sobota, 12 lipca 2014

WAŻNA NOTKA !!!

CZEEEŚĆ KOCHANI!

To niestety nie jest rozdział, lecz smutna informacja, dla tych, którzy czytali mojego żałosnego bloga. 
A więc, postanawiam go... ZAWIESIĆ :( razem z tym drugim blogiem.  A oto powody, przez które zawieszam:
♥ Mało komentarzy
♥Mało wyświetleń
♥Mało obserwatorów
Tak bardzo chciałam, doprowadzić tego bloga do końca, dokończyć losy bohaterów i pisać kolejne opowiadanie. Niestety, nie mogę pisać swojego bloga tylko i wyłącznie dla siebie. Na początku obiecałam się nie poddawać, ale... ta sytuacja mnie przerosła. Jeśli pod tym postem nie będzie:
☺Minimum  7 komentarzy ( Moje się nie liczą)
7 obserwatorów, to.... kończe na dobre historię.
Dziękuję za uwagę :(, tych których to obchodzi. Ja wiem, że nie piszę, tak dobrze jak niektórzy i nie mam najlepszego wystroju bloga, lecz to nie jest chyba przeszkoda, żeby choć raz, skomentować, paroma słowami rozdział. Chcę, żebyście naprawdę mnie docenili i zrozumieli, jakie to dla mnie ważne. 


piątek, 11 lipca 2014

Rozdział 11

W poprzednim rozdziale:

Ja już powoli, zacząłem zbliżać się do pocałunku, lecz... nagle ktoś wpadł do pokoju, krzycząc:
- Co wy wyprawiacie?!

