*Narrator*
Brunetka, wykończona płaczem, szybko zasnęła, w ramionach blondyna. Ten, nie chcąc jej obudzić, delikatnie położył jej głowę na poduszce i przykrył kocem. Sam, po dość dużej dawce wypitego alkoholu, miał ochotę udać się do pokoju i odpłynąć. Jednak, nie potrafił tego zrobić. Być może dlatego, że wino dało mu niesamowity zastrzyk energii, albo przejął się sytuacją Laury. Otworzyła się przed nim, jak przed najlepszym przyjacielem. Ok, może niekoniecznie świadomie, lecz poczuł, że ich znajomość wkracza na pozytywne tory. Jej problemy, w jakiś sposób miały dla niego znaczenie. Tak naprawdę, skrywał swoje prawdziwe oblicze pod maską uroczego, acz złego bad boya. Po co angażować się w poważny związek, jak codziennie można mieć inna pannę? Po co pomagać innym jak wystarczy czerpać przyjemność z nękania i poniżania słabszych? Rodzina nadal myślała, że jest sobą - tym kimś, kto miał duszę artysty i był wrażliwy na udręki jakichkolwiek ludzi. Zmienił się. Od tamtego wydarzenia minął już szmat czasu, lecz jego serce co dnia krwawiło tak samo. Kierował się taką zasadą: "Jeśli ja nie mam prawa do szczęścia, to żadne obcy nie będzie mieć". Egoistyczne? Dziecinne? Durne? Oczywiście, pod każdym względem. Niestety, tak w życiu bywa - los zabiera nam to co kochamy najbardziej, a tracąc to, pozbywamy się także swojej duszy, dobrego wcielenia.
*Godzinę później*
Riker, nie chciał wracać do pustego domu. Problem w tym, że nie mógł pójść gdzie indziej. Próbował skontaktować się z Laurą, jednak ta nie odbierała jego telefonów. Zrezygnowany oparł się o jeden z słupów, starając się zachować w miarę normalny wyraz twarzy. Nadal nie mógł się pozbierać po spotkaniu z Vanessą. Wielokrotnie o niej myślał, pojawiała się nawet w jego snach. Ale zawsze jako roześmiana, wesoła idealistka, która brała od życia pełnymi garściami. Nie mógł uwierzyć, że teraz jest zgorzkniałą wiedźmą. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że ją zranił i to głęboko. Nic nie usprawiedliwiało jego czynów z przeszłości. Nic ani nikt. Mimo tego pragnął, aby była taka jak dawniej, Miał okropne wyrzuty sumienia. Jego serce podpowiadało mu, że to głównie jego wina. Gwałtowna zmiana brunetki , jej zachowania i stosunku do innych. Czuł się jak idiota. Ostatni drań. Ona właśnie go za takiego miała. Bolało cholernie. Przez jego lekkomyślność wiele wycierpiała. Chciał jej powiedzieć, że przeprasza, żałuje, wraca wspomnieniami, lecz nie mógł. Nienawidziła go. Zaraz potem oślepiło go uderzające podobieństwo. Pacnał się w czoło. Lau, była jakby kopią swojej siostry z przeszłości. Posiadała wszystkie te cechy, które kiedyś tak bardzo imponowały mu w starszej Marano. Dotarło do niego, że nie może być bezczynny. Nessie pozwolił odejść, ale jej nie tego nie zrobi. O nie! Zacisnął dłonie w pięść i z impetem ruszył przed siebie. Był gotów rzucić się na każdego, kto tylko mu przeszkodzi w zdobyciu serca ślicznej szatynki.
*Oczami Laury*
Lenistwo całkowicie mnie ogarnęło, pozbawiło tej adrenaliny, którą nosiłam w sobie, gdy tu przyszłam. Teraz miałam ochotę po raz kolejny zwinąć się w kłębek i zasnąć. Niestety... nie byłam przecież u siebie, tylko w domu kogoś, kto może mnie w każdej chwili zgwałcić. Na samą myśl, otrząsnęłam się i zamaszystym ruchem zrzuciłam z siebie okrycie. Po cichu wstałam i przeciągnęłam się jak kot. Z kuchni usłyszałam ciche brzdąkanie gitary, a gdy podeszłam trochę bliżej - również słowa piosenki, które dobrze znałam. Wiem, że powinnam zwyczajnie do niego pójść, ale nie potrafiłam oprzeć się świadomości, że to coś osobistego. Coś, czego nie mogłam przerwać. Jakby proces twórczy czy coś w tym stylu.
