami Rikera*

Dzisiaj w domu, panowało nie małe zamieszanie. Rodzice, dostali propozycje wyjechania na kilka dni do luksusowego hotelu, mieszczącego się w Wielkiej Brytani. Ojciec miał tam do załatwienia parę służbowych spraw, więc był zmuszony je wykonać . Mama natomiast, wahała się czy mu towarzyszyć. 
- Oj nie wiem Mark... Zostawić dzieci same bez opieki? - kręciła z niedowierzaniem głową.
- Samo to, że nazwałaś ich "dziecmi"  świadczy o twojej nadopiekunczości. - zaśmiał się, pakując kolejny ulubiony podkoszulek do walizki. 
- Ja się po prostu martwię! - unisła ręce ku górze, prosząc Boga o zbawienie. - Czy to żle?
- Oczywiście, że nie. To badzo dobrze. - objął ramieniem żonę, dodając jej otuchy. - Ale nigdy nie nauczą się samodzielności , gdy będziemy ich non stop niańczyć. 
- Masz rację. - westchnęła Stormie, wciągając z szafy, bagaż na kółkach. - Powinnam dać im trochę wolnej przestrzeni. 
- Nareszcie to zrozumiałaś! - ucieszył się, podając żonie najładniejsze sukienki.
- Tooo... w końcu wyjeżdżacie razem? - zapytała Delly, kucając obok matki.
- Tak słonko. - skinął głową tata. 
- Bawcie się dobrze - poklepała go po ramieniu i wyciągnęła z szafy zestaw biżuteri. - To ci się przyda. - zwróciła się do zdziwionej Stormie. 
- Dziękuję. - szpnęła wzruszona, pamiecią córki. 
- Nie ma za co. - wzruszyła ramionami. - Teraz lecę, nie będę wam przeszkadzać. Przyjdę zobaczyć co załadowaliście. - zaśmiała się i podrpetała do kuchni, napić się soku. 
- I co? Czego się dowiedziałaś? - zaatakowałem siostrę pytaniami, delikatnie nią potsząsając. 
- Spokojnie. Nasz plan się uda. Jutro Laura bedzie twoją dziewczyną. - dała mi kuksańca w bok. Oddałem jej. 
- Ejj...  myślisz, że jestem aż takim egoistom, żeby nie pomyśleć o rodzicach? Za kogo ty mnie masz?
- Uspokój się! - popchnęła mnie, tak że wylądowałem na zimniej podłodze. 
- Nie potrzebuje pomocy, sam wstanę - rzuciłem sarkastycznie w stronę rechoczącej siostry. 
- Hehe.. wiem, dlatego nie podałam ci ręki. 
- Nieważne. Powiedz mi lepiej, czy wszystko dopracowane? 
- Nie masz się czym przejmować. 
- A co jęsli nie będzie chciałą przyjść? 
- O tym już myślała. Zwyczajnie nie powiadomie jej o imprzeie. Po prostu pójdziemy na plażę, pokąpać się i w ogóle..
- Rozumiem. Sprytnie to rozegrałaś.
- Fajnie, że doceniłeś młodszą siostrę. - szturchnęła mnie, wychodząc z domu. Krzyknąłem dokąd się wybiera, lecz odpowiedziała mi głucha cisza. Przynjamnie ze strony Rydel.
- Hej, bracie. Jak się masz? - odwróciłem głowę i ujrzałem przed sobą Ross'a, zajadającego się ciastkami. 
- Aaaa... OK - powiedziałem wymijająco, idąc w stronę pokoju. Odkąd zepsuł mi randkę z Laurą, nie rozmaiwam z nim. Przez niego dzieczyna moich marzeń, nie chce mnie widzieć. Mam jednak nadzieję, że pomysł Ryd, wszystko wyprostuje...

* Oczami Laury*


Cała rodzina siedziałą przed telewizorem, napawając się wspólnymi chwilami. Vanessa usadowiła na kolanach Leonarda, wpatrując się ze śmeichem w małpę obierającą banana. Nie mogłam uwierzyć, że nie stresuje się nadchodzącymi badaniami. Jutro, miała dowiedzieć się, w jakiej fazie, znajduje się jej choroba. Wszystko zalezy właśnie od tego rokowania. Jeśli jej nowotwór jej zaawansowany, to... umrze. Jeśli nie będzie musiała znaleźć dawcę szpiku. Po cichu liczyłam, że to jakaś straszna pomyłka i Nessa wcale nie jest chora. Niestety, wyniki mówiły same za siebie. 
Nie mogąc dłużej usiedzieć w miejscu, postanowiłam się przejść. Wiedziałam, że spacer podziała kojąco na moje kłopoty. Dlatego, poszłam do łazienki się odświeżyć i przebrać w to:


Gdy byłam gotowa, wymknęłam sie z domu i ruszyłam w stronę parku. Zieleń otaczała mnie z każdej strony. Gdzie się nie obejrzałam, tam wirowały liście, kwiaty i kępki trway. Włóczyłam się aleją, bez celu, wypatrując wygodnego miejsca do siedzenia.. Wiele ławek było zajętych, a ja nie miałam zamiaru, siadać z nieznajomymi. Na szczęście los się do mnie usmiechnął i znalazłam wymarzone miejsce do odpoczynku, w postaci wielkiego pnia. Znajdował się on pod rozłożystym dębem, który zapewniał doskonałą ochronę przed słońcem. Wygodnie się usadowiłam, włączając nierealny tryb życia. Dzięki niemu, nadal mogłam normalnie funkcjonować, nie zadręczać się niczym ani nikim. Tak było i tym razem. Zupełnie zapomniałam o rzeczywistości, o Vanessie, Rikerze, Dallasie i Rossie. W chwili obecnej, byłam tylko ja i moje fantazyjne życie. Niestety, nie trawło to długo. Mój spokój został zmącony, przez znajomego blondyna.
- Cześć... mogę się dosiądź? - zapytał, ustami muskając mój polik.
- Eee... pewnie - wydukałam, zachęcając go ruchem ręki.
- O czym tak usilenie rozmyślałaś, jeśli można spytać?
- O tym o owym - mruknęłam.
- Mhm...  nie chcesz to nie mów. - wzruszył ramionami, ujmując moją dłoń. Spojrzałem na niego z krzepiącym uśmiechem. on tylko odwzajemnił go i mocniej ścisnął mi rękę. Po chwili, spletliśmy nasz dłonie, niczym zakochana para. Z nim, było mi jeszcze lepiej niż samej. O wiele lepiej. Mimo tego, czułam, że to jeszcze nie ten jedyny...  Może zachowywałam się dziwnie, lecz moje serce było niemal pewne, że nie powinnam się w to pakować. Intuicja jednak radziła spróbować. Zresztą... co mi szkodzi? Jeśli odpuszczę to nigdy sie nie dowiem, czy podjęłam właściwą decyzję...
- Wiem, że to wszystko dzieje się za szybko - rzekł, spuszczając wzrok. Uniosłam jego podbródek, tak, że nasze usta, dzieliły milmietry. Błęki oczu Chrisa, mówił, że nie musimy robić nic na siłę, lecz ja cholernie się bałam, że taka okazja się więcej nie powtórzy. Chcąc, nie chcąc, to miał być mók pierwszy pocałunek. Wiem, że chłopaka znałam od niedawna, ale  czy to wystarczający powód, żeby go skreślać z listy? Nie wydaje mi się. Odetchnęłam głęboko, przybliżając twarz do twarzy blondyna. Robiłam to wolno, jakby świat nagle zastygł w bezruchu. Nie spieszyłam się z niczym. Nie czułam potrzeby zbliżenia. Nagle, Chris, bez ostrzeżenia musnął moje wargi. Zrobił to tak delikatnie, jak podmuch wiatru. Wyszczerzyłam swoje zęby, pokazując moja nieustającą radość z tego gestu. Było zupełnie inaczej, niz sobie wyobrażałam, ale... wiedizałam, że mogę to jeszcze naprawić. Szybko, wbiłam się w jego wargi, sprawaiając, że buziak, był teraz drapieżny i namiętny. Trwailśmy w tej czynności dobre pół minuty, dopóki na zabraklo nam powietrza. Wtedy, oderwaliśmy się od siebie, łapczywie łykając tlen.
- Było wspaniale - wyznał, opierając się o drzewo.
- Hehe... tak - przyznałam, trochę obojętnym tonem.
- Nie sądziłem, że tak się do mnie dobierzesz. To było... - szukał odpowiedniego słowa, w myślach kartkując wszystkie odpowiednie synonimy. - Brak mi słów.
- Taaaak. Zauważyłam. No nic.. jeśli pozwolisz, to już muszę lecieć do domu. - wstałam i odbiegłam, energiczenie machając ręką na pożegnianie. Byłam zdziwiona swoją zimną postawą, wobec Chrisa.
    * Godzinę później*
Leżałam na łóżku, zastanawiając się, czy podjęłam dobrą dozycję. Wiem, że to był już mój drugi całus, lecz i tak miałam wyrzuty. Nie chciałam, dawaćmu fałszywej nadziei, na związek, komuś, kogo znam od właściwie dwóch dni. Albo raczej od dwoch spotkań.
- Czeeeść. Gdzie się znowu podziewałaś? - krzyknęła mi tuż przy uchu Ketie.
- Ech... spotkałam tego Chrsia... - zaczęłam, opowiadając przyjaciółce, o pocałunku, wdajać sie nawet w najmniejejsze szczegóły.
- WoW... no to ostro mała - zasłoniła usta dłonią, śmiejąc się do rozpuku.
- Co cię tak bawi? - zapytałam, zdziwiona reakcją rudowłosej.
- Ty i te twoje przemyślenia, czy postąpiłaś dobrze. Zrozum, raz sie żyję. Ja każdy swój poałunek, traktowałam jak ten pierwszy. - po raz kolejny wybuchnęła śmeichem.
- Oj... wiem, wiem. Ale ja jestem typem romantyczki. Chcę, żeby ten pierwszy był naprawdę wyjątkowy. Z wyjątkową osobą.  -westchnęłam, rozkładając bezradnie ręce.
- Dobrze o tym wiem. Ale, jesteś już o krok bliżej, od tego jednynego nie sądzisz?
- W sumie.. - wzruszyłam ramionami.
- No i widzisz? Miałam rację. - przytuliła mnie, ciesząc się jak dziecko. Naprawdę, podziwiałam jej poczucie humoru.
- Nieważne. Musze się jeszcze z tym przespać. - podrapałam się za głową, przeciągle ziewając.
- Oooo tak. Ja też. Idę się wykąpać. Dobranoc. - rzuciła, w moją stronę, po czym, zniknęła za drzwiami. Gdy zostałam sama, różwnież, weszłam pod prysznic. Zmył od moje dotychczasowe kłopoty, pozwalając na chwilę wytchnienia. Po pół godzinnej przyjemności, przebrałam sie w to:
Potem, wyszorowałam dokładnie zęby, włosy związałam w niedbały kok i weszłam pod ceipłą kołdrę, dając upust wolną wolę moim snom.

* 5 lipca , 10:00, dom Vanessy, oczami Laury*



Zwlekłam się z łóżka, na prośbę zdesperowanej Ketie. Błagała, abym pomogła jej w opiece nad Clarie, gdyż ona sobie nie radzi z tym szatańskim dzickiem. I wcale jej się nie dziwię. Wielokrotnie, mama zostawiała mnie samą z młodszą siostrą i doskonale wiem, jakie to trudne zajęcie. Na pierwszy rzut oka, była małym, słodkim aniołkiem, o szczenięcych oczach.

W rzeczywistości jednak, to nieprzeciętna diablica. Wcielenie zła jakiego świat nie widział. Nie zwykła łobuziara, lecz naprawdę wstrętna wiedźma. Tak więc, wyruszałam na ratunek mojej przyjaciółce. Na początku, uczesałam włosy w kucyka, przebrałam się w luźne ciuchy i dopiero zeszłam na dół. Tam zastałam moją BFF, jak biega po kuchni goniąc rozwrzeszczaną małą, która ukradła jej szczotkę do włosów. Narpawdę niecodzienny widok. I w dodatku przezabawny. Niestety, moja uciecha, została gwałtownie przerwana przez Ketie.
- Laura! Nie stój bezczynnie, tylko mi pomóż! - krzyknęła, zaciskając pięści. Zrozumiałam, że kiedy diablątko zostanie złapanie, będzie w poważnych tarapatach. No cóż... musiałam to zrobić inaczej, to rudowłosa nie da mi spokoju.
- O matko! Co ja widze za oknem! Maskotki Furby! Cały tuzin. W różnych kolorach. Oj... szkoda, że nie ma dla nich właścicielki... - westchnęłam, udając rozczarowną. Nagle, Clarie, rzuciła przedmiot i popędziła szaleńczo w stronę okna, wpadając w moje ramiona.
- Hahha... mam cię żabciu! - podskoczyłam , szczypiąc ją w polik
- Puszczaj bo powiem mamie... - zmarszczyła uroczo nosek, lekko podenerwowana.
-  Ja też mam dużo do powiedzenia mamusi....
- Ech... głupia, głupia, głupia! - krzyknęła, wijąc się i szarpiąc niczym wąż.
-  Wiesz co teraz zrobię? Zamknę cię w pokoju, bez ciastek i kubusia na klucz, aż do powrotu mamy.
- Nieee.... - przylegnęła do mnie, oplatając mnie nogami, a po jej polikach popłynęły pojedynczy łzy.
- Posiedzimy tam z tobą. - mrugnęłam.
- Dobrze. - kiwnęła głową, całując mnie w czoło. - Kocham cię siostrzyczko!
- Hyhyh.. ja ciebie też.
* Dom Lynchów, oczami Rydel*
  Uwijałam się, jak pączek w maśle, razem z braćmi, aby na imprezie wszystko było dopięte na ostatni guzik. Wszystko musiało wypalić. Łącznie z moim planem na Laurę. Jeśli coś pójdzie nie tak, to... będą kłopoty.
- Rób szybciej ten placuszek - wrzasnął Ell pojawiając się tuż obok mnie.
- Nie poganiaj mnie ok? - poprosiłam, wyciągając mąkę z szafki.
- Dobrze Wasza Wysokość! - ukłonił się, oblizując palce.
- Ratliff... mam pełne ręce roboty... możesz iść do chłopaków???
- Ale oni nię są tak ładni jak ty... - kokietował, owijając kosmyk moich włsów na rękę.
- Hahaha... bardzo śmiesnze, ale zostaw moje włosy! - kopnęłam bruneta w czułe miejsce i wypchnęłam z kuchni. Inaczej nigdy nie wykonałabym swojego zadania.
* 2 godziny później*
- Czy wszystko gotowe? - zapytałam jeżdżąc wzrokiem po moich braciach. - Riker... Czy zrobiłeś dekoracje?
- Oczywiście! - przyłożył dłoń do czoła, niczym żołnierz.
- Rocky... rozdałeś zaproszenia?
- Tak jest! - powtórzył gest starszego.
- Ryland.. czy załatwiłeś muzykę?
- Owszem... - popukał się w pierś.
- Świetnie... Ell.. - położyłam dłoń, na jego barku. - Czy załatwiłeś nam rezerwację w lokalu na plaży?
- Yyy.... o czym ty mówisz kobieto?
- Nieważne... chłopcy, mosja honorowa! Biegiem nz plażę, wiecie co macie robić prawda?
- Mhm! Za mną... ! - rozkazał Riker.
- Mam iść z nimi czy coś?? - zapytał, siadając obok mnie na kanapie.
- Lepiej nie... bo jeszcze coś popsujesz... - westchnęłam, opierając głoe na poduszce.
- Serio uważasz mnie za takiego łamgę? - zmarszczył czoło, ze smutkiem.
- To nie tak... jeste tylko baaaardzo nieodpowidzialny - rzekłam przeciągle, nie poprawiając mu tym humoru.
- Słuchaj Rydel... wiem,że wiele razy nawalałem, ale chcę ci udowodnić, ze wcela taki nie jestem!
- Ale... mi nie musisz nic udowadniać! Kocham cię takiego jakim jesteś - wypaliłam, bez zastanowienia.
- Powiedziałaś, że mnie kochasz? - zbladł.
- Yyy.. nie, zanczy.. po przyjacielsku tak!
- Mhm... fajnie, fajnie... To ja idę do łazienki. - rzucił niemrawo, a mi zrobiło się go żal. Postanowiła, że koniecznie musi mieć dziewczynę, wiec kiedy tylko wyszedł, to od razu, zagaiłam o wymarzonej lasce.
- Em...wolisz brunetki czy blondynki?
- Hm... blondynki.
- Opisz swój ideał.
- Hot- dog, dwa matry średnicy, z muszatrdą i ketchupem... - wymieniał, a mnie zamurowało.
- Chodzi o ideał dziewczyny.
- No to blondynka, broązowe oczy, ładna, zgrabna, przyjacielska, miła, choć czasem złośliwa... - mówił, patrzac mi prosto w oczy. Czułam sie nieswojo. Wiedziałam, że to dziewczyna, którą zna.
- ... zabawna, inteligentna.
- To już?
- Yyy tak.
- Co już? - usłyszałam za sobą męski głos. Należał on do Rossa.
- Aaaa..  pytałem o napoje... Czy już gotowe ma drinki!! Hyhhy.. - wybrnął, uśmiechając się do mnie z lekka.
- Czemu mi nie powiedziałaś o imprezce?
- Zapomniałam. Ale jesteś na nią oficjalnie zaproszony.
- Nie dizęki, nie pójdę. Marzę o samotnym wieczorze przed telewizorem.
- W takim razie ok...  - ucięłam i odwróciłam się na pięcie w stronę moejgo królestwa. Tam, miałam zamiar odpocząć przed zabawą. Niestety, jak to w życiu bywa, los splatał mi figla. Akutrat wrócili moi bracia, wydzierając się wniebogłosy. To był  znak, że trzeba szykować sie do odwiedzienia Laury. Zeszłam więc po schodach, ubrana w nową sukienkę:

- Wow... wygladzasz olśniewająco. - rzekł z podziwem Ryland,
- Dziękuję. Teraz, wy lecie na plażę, a ja wstąpie po Laurę,
- Ok... zbieramy się. - kiwnął głową Riker, ciągnąc Rockego za ramię.
 Pomachałam im, wychodząc na ogród. Zaraz potem, patrzyłam jak znikają za ostrym zakrętem. W duchu, zaczęłam się stresować spotkaniem z brunetką. Co jeśli, nie będzie chciała ze mną rozmawać? Była przekonana, że do mnie nie żywi urazy, ale kto tam wie... Dziewczyny z ntaury są bardzo wrażliwe. Byłam jednak dobrej myśli. Gdzieś w głebi, najchętniej położyłabym się na łózku i zasnęła, lecz odwrotu już  już nie było.
*Narrator*

Blondynka, weszła na taras, targana sprzecznymi emocjami. Miała nadzieję, że dziewczyna zechce z nią rozmawiać. W końcu, ona nie była niczemu winna. Z widocznym zdenerwowaniem, nacisnęła dzwonek. Uslyszała, stąpanie, a zaraz potem stoajacą w drziwach Laurę.
- Cześć...  -wydukała.
- Hej... po co przyszłaś? - w tonie brunetki, dało się słyszeć zakłopotanie.
- Mam propozycję nie do odrzucenia...
- To wejdź - skinęła zapraszając dziewczynę do środka. Delly, pokornie wykonałą prośbę i przestąpiła próg.
- Chodź za mną. Pogadamy w salonie. - wskazał na drzwi prowadzące do wymienionego pokoju. Brązowooka podreptała tam, siadowiąć się wygodnie na kanapie. Laura usiadłą na buajnym fotelu.
- O co chodzi? Stało się coć? - wypytywała, zaciskając palca na oparciach.
- Nie... jest dzisiaj impreza na plaży i jeste zaproszona. Liczyłam, że wpadniesz...
- Po co? - prychneła. - Żeby zbłaźnić się przed wszystkimi?
- To zwykła zabawa... Idę tam sama, ale muszę kogoś zabrać, więc... padło na ciebie.
- Ugh... odpowiedź brzmi NIE! - podniosła głos i podeszła do okna, aby się uspokoić.
- Proszę... to dla mnie ważne. Znajomi przyjdą z osobą towarzyszącą, a ja.. no cóż.
- Rydel... musże się opiekować siostrą. Nie mam czasu na bzdury.
- Lau... - zdała się na płaczliwy ton głosu. - Rozerwiesz się trochę... Poza tym nie planuję tam być długo.
- Nie możesz pójść z bratem?
- To skomplikowane.... - wypuściła głośno powietrze.
- No trudno...
- Nie poddam się! Nie wyjdę, póki się nie zgodzisz!
- Ale...
- Żadnego ALE... leć na górę się przebrać i idziemy na balet kochana! - rozweseliła się, potrząsając rytmicznie biodrami. Brunetka, z wyraźnym grymasem na twarzy, podreptała do swego pokoju, przebierając się w odpowiedni strój. Ketie, posmutniała na wieść o samotnym wieczorze. Na szczęście, dziewczyny postanowiły zostawić małą u życzliwej sąsiadeczki i we trzy ruszyły taksówką na miejsce.
* Plaża, godzina 18:00, narrator*

Nastolatki, usiadły obok baru, rozkoszując się zapachem morskiej bryzy. Żadna, nie zabierała głosu. Były zbyt pogrążone w swoich myślach, by podjąć radykalne kroki i oderwać się od czasem chorych marzeń.
 Milczenie, przrwała Rydel. Przypomniało się jej, że ma misję do wykonania. Musiał niepostrzeżenie zniknąć z Ketie, zastawaiając Laurę samą. Miałą już nawet dobry pomysł....
- Słuchajcie... żle sie czuję. Pójdziesz ze mną do łazienki? - zwróciła się do rudowłosej. - A LAura, zamówi drinki.
- Niech będzie. - kiwnęły obie. Blondyna, podciągnęła Ketie za rękę kierując się w stronę parkietu. Chciała zaszaleć, zostawaiając całą spawę w rękach brata. To od niego zależało, czy dziewczyna zapamęta ten wieczór, czy też nie.