***
- Co wy wyprawiacie?! - spojrzałem na człowieka, który właśnie popsuł mi NIE randkę z Laurą. Okazał się nim... Ross! 
- Yyy... Nic takiego. - wypuściłem Laurę i wytłumaczyłem bratu tę... dwuznaczną sytuację. 
- Czekaj, czekaj. Wysłałeś mnie do mojej byłej, tylko po to, żeby urządzić tu... burdel?! - wrzasnął.
- To nie tak jak myślisz. Prawda Laura? - spytałem, brunetki stojącej za mną. 
- T-tak. - wydusiła, nie pomagając mi zbytnio.
- Widzisz? Przyznała mi rację.
- Phi... serio, myślisz, że nie wiem, że chciałeś się mnie pozbyć? Ale teraz się doigrałeś. Nikt nie będzie, okłamywał Ross'a. Nikt! - krzyknął i poszedł na górę do swego królestwa. 
- Uff.. - odetchnąłem. - Poszedł sobie.
- Tsaa... wiesz Riker, ja też już powinnnam się zwijać. 
- Nie. Dlaczego niby? To przez niego? Nie przejmuj się nim. To palant.
- Nieważne kim jest. Czy palantem, czy idiotą. Po prsotu nie chcę, żeby jeszcze ktoś nas... tak zobaczył. 
- Wstydzisz się mnie? - zapytałem z zażenowaniem.
- Co ty w ogóle gadasz? - pokręciła przecząco głowa. 
- To co ci tak... przeszkadza?
- Nic. Dopiero co się poznaliśmy, a już mamy być.. razem? I powiedzieć o tym caemu światu? Jesteś taki sma, jak ten cały Ross, na którego tak plułeś i wyzywałeś. - prychęła i wybiegła z domu. 
- Nie... zaczekaj! - puściłem się za nią. Nie mogła mi mieć za złe, że ktoś nas nakrył. Wszystko starannie zaplanowałem. Starałem się... i to bardzo. Ona tego, jednak nie dostrzegła. Ech... dziewczyny. Czego im trzeba, żeby zrozumieli, że też mamy uczucia?
***
Do domu wróciłem zmęczony i padnięty. Pogoń za dziewczyną trawała dopre pół godziny. Szło mi świetnie, póki ona nie zniknęła we wnętrzu Taxi. Ugh...  dlaczego te żółte autka są wrogo nastawione akurat na mnie?
- Heeej Riker. Gdzie byłeś? - spytała Rydel, siadając obok mnie.
- Echh... nigdzie.
- Mam ci uwierzyć? To lepiej się postaraj. 
- Daj mi spokój. Miałem ciężki dzień.
- Dowiedziałam się od Ross'a.
- Czyli... wypaplał to już wszystkim? No to mega. Jak starzy wrócą będzie AFERAAA! 
- Masz sczęście. Powiedział tylko i wyłącznie mi. 
- No ale jednak mamy jednego świadka.
- Histeryzujesz kochany. Jestem twoją siostrunią i powinnam wiedzieć z kim się umawiasz. A co jeśli to jakaś czarownica, albo co gorsza... kosmitka? - zkaryła usta dłońmi i udawała zestresowaną.
- Weź się odwal. Nie mam ochoty na... pogawędkę o dziewczynach.
- Oj! Aż tak się przejełeś Laurą, że nie myślisz o nieczym innym.
- Nie rozumiesz. Laura, to jedyna dziewczyna, której nie odbije mi Ross. Zależy mi na niej. Nie wiem jak to się wytłumaczyć, lecz kiedy jest obok to.... ręce mi się pocą, gadam głupoty i... szaleję. 
- To jeden z syndromów zakochania. - rzekła poważnie.
- Wiem. Tyle, że ona... sądzi że to dzieje się za szybko. Chce bliższego poznania się. 
- Bo to wrażliwa istota. Nie zdobywa się takich z dnia na dzień. Dlaczego Ross, jeszcze nigdy nie znalazł porządnej dziewczyny? 
- Bo... jest za głupi? - stwierdziłem.
- Nieee. Otóż dlatego, że nie rozumie miłości. Co z tego, że co tydzień ma inną, gdyż nigdy nie zaznał smaku tego jakże wspaniałego zjawiska ludzkich dusz i ciał. 
- Aaaa... to takie stringi. - zaśmiałem się po raz pierwszy od wyjścia Laury. 
- Dokładnie. Pomogę ci ją zdobyć. 
- OK. Zgadzam się. W końcu nikt nie rozumie kobiety lepiej niż druga kobieta.
- Oj.... tak, tak. 
* Oczami Laury*
Wróciłam do domu, pełna złych przeczuć. Może nie powinnam tak wydzierać się na Rikera? Przecież on chciał dobrze. Przygotował specjalnie dla mnie romantyczną kolację i w ogóle. Na dodatek ten cały... Ross? Nie widziałam go dobrze zza pleców chłopaka, lecz czułam, że już się nie raz spotkaliśmy. Tylko gdzie i kiedy? Och... za dużo myślę. Zresztą jak zawsze. Póki nikogo nie ma na horyzoncie, to pójdę się wykąpać. Moje ciało, spragnione ciepła i troski jak nigdy dotąd ogrzeje się. 
Weszłam pod prysznic, dając upóst dręczącym problemom i już po 10 minutach, poczułam się jak nowo narodzona. Ach... jak mi było przyjemnie. Dlaczego nie moze tak być na wieki? Czemu, wszystko czego się dotknę, zamienia się w moje przekleństwo? W życiu wielokrotnie dostałam po tyłku i zdawałam sobie z tego sprawę. Tylko, nie mogłam zrozumieć, czemu, choć na chwilę się nie poprawi? Czemu choć na chwilę nie mgę być w pełni szczęśliwa? 
- Laura. Możesz przyjść do salonu? - wyszeptała Clarie, swoim cieniutkim głosikiem.
- Yyy... pewnie. Ale po co?
- Dowiesz się w swoim czasie. - rzekła tajemniczo i wyszła z łazienki, zostawiając mnie samą w osłupieniu. Co tym razem? Może kolejna ważna sprawa, która zmieni moje życie nie do poznania. Nie warto się nad tym pastwić. trzeba iść na miejsce, by się o wszystkim przekonać. Jak postanowiłam tak też zrobiłam. Szybko podreptałam do głównego pokoju. Tam, panowały egipskie ciemności. Musiałam bardzo uważać, aby nie przewrócić, w drodze do włącznika, który znajdował się w drugim końcu pokoju. Niestety, gdy już dotarłam do celu, lampka nocna, stojąc obok wielkiego foletlu, spadła na podłogę, robiąc mnóstwo hałasu. Jakaś osoba wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Najchętniej rzuciłabym się na nią z pazurami. Brakowało mi tylko informacji co to za potwór. Śmieje się z cudzego nieszcześcia.
- Haha... Bardzo śmieszne. Po prostu umieram ze śmiechu. - powiedziałam sarkastycznie, jednocześnie włączając oświetlenie. To, co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania.... 
☺☺☺
Heeej! Jest rozdział... niestety bardzo krótki, za co Was ogromnie pszepraszam. Po prostu nie miałam siły, by go napisać. 
I mam sprawę... chyba przyjdzie mi zawiesić bloga. Nikt nie komentuje, nikt nie czyta i w ogóle. Mam paru wiernych czytelników, z czego jestem ogromnie dumna, lecz... sami wiecie, że nie mogę tego ciągnąć w nieskończoność. Jest mi bardzo przykro, bo nie sądziłam, że dojdzie do tego tak wcześnie, ale.... nie będę wdrążać się w szegóły. A i... ten oto nudny i krótki rozdział dedykuję.... PINKI! ♥ Swoim długim komentarzem, naprawdę nieźle mnie zmotywowała. Dziewczyno, dziękuję i pozdrawiam. :D
☺☺☺

wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 10

*1 lipca, oczami Laury*

   
         Zastanawiałam się, czy to co teraz widzę, jest jawą czy snem. W moją stronę zmierzał właśnie TEN zboczeniec. Ugh... że też musiałam akurat teraz wybrać się na ten spacer. Dzisiejszy dzień należał już do historii najgorszych. Co będzie dalej? Może latając krowa na mnie wyląduje? 
- Cześć. Znam cię. To ty jesteś tą... rozhisterowaną dziewczyną. - zaśmiał się pod nosem.
- N-nie. - wyjąkałam.
- Tsa... mam dobrą pamięć do twarzy.
- Czego ode mnie chcesz? - spytałam wprost, by nie musieć z nim dużej rozmawiać.
- Niczego. 
- To po co tu przyszłeś?
- Nie powinnaś biegaś po ulicy Taka dziewczynka jak ty może sobie zrobićprzy tym krzywdę.
- Martwisz się o mnie? - prychnęłam. - Nawet mnie nie znasz.
- I nie chcę znać. Nie wyglądasz na... fajną?!
- Ty też. - zacisnęłam pięści. Jak on mógł mnie oceniać tak negatywnie. Na dodatek po wyglądzie. Prostak.
- Spokojnie. Nie denerwuj się. 
- Jestem oazą spokoju. Jakbyś chciał wiedzieć. - przymrużyłam oczy.
- Hehe. Niezła ściema.
- Wiesz co?! Spadaj palancie! - podniosłam dłoń, aby uderzyć chłopaka w skroń. On jednak był szybszy i złapał mnie za nadgarstek.
- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? - wysyczał, przybliżając swoją twarz do mojej. Zaczęłam oddychać szybciej.
- Puść. To boli. - próbowałam go wziąć na litość.
- Bez przesady mała. - wyszeptał mi do uch, muskając je przy tym. Moje ciało przeszedł dreszcz. 
- Słuchaj. Jeśli natychmiast mnie nie zostawisz to zadzwonię na policję. - zaroziłam.
- Serio?! Nie wyglądasz na taką. Poza tym wiem, że ci się podobam.
- What fuck?! Widzę cię drugi raz na oczy. - skrzywiłam się.
- Miłość od... drugiego wejrzenia? Um... to lubię. - pocałował moją szyję. Emocje sięgnęły zenitu. Musiałam coś zrobić. To psychol. Kto wie, co takiemu odbije. Nagle zrozumiałam. Muszę znaleźć czuły punkt kolesia. W tym przypadku narząd płciowy. Nie myśląc o tym dłużej, szybko wykonałam mój złowieszczy plan. Chłopak zgiął się w pół.
- Co jest do cholery?! 
- Trzeba było mnie nie dotykać. - ucieszyłam się.
- Jesteś nienormalną histeryczką mała. - zaserwował mi kawe 3 w 1. Postanowiłam mu się odwdzięczyć.
- Pf... popatrza na siebie. Zboczony prostaku-świniaku. 
- Heh. Nie śmieszne.
- Dla mnie bardzo. - pokazałam mu język, lecz zaraz tego pożałowałam . Chłopak wstał na równe nogi i zmierzył mnie wzrokiem. 
- Pogrywasz sobie ze mną. Musisz wiedzieć, że ja sie szybko nie poddaję. Z twojego życia zrobię istne piekło. - przysunął się do mnie i musnął ustami w policzek. - Jeszcze się zobaczymy. 
- Nie sądzę. - wyszeptałam, a chłopak zniknął mi z pola widzenia, prawdopodobnie w samochodzie. Kretyn. Boi się dziewczyny - zaśmiałam się, budząc zdziwienie staruszka, przechodzącego nieopodal.