- Skoro już mnie słyszałaś, a ja ciebie zauważyłem to może nie warto się ukrywać, co mała? - uśmiechnął się zadziornie, ukazując szereg białych ząbków. Westchnęłam i nie patrząc na niego usiadłam przy stole.
- Nie mów od mnie mała - wycedziłam, czując napływająca w moje żyły krew.
- Co jest? - spytał z udawaną powagą.
- Nic. Zresztą... co cię to obchodzi?! - znowu zachciało mi się krzyczeć.
- Jeszcze niedawno byłaś całkiem słodka - mruknął, licząc, że tego nie usłyszę.
- A ty całkiem NIE zboczony. - skwitowałam,
- Aha. I nie przeszkadzało ci to, gdy tuliłaś się do mnie jak napalona.
- Kierowały mną emocje debilu! Ale z tego co widzę, ty zawsze taki byłeś. Hamowaty i śliniący się na widok każdej laski. - prychnęłam. Miałam gdzieś jego dziwne spojrzenie, które teraz we mnie wlepiał. Odsunęłam się krok dalej, i wpadłam na szafkę. Oparłam się o nią i skrzyżowałam ręce na piersiach. Kątem oka, dostrzegłam, że Rossa zmierza w moją stronę. Nic sobie z tego nie robiłam, do czasu, gdy dzielił nas zaledwie centymetrowy dystans. Pomieszczenie było sporawe, ale czy miałam gdzie uciec? I czy w ogóle tego chciałam? Za te słowa, wyrzucałam sobie w myślach, jaka to ze mnie idiotka.
- Czemu uważasz, że myślę tylko o seksie?! - wyszeptał mi na ucho. Na plecach poczułam dreszcz. - Nie zauważyłaś, że zazwyczaj kiedy między nami do czegoś dochodziło, to nie byłaś przeciwna?
O cholerka... miał racje. Nigdy nie odepchnęłam go. Ale czy byłam gotowa to zrobić po pijaku! Nie sądzę.
- Słuchaj Ross - rzekłam stanowczo. - Mam dość problemów na głowie, żeby jeszcze zamartwiać się tobą. Przykro mi, ale nie będę z tobą dyskutowała na temat współżycia.
- To nie dyskutujmy o tym! Od razu przejdźmy do sedna - uniósł ręce do góry, chcąc zdjąć koszulkę. Przymknęłam powieki. Jego zachowanie było... nieobliczalne.
- Lynch - syknęłam. - Nie rozumiem cię. Już mnie prawie przeleciałeś. Nie wystarczy?
- Nie mała. "Prawie" robi wielką różnicę!
- Okey. W takim razie - jestem twoja - poddałam się. Oczywiście, w głowie miałam wykluty plan. Nigdy nie straciłabym dziewictwa z pustym debilem.
- Hm.. to mi się podoba - oblizał usta z podniecenia, a potem brutalnie zerwał ze mnie koszulkę, zdecydowanymi ruchami dotykając moich piersi. Miałam ochotę zwymiotować. Rzucić się na niego i z całej siły okładać pięściami. Lecz wtedy mój pomysł nie został by wcielony w życie. Dlatego też zaczęłam współpracować z chłopakiem. Pocałowałam go delikatnie w szyję. Pachniał dziwnie.. męsko?! Zaciągnęłam się zapachem i jęknęłam. Czy on mi właśnie włożył palec do tyłka? A mi się to spodobało. Muszę coś z tym zrobić! Na moje szczęście jednak ktoś wszedł do domu. Ross jednak nie wyglądał. jakby się tym przejmował. Co on wyprawia?! Działałam w stresie. Osoba, która pojawiła się w mieszkaniu, za minutkę znajdzie mnie i JEGO w dwuznacznej sytuacji. Zrobiło mi się gorąco. Chciałam odepchnąć od siebie ciało brązowookiego i przywalić mu z całej siły z liścia, ale nie zdążyłam. Ktoś mi przeszkodził. Natychmiastowo odwróciłam się o 180 stopni, Za mną, ze łzami w oczach stał Riker. Patrzył to na mnie, to na swojego brata, nie dowierzając w to co zobaczył. Stałam tak w osłupieniu, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa. Było mi okropnie wstyd.
- Lau? Czy ty z nim... - przełknął głośno ślinę, jakby ostatnie, acz kluczowe słowo nie mogło przejść mu przez gardło - Spałaś?