Brązowooka sączyła drninka, nie zważając, właściwie co pije. Całkowicie zdała sie na kelnera. Zaserwował jej najprawdopodobniej najlepszego i najdrożeszgo  jak by mógł być. O dziwo, z domu wyszł bardzo dobrze zaopatrzona, więc... nie przejomawała się ceną. Po kilku minutach odstawila szkalnkę i poczuła mrowienie w okolicy oczu. Przymknęła powieki, z nadzieja, że ból ustanie. On jedank nasilił się. Nie wiedziała co się dzieję. Na przemian przymykała i otwierała oczy. Nie przyniosło to razultatu. Straciła całkiem widzoczność i widziała jak we mgle.
- Mm... pszepraszam pana, ale... z czym był mój naktar? - zagandęła barmana.
- Z kokosem. A cos się stało?
- Nie nic, dziekuję. - odparła, powstrzymując łzy. Była strasznie uczulona na mleczko kokosowe. Gdy była dzieckiem, jadał go w ogromnych ilosciach. Później, trafiła w ciężkim stanie do szpitala.
- Pomóc w czymś? - usłyszała znajomy głos za sobą. Odwróciła się, widząc we mgle blond czuprynę.
- Emm... zależy kim jesteś - zmusiła się na uśmiech, przeklinajac sztataśnka imprezę.
- Znasz mnie. I to bardzo dobrze.
- Mhm... to zgoda. - westchnęła, dając się poprowadzić chłopakowi. Zastanawiało ją skąd wiedział, że słabo widzi....
- Dokąd właściwie idziemy?
- To niespodzianka. Na wszelki wypadek, zawiążę ci oczy opaską. - stwierdził i wykonał czynność.
Nie odezwała się już. Jego dotyk działał na nią kojąco. W jakiś nieopisany sposób, czuła się bezpiecznie. Głupie nie?
Para znalazła się w tłumie ludzi. Zapewne w samym środku tanecznych wygłupów. Laura, jendnak nie przejęła się się tym, gdyż po chwili znów ruszyli przed siebie. Myślała że spacer będzie trwał w nieskończoność, lecz tajemniczy towarzysz, podniósł ją i uiadł na rozgrzanym piasku. Ona głowę na jego umięśnionym ramieniu, a on, ujął jej bladą twarz w swe dłonie i złożył za malinowych ustach zmysłowy pocałunek. Normalnie,  brunetka chyba bym go zabiła, ale wprost emanował aurą ukojenia. Czas, zatrzymał się dla nich. Lczyli się tylko  i wyłącznie oni, zatraceni w sobie, nie zważający na to co się wokół nich dzieje. Chwila ta trwała, dopóki nastolatka, nie odzyskała wzroku i zapragnęła ujrzeć światło dzienne, a przy tym blondyna. Gdy tylko odsłoniła oczy, odwróciła się w jego stronę i zamarła...

❀❀❀

Heeej Kochani ♥ 
Jak  Wam mijają wakacje? 
Mi strasznie nudno... nie moge uwierzyć , że niedługo do szkoły. Jeszcze pamiętam zakończnie roku... No nic... trzeba isć dalej :(

Rozdział głupi, a ostatnia scena szczególnie. Inaczej to sobie wyobrażałam. Ale nie miałam siły pisać, a chciałam dodać jeszcze dziś :D
Mimo tego, mam nadzieję, że mnie nie opuścicie. Heh... 

A z innej beczki... 
chcę powiedzieć mojej kochanej Tuli, żeby nie martwiła się tym komnetarzem na naszym blogu. Fakt, to było niemiłe, ale spokojnie. Zapewne ten anonimek, myli się co do ciebie bo ja uważam cię za GENIALNĄ BLOGERKĘ I NIKT I NIC TEGO NIE ZMIENI. KOCHAM CIĘ ♥_♥

❀❀❀

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 15

Rozdział dedykowany mojej koffanej PATCE CHER ♥

*Narrator*

Brunetkę obudził łagodny blask słońca, wdzierający się do pokoju. Promenie raziły ją w czekoladowe oczy, więc postanowiła zmienić pozycję. Przewróciła się na drugi bok, patrzac prosto w błękitne tęczówki Chrisa.
- Jak się spało?  -uśmiechnął się niemrawo, całując dziewczynę w czubek głowy.
- Wspaniale! - stwierdziła, wtulajac się w blondyna. 
- Miło mi to słyszeć. Co chcesz na śnaidanie? 
- Zdam się na ciebie, misiek - mrugnęła, siadając na łóżku. 
- Hm.... kanapki z nutellą? 
- Mhm...może być. - kiwnęła obojętnie, kładąc głowę na poduszce. 
- Zawołam cię kiedy będą zrobione - wzruszył ramionami, wzuł ciepłe papcie i wybrał strój z szafy. Na odchodne, Laura rzuciła w niego jaśkiem. 
- A masz! - zachichotała, chowajac sie pod kołdrą. Chłopak, podniósł broń, podchodząc do spanikowanej brunetki. 
- Kochanie, wyjdź już! Śniadanei gotowe! - kusił, słodkim głosem, niestety, bez żadnych rezulatów. Pomyślał, że musi mieć jakiś sprytny plan, aby wybawić dziewczynę z bezpiecznej kryjówki.
- Auuu... Laura, pomocy! Uderzyłem o kant szafki...
- Co? Nic ci nie jest..? -szybko zrzuciła z siebie kołdrę, obrywając miękkim puchem w twarz.
- Hahaha! - wybuchnął śmeichem Chris. - Mogaś ze mną nie zaczynać, dziecko kochane!
- Ach tak? Chcesz wojny to proszę bardzo! BITWA NA PODUSZKI !!! - krzyknęła najgłósniej jak potrafiła, po czym dołączyła do gry jeszcze jaden podgłówek, którym wymachiwałą w lewo i prawo.
Niebieskooki, skulił się i wszedł pod łóżko, lecz Laura, energicznym ruchem zdążyła zadać mu cios. Lekko poirytowany blondyn, sięgnął po kolejną broń i rzucił nią w drugi koniec pokoju, dokładnie w miejsce, gdzie przed chwilą stała nastolatka.
- Hehe... nie trafiłeś! - wytknęła język i wybiegła z pokoju.
- Uhg... dobra, skonczyłęm z forami, wiec lepiej uciekaj gdzie pieprz rośnie! - wrzasnął i rzucił się w pogoń za dziewczyną. Ta jednak, przestraszona zemstą, umiejętnie schowałą się w schowku na akcesoria domowe.
- Wyłaź! Nie zrobię ci krzywdy! - zapewniał, uśmeichajac się przy tym zawadiacko. Dziewczyna, nie wierzyła w ani jedno iego słowo, dlatego też siedziałą cicho ściskając w rękach dużego jaśka.
Rozbawiony przewagą blondyn,  rozglądał sie po kuchni, mając oczy dookoła głowy. Po kilku minutach stwierdził, że brunetka schowała się gdzie idzniej. W ttym celu, przeszukał łazienkę, salon, pokoje, lecz nigdzie nie zastał jej śladu. Zmęczony, padł na kanapę i włączył TV. Nagle, usłyszał charakterystyczny odgłos dobiegajacy z pomieszczenia na końcu korytarza. Bez głębszego namysłu, stąpając na palcach, otworzył drzwi, zastając przestraszoną brunetkę, Podał jej rękę, pomagając jej wstać. Ona złapała ją nieufnie, podpierając się łokciem. Powoli maszerowałą za chłopakim, obawiając się nagłego ataku.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię. No chyba, że śniadanie.
- Hyhy... to to dziękuję - wyszczerzyła zęby w nieszczerym usmiechu i odprężyła się.
- Siadaj, zrobie te kanapki.
- Uff... to dborze bo po szalonym pościgu strasznie zgłodniałam - przyznała i usiadła na jednym z krzeseł, przyglądając się precyzyjnym ruchom chłopaka, podczas smarowania chleba. Otrząsnęła się dopiero, gdy podał jej kanapkę. Laura, szybko zatopiła w niej zęby, rozkoszując się smakiem pyszenj czekolady. Po kilku kęsach, sandwicz zniknął z talerza.
- Poproszę o dokładkę - odsunęła od siebie naczynie, udając dystyngowną damę.
- Hehe.. już się robi królowo! - ukłonił się podajac kolejną kromkę chleba.
- Dziękuję lokaju! - zaśmiałą się, zajadając koljeną kanapkę. W sumie zjadła ich cztery, za każdym razem powtarzając scenariusz z stangretem i księżniczką.
- Echh... dziękuję za wspaniały posiłek - przytuliła blondyna, całując go delikatnie w policzek.
- Nie ma za co golasku! - mrugnął, patrząc na strój Laury.
- Aaa... jestem jeszcze w pidżamie. - zaczerweniła się lekko, idąc w stronę pokoju. - Przebiorę się. Tylko nie podglądaj - pogroziła palcem.
- O to się nie martw. - obiecał i wziął sie za zmywanie.