*Godzinę później*Oczami Rikera*

Siedziałem na kanapie, szperałem w internecie i myślałem o Laurze. Podobała mi się. Nie znałem jej zbyt długo, lecz czulem, że jest stworzona dla mnie. Taka... delikatna, nieśmiała. Zastanawiałem się jakby ją zaprosić na randkę. Dla tekiej dziewczyny warto się wysilić. Nie powiem tego tak prosto z mostu. Może... zaśpiewam dla niej, a potem zadam pytanie. W sumie doskonały pomysł. 
- Uhg... co za głupia laska! - usłyszałem Ross'a za moimi plecami.
- Coś ty taki wściekły?
- Nawet nie pytaj. - poszedł do kuchni, ską wziął szklankę coca-coli.
- Powiedz co cię gryzie. - zachęcałem.
- No bo... pamiętasz tę laskę, co mi kiedyś prawie pod koła wleciała?
- No... opowiadałeś o niej.
- A więc, dzisiaj znowu to zrobiła. Ostrzegałem ją, a ona zaczęła rzucać we mnie wyzwiskami. Czy to nie chore? - spojrzałem na brata. Na pewno jej tylko nie ostrzegał. No chyba, że przez to słowo rozumie całowanie i chamskie podrywanie.
- No co? Będziesz jej bronić? No kto by się spodziewał. Riker- obrńca uciśnionych. - prychnąl.
- Słuchaj kolego. Grabisz sobie. Zanam cię na tyle, że przewiduje takie rzeczy.
- Bez urazy ale... ta laska była straszna. Palcme bym jej nie dotknął. - grymasił.
- Uważaj, bo ci uwierzę. - zaśmiałem się.
- Nie wiem, dokąd prowadzi ta rozmowa i jaki jest jej cel, wiec lepiej odejdę, udając, że jej nigdy nie było. 
- Ok, ok. - powiedziałem, a braciszek zniknął za drzwiami łazienki. Cały on. Nie portafi się pogodzi, że coś idzie nie mojego myśli. Ja, jednak nie będę marnował dnia, na rozmyślanie o jego ciemnych sprawakach. Wróciłem do Laury. Miałem wielką ochotę ją zobaczyć, dlatego wykonałem do niej telefon.