- Nie... - pokręciłam przecząco głową. W głowie kotłowało mi się wiele myśli. Co miałam na swoje usprawiedliwienie? Żadnych sensownych argumentów. - A tak w ogóle, to co cię to obchodzi, co? Masz własne kłopoty i nimi się zajmuj! Nie mam zamiaru przez całe życie brać na siebie całej winy i tłumaczyć się z każdej głupoty, która zrobiłam choćby niechcący. Mam tego kuźwa dosyć. - wybuchłam. Czułam, że tego potrzebowałam. Inaczej mój łeb by eksplodował od nadmiaru wrażeń ostatnich dni. Mimo tego, to i tak nie był koniec. Czekało mnie jeszcze wiele porażek i uniesień emocjonalnych. Westchnęłam, kątem oka spoglądając na zaskoczonych blondynów. Z podłogi podniosłam bluzkę i zwyczajnie wyszłam z tego lokum. Bez pośpiechu, po drodze wdziewając ubranie. Miałam nadzieję, że dobrze postąpiłam. Opieprzyłam Rikera - i jest mi z tym wspaniale!
*Godzinę później*
Riker, nie chciał wracać do pustego domu. Problem w tym, że nie mógł pójść gdzie indziej. Próbował skontaktować się z Laurą, jednak ta nie odbierała jego telefonów. Zrezygnowany oparł się o jeden z słupów, starając się zachować w miarę normalny wyraz twarzy. Nadal nie mógł się pozbierać po spotkaniu z Vanessą. Wielokrotnie o niej myślał, pojawiała się nawet w jego snach. Ale zawsze jako roześmiana, wesoła idealistka, która brała od życia pełnymi garściami. Nie mógł uwierzyć, że teraz jest zgorzkniałą wiedźmą. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że ją zranił i to głęboko. Nic nie usprawiedliwiało jego czynów z przeszłości. Nic ani nikt. Mimo tego pragnął, aby była taka jak dawniej, Miał okropne wyrzuty sumienia. Jego serce podpowiadało mu, że to głównie jego wina. Gwałtowna zmiana brunetki , jej zachowania i stosunku do innych. Czuł się jak idiota. Ostatni drań. Ona właśnie go za takiego miała. Bolało cholernie. Przez jego lekkomyślność wiele wycierpiała. Chciał jej powiedzieć, że przeprasza, żałuje, wraca wspomnieniami, lecz nie mógł. Nienawidziła go. Zaraz potem oślepiło go uderzające podobieństwo. Pacnał się w czoło. Lau, była jakby kopią swojej siostry z przeszłości. Posiadała wszystkie te cechy, które kiedyś tak bardzo imponowały mu w starszej Marano. Dotarło do niego, że nie może być bezczynny. Nessie pozwolił odejść, ale jej nie tego nie zrobi. O nie! Zacisnął dłonie w pięść i z impetem ruszył przed siebie. Był gotów rzucić się na każdego, kto tylko mu przeszkodzi w zdobyciu serca ślicznej szatynki.
*Oczami Laury*
Lenistwo całkowicie mnie ogarnęło, pozbawiło tej adrenaliny, którą nosiłam w sobie, gdy tu przyszłam. Teraz miałam ochotę po raz kolejny zwinąć się w kłębek i zasnąć. Niestety... nie byłam przecież u siebie, tylko w domu kogoś, kto może mnie w każdej chwili zgwałcić. Na samą myśl, otrząsnęłam się i zamaszystym ruchem zrzuciłam z siebie okrycie. Po cichu wstałam i przeciągnęłam się jak kot. Z kuchni usłyszałam ciche brzdąkanie gitary, a gdy podeszłam trochę bliżej - również słowa piosenki, które dobrze znałam. Wiem, że powinnam zwyczajnie do niego pójść, ale nie potrafiłam oprzeć się świadomości, że to coś osobistego. Coś, czego nie mogłam przerwać. Jakby proces twórczy czy coś w tym stylu.
- Skoro już mnie słyszałaś, a ja ciebie zauważyłem to może nie warto się ukrywać, co mała? - uśmiechnął się zadziornie, ukazując szereg białych ząbków. Westchnęłam i nie patrząc na niego usiadłam przy stole.
- Nie mów od mnie mała - wycedziłam, czując napływająca w moje żyły krew.
- Co jest? - spytał z udawaną powagą.
- Nic. Zresztą... co cię to obchodzi?! - znowu zachciało mi się krzyczeć.
- Jeszcze niedawno byłaś całkiem słodka - mruknął, licząc, że tego nie usłyszę.
- A ty całkiem NIE zboczony. - skwitowałam,
- Aha. I nie przeszkadzało ci to, gdy tuliłaś się do mnie jak napalona.