* Godzinę później, oczami Laury*

Szłam wolno, delektujac się ciepłem letniego poranka. Wszystkie problemy nagle poszły w odstawkę. Liczyłam się tylko ja i lekki wietrzyk, muskający moje włosy. Nic więcej. Już nigdy, tyle niepotrzebnych zmartwień. Przeszłość zostawię za sobą. To co zdarzyło się tutaj, po wakacjach zastanie rozwiane, przesłonięte szarą codziennością. Co prawda są sprawy, o których nei tak prosto zapomnieć. Między innymi choroba siostry. Mimio wczorajszej kłótni, kochałam ją i bardzo przejmowałam się tą sytuacją. Białaczka, w wielu przypadkach oznacza wyrok śmierci.  Wiedziałam, ze Vanessa ma bardzo silny organizm, ale czy da radę przetrwać takie brzemię? Miałam nadzieję, że tak włąsnie będzie.
 Obok domu, dostrzegłam Ketie. Rudowłosa, kopała kamyk, chodząc w tą i z powrotem. Zapewne martwiłą sie o mnie! No tak, nie wróciłam na noc do domu, wyszłam bez żadnej informacji. Ugh... będzie wściekła, jak nigdy dotąd. Westchnęłam. Należało się zmierzyć z konsekwencjami nocnej wycieczki. Niestety. 
- Cześć Ketie! - pomachałam, będą dobre 20 metrów od przyjaciółki.
- Laura? O Boże, nie masz pojącia jak się martwiłam! - wrzasnęłam, wpadając prosto w ramiona. 
- Wyobraź sobie, że mam pojęcie. - rzekłam z przekąsem. 
- Opowiadaj, gdzie sie podziewałaś! - złapała mnie ze rękę i pociągnęła z stronę domu. Poczułam, jak moje zmartwienia, spadaja na mnie ze zdwojoną siłą. 
- Eee.. a nie mozemy tu porozmawiać? - zaproponowałam, wskzaując na ławkę. 
- Nie ma mowy. Wszystkim należą sie wyjaśnienia. - zaprzeczyła, gwałtownie przyspieszając. Wreszcie, stanęłyśmy w progu willi Nessy. Z ciężkim sercem, przekroczyłam go i zsunęłam buty z nóg. Ketie, popchnęła mnie ku dzwiom do salonu. Mimowolnie otworzyłam je i ujrzałam całą rodzinę, siedzącą na kanapie i wpatrującom się sie we mnie. Dobrze wiedziałam, ze oczekują wyjaśnień, dlatego, nic nie mówiąc zajęłam wolne miejsce w fotelu i przywitałam się. Odpoweidziały mi pomruki. 
- Ok, ok. Pszepraszam za wszelkie sprawione kłopoty. Nie chciałam nie złego zrobić. To głównie przez alkohol. Trochę za duzo wtypiłam i mi odbiło. 
- Co racja, to racja. - przyznala Van.
- Tak. zwróciłam sie do niej. - Wybacz, że zepsułam ci przyjęcie i skompromitowałam cię przed znajomymi z branży. 
- To nic takego - wzruszyła ramionami. - Bardziej przejęłam się twoją nieobecnością w domu. Nie znałaś tu nikogo.
- A jednak... - uśmiechnełam się jakby do siebie. 
- No właśnie! Zasługujemy na wyjaśnienia nie sądzisz? - zapytała mama.
- Ojj... to dług historia, nie wiem, czy zechcecie ją usłyszeć... - powiedziałam wymijająco.
- Mamy czas, prawda? - stwierdziłą uradowana Nessa.
- Oczywiście! - poparła ją Clarie. 
- No dobra! Niech wam będzie... - odpowiedziałam cicho i zaczęłam opowiadać moje nocne przygody. Pominęłam tylko moje igraszki z nieznajomym palantem. 

Heeej kochani! Ja sie macie? Wiem ,że rozdział krótki i strasznie nudny. Miałam napisać dłuższy, lecz... wyczerpałam limit weny na dziś. Miałam go jutro poprawić, ale obiecałam dodać już w piątek, więc... nie chciałam, żebyście na niego czekali tak długo. Zresztą i tak mało osób to czyta. Ci, którzy są ze mną niech wiedzą, że kochami ich całym sercem. 
 ☆Rossowa Panienka☆



poniedziałek, 11 sierpnia 2014

~~ Rozdział 14 ~~

* Oczami Laury*

Pchnęłam drewnianą furtkę, tak mocno, że ta prawie wyleciała z zawiasów. Starałam się zachować obojętny wyraz twarzy, lecz za każdym razem, uderzała mnie fala obrzydzenia. Nie potrafiłam powstrzymać się od intensywnego myślenia, na ten temat. W głowie, roiło się od pytań, na które nie znałam odpowiedzi, w każdym razie, nie chciałam  jej znać. 
 Szłam ścieżką, prowadzącą do wejściowych drzwi. Kopałam mały kamyk, choć ledwo go dostrzegałam przez zamglone oczy. Praktycznie całą drogę, łkałam żałośnie, desperacko szukając pomocy. Dopiero, gdy ujrzałam ten dom, w moim sercu zaświeciła iskierka nadziei. Nadziei, na to, ze ktoś mnie zrozumie. 
Tak było jeszcze przed chwilą, gdy stałam przed płotem. Teraz znów targały mną sprzeczne emocje. Czy nie zostanę potępiona? Czy nikt nie uzna mnie za puszczalską? Niestety, na odwrót nie było czasu. Bardzo potrzebowałam wsparcia, nieważne od kogo. 
Palcem, delikatnie nacisnęłam dzowonek. Usłyszałam, jak w domu rozlega się głośne  Ding-Dong i zaraz potem, szuranie butami o podłogę. Kroki nasiliły się i już były słyszalne przy samym wejściu. Wreszcie, czyjaś ręka przekręciła gałkę i ruchem ręki, otworzyła drzwi. Opiarając sie o ścianę, odetchnęłam z ulgą, stwierdzając, że nic mi już nie grozi.
- Eee... cześć. Jeśli chcesz coś sprzedać, to nie uda ci się. - odwróciła wzrok i stanęłam oko w oko z nieznajomym chłopakiem. Wyglądał tak:

Na mój widok, uśmiechnął się lekko i zapytał już łagodniejszym tonem.
- Co cię do nas sprowadza, o tak późnej godzinie?
- Trochę się pogubiłam - ząsmiałam się nerwowo, rumieniąc się. - A poza tym mieszka tu moja ciocia.
- Aha... masz na myśli panią Rebeke?
- Yyy.. dokładnie tak. Jest w domu?
- Niestety nie. Ale wejdź proszę. - gestem, wskazał na obszerny hol. - Przecież nie będzisze siedzieć na dworze ani włóczyć się po ulicy.
- Dziękuję... jesteś bardzo miły. - skinęłam głową i skorzystałam z zaproszenia. Pospiesznie zdjęłam balerinki i podreptałam za chłopakiem. Idąc, rozglądałam się wte i wewte. Nie myliłam się, cicoia miała bardzo ładnie udekorowany dom. Zawsze dbała o detale, które rzeczywiście dodawały uroku. Wystrój był trochę mnie bogaty, tylko w kuchni. Tam panowała rodzinna atmosfera, być może przez nadmierną ilość zdjęć.
- Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty... - zaproponował.
- Może soku jabłkowego - potwierdziłam, nadal oszołomiona zdolnościami Rebeki, jako architekta.
- Wiem, że ładnie to wszystko urządziła.
- Zgadzam się. - mruknęłam, patrząc gdzieś w dal.
- Jestem Chris. - wyciągnał niespodziewanie rękę w moją stronę, Bez namysłu, uścisnęłam ją.
- A ja Laura.
- Głupio, że wcześniej się nie przedstawiłem. - przyznał trochę skruszony.
- Łee tam. - machnęłam reką. - Ludzie zapominają czasem o takich drobnostkach. Mają ważniejsze sprawy na głowie.
- Masz absolutną rację. - podał mi szklankę z sokiem, sam zaś usiadł, sącząs herbatę.
- Hehe... kim ty właściwie jesteś? Nie słyszałam, żeby ciocia, miała jakiś innych krewnych, poza moją rodziną.
- Eee.. jestem synem jej przyjaciółki - odparł szybko. - Obie, uznały, że będzie fajnie jeśli zwiedzę trochę świata. No i tak się tutaj znalazłem.
- Całkiem fajnie. Ja przyjechałam na wakacje do mojej siostry. Vanessy Marano. Wilekiej aktorki. - ostatnie słowa, wypowiedziałam z sarkazmem.
- Kojarzę ją. Grała w jakimś popularnym filmie.
- Mhm...
- Masz sławne rodzeństwo.
- Jak dla mnie to niezbyt fajna rzecz. Dzisiaj na przykład zrobiła mi okropne świśtwo. Przez nią wpadłam w ramiona, kogoś... chujowego. - uroniłam kilka łez, lecz prędko je otarałam, przed Chrisem.
- Nie wstydź się swoich łez. Każdy czasem musi sobie poplakać, to pomaga. Uwierz mi.
- Tsaaa.... Jasne. - pokręciłam z niedowierzaniem głową i tanczenym krokim, wyszłam z kuchni. Kierowałam się w stronę drzwi. Nie miałam zamiaru z nim rozmawiać ,a szczególnie, jeśli tematem były moje łzy.
- Stój! - złapał mnie delikatnie za ramię i przyciągnął do siebie. - Dlaczego uciekasz?
- Zrozumiałam, że nie powinnam zadawać się z obcymi - powiedziałam kpiarsko, wyrywając się z  uścisku.
- Mhm... grzeczna z ciebie dziewczynka -  stanął, przed drzwiami, zagradzając mi drogę ucieczki. Jedyną zresztą.
- Ok, ok. Zostanę. - podniosłam ręce do góry i podreptałam do salonu. Chris szedł za mną, pilnując, żebym się nie wymknęła.
* Oczami Ketie*

Powoli odchodziłam od zmysłów. Laura wyszła kilka godzin temu i jeszcze nie wróciła. Zastamawiałam się co ją skłoniło do spacerku ciemną nocą. Na dole, fajna imprezka, sławni ludzie, jednym słowem - raj! No właśnie... tyle, że uchlałam się już wystarczająco, a poza tym stwierdziłam, że wypadałoby poszukać przyjaciółki. Bo znając ją, to przyjdzie do domu, cała roztrzęsiona i będzie darła papę, jak Święty Mikołaj na głupie dzieci. 
Wzięłam mojego smartfona do ręki i chwilę się nim bawiłam. Przyszło mi jednak do głowy, żeby zadzwonić do tej wariatki. Niestety, nie odebrała. Ciekawe, gdi posiała telefon. Postanowiłam się nad nią tak nie rozczulać. Może  jest u tych nowo poznanych przyjaciół, albo w jakimś klubie w centrum. Nie pasowało mi to, że nie zabrała mnie ze sobą. Wszyscy wiedzą, że dostaje pietra, na samą myśl o samotnej wyprawie, w środku nocy.
- Echm... pszepraszam, że przeszkadzam, lecz szukam mojej żony. Nie wie pani, gdzie jest?
- Proszę pana. Ja za paną laską, się nie będę uganiać. - zignorowałam faceta, kładąc laptop na kolana i uruchamiając go.
- Oczywiście, ale... myślałem, że ją panie widziała. - kontynuował zmieszany.
- To się pan mylił. Poza tym, kto pozwolił bez pukania, tu wchodzić? - zapytałam, nieżle poirytowana, namolnym kolesiem.
- Hmm..  nkit, ale moja żona... zgubiła się - wyjaśniał.
- Ugh... to se weź pan jej poszukaj, bo tu jej na pewno nie ma. - trzasnęłam drzwiami, wyganiając mężczyznę. Przez dziurkę od klucza, dostrzagłam, jak skołowany, schodzi po schodach, wprost  do kuchni. Skąd biorą się takie typy? W ogóle nie zaradni. Dziwię się, ża ma żonę. A może blefował? No trudno, już się nie dowiem , o prawdziwym celu tej... wyprawy?
 Cicho westchnęłam i ułożyłam się na łóżku. Poczułam, jak zmęczenie, krok po kroku, opanowuje moje ciało. Lada chwila, miało przejąć kontrolę również nad moim umysłem. Zanim to jednak nastąpi, zaczęłam gorąco sie zastanawiać nad Laurą. Co jak ktoś ją porwał? Tego wieczoru obstawaiłam wiele wersji, jej wczesnego zgonu. Żadna, niestety, nie był tak prawdopodobna jak ta.
*Narrator*

Blondyn, siedział na kanapie, wtulając się w poduszkę. Nie wiedzieć czemu, miał wyrzuty sumienia. Żal mu było tej idiotki. Wielu dziewczynom złamał serca, powinien być już przyzwyczajony do szlochów lecz , jeszcze żadna do tej pory tak głęboko nie zawodziła jak Laura. Widok, jej bladej twarzy, pokrytej grubymi łzami, przyprawił go o dreszcze. Pocieszało go jedynie to, że dziewczyna gdy wychodziła, kroczyła dumnie, z podniesioną głową i wcale nie wyglądała na... zrozpaczoną. A nawet gdyby, to co to takiego? Była nikim. Jakąś głupią laską, która nie potrafi być odpowiedzialna za swoje czyny. Wpływ alkoholu jej nie usprawiedliwia. On w końcu też, nie był trzeźwy. Nie powinna go oskarżać o gwałt, czy coś w tym stylu. Nie zasługiwał na takie traktowanie. Jakby tego było mało, to rodzeństwo, krzywo na niego patrzyło, jakby co najmniej doprowadził do zniszczenia ziemi. Ugh... kiedy wreszcie będzie mógł się wyprowadzić, z dala od wścibskich oczu, kłamstw i strasznych kar za nieposłuszeństwo? Był pewnie, że kiedy rozpadnie się jego zespół to wszyscy się rozejdą w swoją stronę Nawet Rocky i Ell - papużki nierozłączki.
- Ross.. musimy pogadać. - usłyszał ostry głos tuż za uchem. Nie odwrócił jednak głowy, udając, że śpi. - Dobrze wiem, że nie śpisz, więc nie poniżaj się, bardziej niz dotychczas.
- Ok, ok. - jęknął zrezygmowany i spojrzał w brązowe oczy srarszego brata.
- Kto był dziś u ciebie? - zapytał, oczekując szczerości.
- Już wam mówiłem, że nikt.
- Nie wierzę ci. Nikt ci nie wierzy. Lepiej powiedz, albo o sprawie dowiedzą się rozdzice. - zagroził. Na jego słowa, chłopak wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.
- Co? Mamy umowę... nie możesz jej złamać. - kiwnął przecząco głową.
- Ty ją złamałeś pierwszy. Nie chciałeś powiedzieć, kogo gościłeś, więc my mamy prawo powiadomić rodziców.
- Ugh... - nastolatek zacisnał pięści, starając się nie uwalniać wewnętrznego dziecka. Wtedy, każdy by mówł, jaki to on nie dojrzały, psując mu reputację słodziaka.
- Spokojnie Ross. Mamy czas - rzekł ze stoickim spokojem, bawiąc się w psychologa.
- Chcesz wiedzieć? Zatrudniłem sobie striptizerkę, żeby zaspokoić nudę. Zadowolony?
- Bardzo. - uśmiechnął się Riker. - Nie powiem pozostałym. To zostanie tylko i wyłącznie między nami.
- Dzięki wielki - mruknął, siadając na krawędzi łóżka.
***
- Chcesz popcorn? - zapytał, trzymając w dłoniach wielki kubeł.
- Chętnie - bruntka poslała mu rozbrajający uśmiech, na który odpowiedział tym samym. Nastolatkowie byłi  właśnie w trakcie oglądania komedii kimantycznej pt " Wojna i miłość".  Film opowiadał o losach pary, która poznaje się w obozie koncentracyjnym i planuje ucieczkę.
- Wolisz spać na sofie, czy łóżku? - zapytał szykując posłanie dla Laury.
- Emm... to drugie - wybrała dziewczyna, wracając do oglądania seansu.
- W takim razie, ja to pierwsze.
- Hehe.. pszepraszam, ale jestem marudna, gdy dobrze się nie wyśpię. - wzruszyła ramionami.
- Hehe... już to sbie wyobrażam. - roześmiał się, idąc zażyć odświezającą kąpiel. Gdy tylko zniknął za drzwiami, Laura przebrała się w stylową pidżamę cioci i cicho wsunęła się pod kołdrę. Myślała nad dzisiejszym dniem. Był chyba najciekawszym w całym jej życiu. Prawie przespała się z nieznajomym i poznała kolejnego chłopaka. Do fajnych przeżyć należała także zemsta na siostrze. Tym, dziewczyna zapewne przypieczętowała ciąg wydarzen, psujący całą imprezę. Na samo wspomnienie, tortu na twarzy Vanessy, roześmiała się serdecznie.
- Co cię tak bawi? - zapytał Chris, który dopiero co wyszedł z łazienki.
- Aaa... nic takego - zwróciła się w stronę nagiego torsu chłopaka i jego zmierzwionych włosów. Na sam widok, robiło jej się gorąco.
- Co się tak przyglądasz, jestem brudny czy co?
- Oczywiście, że nie. Tylko... mam nietypową propozycję. Co ty na to, żebyśmy razem spali? - wypaliła i rzuciła się chłopakowi na szyję.
- Nie wiem, nie wiem - odparł przeciągle.
- Nie graj ze mną, bo propozycja, zaraz może być nieaktualna. - uniosła brwi, kładąc się z powrotem na wygodnym łóżku.
- No to zgoda! - ucieszył się blondyn, całując Laurę delikatnie w polik i układając się obok. Objął ją w tali ręką, szybko zasypiajac. Dziewczyna jeszcze kilka minut wpatrywała się w ścianę, lecz sen równie prędko ją znużył.

♣♣♣


Heeej Kociaki ^_^ . Jak się podoba rozdział? Jak dla mnie baaaardzo nudny i wgl.... -,-. Niestety, nie miałam co wymyślić, więc.. na spontana wszystko pisałam :D. No nic...  to do następnego.

♣♣♣

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Libester Award ♥_______♥

Heeej Żellllusie! 
Informuję, że została po raz kolejny nominowana do LBA. Jestem bardzo wdzięczna mojemu Skarbowi: Pinki <33, za pamięć o mnie. 
Nie będę przedłużać, tylko od razu odpowiem na pytania.

1. Moja przygoda z blogowaniem zaczęła się, po przeczytaniu pewnego bloga o Raurze. Tak mi się spodobał, że zapragnęłam sama spróbować swoich sił jako blogerka.
2. Raczej nie :C
3. Tak mam zwierzątka ♥. Dwa psy - jeden rasy golden retliever - Roki, a drugi mieszaniec - Misiu.
4. Gram w piłkę nożną, siatkówkę :P
5. W październiku skończę 13 laaat.
6. Pierwszego bloga założyłam pod koniec maja. 
7. Owszem należę. Jestem Lauratic# R5er# Rosser# ( Przy czym to ostatnie najabrdziej, co wie najlepiej mój Pysiol- Raura Laura)
8. Laura Marano. 
9. The Vapms i R5 <333
10. Spełniać marzenia, nie zważając na nikogo.
11. Converse
Miłość
The Vapms
Laura Marano
A&A
Ross Lynch
Dresy chyba o.O
 
Ja nikogo nie nominuję,bo kofffam wszystkich moich czytelników i musiałabym nominować wszystkich, a nie bardzo mam czas. Do rozdzialkuuu *_*



sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 13

*Narrator, dom Lynch'ów*

Rydel, stanęła w progu, zatrzymując resztę ekipy. Przestraszyła się hałasu dobiegającego z góry. 
- Co się dzieje? - spytyał Ell. 
-Chyba ktoś grasuje w naszym domu. - wytłumaczyła dziewczyna, zniżając ton głosu, do szeptu. 
- O... niedobrze! Nie ma z nami Ross'a, a przecież nikt oprócz niego nie pobije włamywacza - stwierdził z kwaśną miną Rocky. 
- Ugh... macie latarkę? - spytała Delly, zachowując trzeźwość umysłu, na wypadek, gdyby jej bracia zapomnieli z kim mają do czynienia. 
- Nie. Po co nam? Nie chodzimy na polowania. - skwitował Ratiff. Blondynka przewróciła oczami. On na trochę nie nadawali się od takiej akcji. Mógł jej się przydać jedynie Riker.
- Słuchaj braciszku - złapała go za ramię i odciągnęła od śmiejących się małp. - Pomożesz mi prawda?
- Siostra, nie wariuj. To żadni bandyci, tylko Ross. Zaprosił tu kilka "koleżanek" i tyle. 
- Nie zrobił by tego. -  pokręciła głową.
- To się przekonamy. - rzekł najstarszy  i ruszył w kierunku schodów. Delly, przypatrywała się temu z niedowierzaniem, lecz w końcu poszła za chłopakiem. Ell i Rocky, dołączyli dopiero po kilku minutach. 
- To nie jest dobry pomysł - marudziła Ryd.
- To nie idź jak nie chcesz. - wzruszył ramionami blondyn. 
- Chodzi o nasze bezpieczeństwo. Ten ktoś może być uzbrojony. 
- Tsa... Rzeczywiście. Ross posiada broń. Uwodzenia. - powiedział głośniej już Riker.
- Ok, ok. Nieważne. - zdenerwowała się dziewczyna i wyprzdziła brata po czym szybko wspięła się na sam szczyt. Zaczekała na guzdrających się chłopców, stojąc przed drzwiami do pokoju. Słyszała kłótnię, z której starała się wywnioskować, rozmówców. Jednym z nich był Ross. Oetchnęła z ulgą, lecz zaraz znów zaczęła się gorączkować. Co jeśli chłopak negocjuje z bandytą? Och... biedny Ross. 
- Chłopacy. Szubciej. - poganiał blondynka. - Nie mam całego dnia.
- Nie nasza wina, że chcemy być ostrożni - prychnął naburmuszony Ell, ale prześpieszył i zaraz potem z przyjacółmi stanął obok Ryd.
- Udało mi się wywnioskować, że w pomieszczeniu jest nasz kochany braciszek - rzekła uradowana z nutką sarkazmu w głosie. 
- Juhu! A  nie mówiłem? - uśmiechnął się Rik, powodując lekkie spięcie w grupie. 
- Nie czas na kłótnie. trzeba tam wejść. - zmienił tamat Rocky, świadomy awantury. 
- Najpierw ich podsłuchajmy - ocenił  Ell i przyłożył twairz do drzwi, Jego wierny kumpel zrobił to samo, natomiast Delly i Riker stanęli osłupieni, wpatrując się w dwóch przyklejonych głupków.