- Kierowały mną emocje debilu! Ale z tego co widzę, ty zawsze taki byłeś. Hamowaty i śliniący się na widok każdej laski. - prychnęłam. Miałam gdzieś jego dziwne spojrzenie, które teraz we mnie wlepiał. Odsunęłam się krok dalej, i wpadłam na szafkę. Oparłam się o nią i skrzyżowałam ręce na piersiach. Kątem oka, dostrzegłam, że Rossa zmierza w moją stronę. Nic sobie z tego nie robiłam, do czasu, gdy dzielił nas zaledwie centymetrowy dystans. Pomieszczenie było sporawe, ale czy miałam gdzie uciec? I czy w ogóle tego chciałam? Za te słowa, wyrzucałam sobie w myślach, jaka to ze mnie idiotka.
- Czemu uważasz, że myślę tylko o seksie?! - wyszeptał mi na ucho. Na plecach poczułam dreszcz. - Nie zauważyłaś, że zazwyczaj kiedy między nami do czegoś dochodziło, to nie byłaś przeciwna?
O cholerka... miał racje. Nigdy nie odepchnęłam go. Ale czy byłam gotowa to zrobić po pijaku! Nie sądzę.
- Słuchaj Ross - rzekłam stanowczo. - Mam dość problemów na głowie, żeby jeszcze zamartwiać się tobą. Przykro mi, ale nie będę z tobą dyskutowała na temat współżycia.
- To nie dyskutujmy o tym! Od razu przejdźmy do sedna - uniósł ręce do góry, chcąc zdjąć koszulkę. Przymknęłam powieki. Jego zachowanie było... nieobliczalne.
- Lynch - syknęłam. - Nie rozumiem cię. Już mnie prawie przeleciałeś. Nie wystarczy?
- Nie mała. "Prawie" robi wielką różnicę!
- Okey. W takim razie - jestem twoja - poddałam się. Oczywiście, w głowie miałam wykluty plan. Nigdy nie straciłabym dziewictwa z pustym debilem.
- Hm.. to mi się podoba - oblizał usta z podniecenia, a potem brutalnie zerwał ze mnie koszulkę, zdecydowanymi ruchami dotykając moich piersi. Miałam ochotę zwymiotować. Rzucić się na niego i z całej siły okładać pięściami. Lecz wtedy mój pomysł nie został by wcielony w życie. Dlatego też zaczęłam współpracować z chłopakiem. Pocałowałam go delikatnie w szyję. Pachniał dziwnie.. męsko?! Zaciągnęłam się zapachem i jęknęłam. Czy on mi właśnie włożył palec do tyłka? A mi się to spodobało. Muszę coś z tym zrobić! Na moje szczęście jednak ktoś wszedł do domu. Ross jednak nie wyglądał. jakby się tym przejmował. Co on wyprawia?! Działałam w stresie. Osoba, która pojawiła się w mieszkaniu, za minutkę znajdzie mnie i JEGO w dwuznacznej sytuacji. Zrobiło mi się gorąco. Chciałam odepchnąć od siebie ciało brązowookiego i przywalić mu z całej siły z liścia, ale nie zdążyłam. Ktoś mi przeszkodził. Natychmiastowo odwróciłam się o 180 stopni, Za mną, ze łzami w oczach stał Riker. Patrzył to na mnie, to na swojego brata, nie dowierzając w to co zobaczył. Stałam tak w osłupieniu, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa. Było mi okropnie wstyd.
- Lau? Czy ty z nim... - przełknął głośno ślinę, jakby ostatnie, acz kluczowe słowo nie mogło przejść mu przez gardło - Spałaś?
- Nie... - pokręciłam przecząco głową. W głowie kotłowało mi się wiele myśli. Co miałam na swoje usprawiedliwienie? Żadnych sensownych argumentów. - A tak w ogóle, to co cię to obchodzi, co? Masz własne kłopoty i nimi się zajmuj! Nie mam zamiaru przez całe życie brać na siebie całej winy i tłumaczyć się z każdej głupoty, która zrobiłam choćby niechcący. Mam tego kuźwa dosyć. - wybuchłam. Czułam, że tego potrzebowałam. Inaczej mój łeb by eksplodował od nadmiaru wrażeń ostatnich dni. Mimo tego, to i tak nie był koniec. Czekało mnie jeszcze wiele porażek i uniesień emocjonalnych. Westchnęłam, kątem oka spoglądając na zaskoczonych blondynów. Z podłogi podniosłam bluzkę i zwyczajnie wyszłam z tego lokum. Bez pośpiechu, po drodze wdziewając ubranie. Miałam nadzieję, że dobrze postąpiłam. Opieprzyłam Rikera - i jest mi z tym wspaniale!
***
No cześć...
Nie chcę się wypowiadać na temat rozdziału. Nie umiem ocenić tego, co spieprzyłam. I dobrze mi z tym.
Pozdrawiam wasza na zawsze ♥