*** 
W głowach nastolatków krążyło wiele myśli. Przez ułamek sekundy, zastanawiali się nawet, czy warto spróbować wykopać głęboki dół i schować się tam aż do śmierci. Coś w stylu kosmieczenj kapsuły, tyle że bez wyjścia. Nikt jednak się na to nie odważył. Zamiast tego, za punkt zwrotny uznali biały punkt na suficie. 

Obydwoje dobrze wiedzieli, że zaraz zostaną nakryci. Nie ma ucieczki. Lada moment pojawią sie pytania, na które nie będą w stanie odpowiedzieć. Przecież ujawnienie prawdy nie wchodził w grę. Oni sami do końca nie wiedzieli gdzie znajduje się granica oszustw i szczerości. Do nich samych jeszcze nie doszło, że gdyby nie przyjaciele, to przespali by się z wrogiem i to bez żadnych skrupułów. Po prsotu nagość i rozkosz jednej nocy.
 Pierwszy z szoku otrząsnął się blondyn. Nerwowo rozejrzał się po pokoju, stwierdzając, że goła dziwczyna nie jest tu mile widziana. Tym bardziej w towarzystwie całej rodzinki, która zaraz miała ich nakryć. Szturchnął brunetkę, tak, że ta przweróciła się na łóżko. W rękę wcisnął jej ciuchy i wypchnął do swojej prywatnej łazienki. Potem nabrał powietrza z płuc i otworzył jak szeroko drzwi. Ell i Rocky z hukiem spadli na podłogę, a Ryd i Rik, wpatrywali się w brata, z lekki przerażeniem. Domyślili się, że był w pełni świadomy ich obecności za ścianą.
- Hej kochani! - rozłożył ręce, siląc się na w miarę szeroki uśmiech.
- Yyy... cześć. Miałeś gości? - spytała siostra, próbując zachować obojętny wyraz twarzy.
- Co? Oczywiście, że nie. Jeśli słyszeliście hałasy, to oglądałem filmiki na YouTube.
- Aa.... - odwróciła się na pięcie, z zamiarem pójścia do włąsnego królestwa i przemyślenia całej sprawy. Riker tym czasem nie dawał na wygraną.
- Nie kłam - wysyczał przez zęby. - Dobrze słyszeliśmy twój głos.
- Zdawało ci się. Mógłbyś wyjść? Chcę zostać sam. - usadowił się wygodnie za biurkiem i wskazał palcem wyjście. Starszy, niechętnie wykonał polecenie brata. Liczył na wyczerpujące przesłuchanie, które dało by mu jawne dowody, że Ross kłamał. Na dzień dzisiejszy, musi zachować wszystko dla siebie.
- Wy też wynoscie się! - zwrócił się do przyjaciół, leżących nadal na ziemi.
- Chcieliśmy się wtopić w panele i trochę cię... pokontrolować - zaśmiał się Ratiff, wstając i ciągnąc za sobą kumpla. Chłopak, zatrzasnął za nimi drzwi, pukając na znak, że dziewczyna moż już wyjść. Po chwili, do pokoju wkroczyła zapłakana Laura.
- Co ci laska? - zdziwił się, patrząc na smtną twarz nastolatki.
- Jeszcze się pytasz? - wyszeptała z lekką chrypką. - Chciałeś mnie wykorzystać. Może i jestem pijana, lecz nie tępa. Zaciągnąłeś mnie do łózka to... gnoju.
- Bez przesady. Sama zaranżowałaś to wszystko. Zaczęłaś się do mnie dobierać pierwsza, nie pamiętasz?
- Tsa... może jeszcze mi powiesz, że to ja cię upiłam. - prychnęła.
- Eee... chciałem cię tylko rozweselić.Kiedy tu przyszłaś nie byłaś spełniona.
- Tracę czas gadając z tobą. Dobrze wiedziałeś, że nie jestem trzeźwa, lecz i tak postanowiłeś zrobić coś, co było sprzeczne z zasadami prawdziewego faceta. Nienawidzę cię, bydlaku. - próbowała mówić cicho, lecz nie szło jej najlepiej. w takiej sprawie emocje brały góre.
- Ja ciebie też. Jesteś żałosna, głupia, brzydka. Długo by wymieniać twoje wady.
- Przynajmniej nie jestem pusta, jak wszystkie dziewczyny, które przeleciałeś. Mam uczucia. - zauważyła i wyszła, zostawiając blondyna z głupiutką miną i niemałym zdenerwowaniem.
***
Laura, plątała się po ulicach, co chwilę obijając się o słup, latarnię, czy witrynę sklepu. Nie miała teraz się gdzie podziać. Wszyscy ją oszukali, wykorzystując jej naiwność. Dlaczego, dała sie tak nabrać? Na początku - Dallas. Zabiegał o jej względy, zatajając fakt, że ma już dziewczynę. W dodatku od dawna. Potem zawiodła się na Nessie. Ta z kolei była egositką, która dbała tylko o siebie. Nie obchodziłą ją szczeście innych. Na koniec jeszcze spotkała tajemniczego blondyna, który skrywał swoje prawdziwe oblicze za maską nocy. Był niczym wampir, czekajacy na swoją ofiarę. Z początku zapamowuje nad umysłem, a potem zabiera się za robotę. Ugh... czemu sądziła, że znajdzie pocieszenie w jego ramionach? Może i była pijana, lecz nic jej nie usprawiedliwiało tego, że puściła się z kimś kogo nie znała. 
       Minęła godzina do opuszczenia domostwa Lynch'ów. Dziewczyna, nadal krążyła po wielkim mieście, nie mając obranego konkretnego celu. Co jakiś czas, na drodze pojawiał się zarys człoweika, który zaraz znikał gdzieś w czuleściach nocy. Laura zaczynała myśleć, że to tylko przewidzenia, spowodowane nadmiernym przemęczeniem. Miała ochotę położyć się pod jakimkolwiek sklepem i zasnąć na zawsze. Niestety, to nie było możliwe. Przynajmniej nie teraz i nie tutaj. Przezież, gdyby odeszła, pokazał by całemu światu, że jest mięczakiem, nic nie wartą kroplą w oceanie. Ale czy ocean nie składał się właśnie z takich maleńkich kropel?  Co by się stało, jeśli każda by tak myślała? Zapewne wyginęły by wszelkie bałwany morskie. Ba! wszystkie stowrzenia istniejące na ziemi, a wreszcie... sama matka natura. No właśnie! Bez niej świat też by nie funkcjonował. Tu było jej miejsce. Była tego w 100% pewna. Dzięki tej myśli postanowiła się już nigdy w życiu nie poddawać. Z tą refleksją dotarła pod znajomą bramę...
***
Czeeeeść Żelusie ♥. Co tam u Was słychać? Ten rozdział dedykuję... PINKI i mojemu misiaczkowi Raurze Laurze. Och jak ja koffam te dziewczyny. Szkoda, że Paulina lapka dostanie dopiero w poniedziałek. No ale pamiętaj... e-mail już na ciebie czeeeka  Kotkuuuu ^_^. No nic. Dziękuję za ogromną aktywność tu. Jesteście wspaniali. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszych czytelników. Mam prawie 2000 wyśwtleń, strasznie duuużo komów i 8 obserwatorów. Och... mam nadzieję, że będzie Was jeszcze wiecej, choć na tą chwilę to i tak dużo. ☺
No a jak się podoba nowy wystrój bloga? W tworzeniu nagłówku pomagała mi BFF- Raura Laura. Dziękuje ci bejbe. Jutro będę nadrabiać zaległości i komentować twojego drugiego bloga, gdyż trochę go zaniedbałam. Plooosę wybacz mi ♥.♥ 
/