Rozmowa telefoniczna
R: Hej Laura. Co tam u ciebie slychać?
L: Ech... wolałbyś nie wiedzieć.
R: Jeśli coś cię gryzie, to powiedz. Ulży ci.
L: Takie rozmowy to nie na telefon. 
R: Jeśli nie to... przyjedź do mnie. Adres znasz.
L: A... jesteś sam?
R: Prawie... 
L: Czyli?!
R; Z bratem - Ross'em.
L: Rydel mnie przed nim ostrzegała...
R: Nie przejmuj się. Będę z tobą. A gdy będzie ci jakoś przeszkadzał to wygonię go i tyle.
L: Aaa... nie możesz tego zrobić już teraz?
R: Pewnie,. że mogę. 
L: Dzięki. Będę za 15 minut.
R: Ok. To do zobaczenia.
L: Paaa.
Koniec rozmowy
Teraz, będę musiał sprytnie spławić Ross'a. Tak, żeby się niczego nie domyślił.Hm... już mam nawet pewien plan.
- Ross. Chodź no tu do mnie.
- Po co?
- Chcę ci coś... obwieścić?!
- Serio?
- Tak. Nie daj się prosić.
- Ok. - wyszedł z samych bokserkach. - Czego?
- Emm... Mógłbyś się ubrać?
- Owszem, lecz wolę chodzić tak. Na wypadek, gdyby się tu jakieś ładne dziewczyny pojawiły. - mrugnął porozumiewawczo, siadając na kanapie.
- Uhg... nieważne. Wiesz... był tu ktoś i pytał o ciebie..
- KTO? 
- Jakś... Sarah. - przypomniałem sobie imię jego niedawnej dziewczyny.
- Niech zgadnę: Chce do mnie wrócić? Wiedziałem.
- Prosiła, byś do niej poszedł.
- Teraz? Mieszka na drugim końcu miasta. 
- Z jej twarzy wyczyałem, że to nie może czekać. 
- W takim razie lecę.. A i pożyczysz mi furę? Tamta ma pecha. 
- Bierz ją. - rzuciłem bratu kluczyki i z zadowoleniem włączyłem TV. 
- Dzięki. Mogę nie wrócić na noc, więc... - przygryzł wargę.
- Będę się krył. Obiecuję.
- Ooo.. kamień z serca. To lecę. - wybiegł na zewnątrz i odpalił auto. Chata dla mnie i... Laury oczywiście.
Muszę przygotować jakiś dobry obiad. Postawiłem na mój special... spagetthi. Idealnie. 
   Od razu wziąłem się za przygotowanie. Nakryłem stół dla dwóch osób, poleciałem do pobliskiej kawiarni, po bukiet róż, ugotowałem kluski i polałem je sosem oraz ubrałem się tak jak należy. W końcu, wycieńczony, usiadłem na krześle i spojrzałem na zegarek. Godzina 13:30. Dzwoniłem 20 minut temu. Laura powinna już tu być. Coś ją zatrzymało? Może utknęła w korku. W godzinach szczytu to bardzo możliwe. Martwiłem się, że w ogóle nie dotrze. A naprawdę, pragnąłem ją ujrzeć.
*10 minut póżniej*
Siedziałem nadal na miejscu, wpatrując się w biały punkt na ścianie. Czekałem aż Laura zdzwoni lub zapuka do drzwi. Miałem wielką nadzieję, że stanie się to niedługo. I rzeczywiście - nie myliłem się. Usłyszałem ciche stąpanie na korytarzu. Wybiegłem po nią, z zamiarem wpadnięcia jej w ramiona. Niestety, nie skończyło się to dla mnie dobrze, gdyż bięgnąc, ostro uderzyłem nogą w szafę. Musiałem się zatrzymać i pomasować obolałą stopę. W myślach karciłem się, za taką głupią wpadkę.
- Hej Riker. - usłyszałem za sobą słodki głos.
- O ! Witaj Laura. Wyglądasz... pięknie! - zaniemówiłem, patrząc na dziewczynę, która promieniała szczęściem. Ubrana była w to:
- Heh... dziękuje. - uśmiechnęła się.
- Nie masz za co.
- Wiesz... i swoją drogą, pszepraszam, że tak długo, lecz byłam w sklepie, by kupić coś do ubrania. Tamta sukienka, nadaje się... tylko i wyłącznie do prania. - i nagle wszystko stało się jasne. Oj, dziewczyny. Specjalnie kupują nowe ciuchy na spotkania z nami.
- Nic nie szkodzi. Zechcesz może przejść do kuchni?
- Oczywiscie. Z miłą chęcią. - odpowiedziała dystyngownie.
- W takim razie zapraszam. - ruchem ręką wskazałem na drzwi prowadzące do jadalni.
- O mój Boże. Riker. Masz dzisiaj jakąś randkę? - zapytałam, będac pod ogromnym wrażeniem.
- Nieee... to dla.. ciebie?! - zarumieniłem się.
- Mówisz... poważnie? - zdziwiła się.
- Mhm... bo wiesz. Laura... - podrapałem się za głową, przerywając, swój monolog.
- Oj, Riekr. Nie musiałeś. Bo ja chciałam ci się  tylko wyżalić.
- Nadal możesz. To miał być przyjacielski obiad. - odetchnąłem z ulgą.
- To już inna sprawa. Mozemy jeść? - omiotła wzrokiem pokój. - Jestem głodna jak wilk.
- To siadaj. - z gracją odsunąłem krzesło, by dziewczyna na nim usiadła.
- Miły gest. - rozpromieniła się. Po chwili zajadaliśmy spagetthi i rozmawialismy w najlepsze.
- Przydała by się jakaś muzyka... nie sądzisz? - podnosłem brew, podchodząc do wieży i włączając romantyczny kawałek. - Zatańczysz?
- Z przyjemnością. - podała mi swą dłoń, a ja delikatnie ją ująłem. Na poczatku kołysaliśmy się lekko w rytm muzyki. W końcu jednak, zdecydowałem się, na poważniejsze kroki i obracałem dziewczynę w prawo i lewo. Sprawiało jej to niebywałą przyjemność. Dlatego, chcąc się jeszcze bardziej popisać umiejętnościami tanecznymi obróciłem Laurę, tak mocno, że tak zachaczyła o dywan, prawie się przewracając. W ostatniej jednak chwili, zdążyłem ją złapać. Przez to dziewczyna wylądowała w moich ramionach. Ja stałęm pochylony nad nią. Nasze twarze dzieliła mała odległość. Ja już powoli, zacząłem zbliżać się do pocałunku, lecz... nagle ktoś wpadł do pokoju, krzycząc:
- Co wy wyprawiacie?!
♥♥♥
Heeeej!
Co tam u Was, moje Misiole?
Podoba się rozdział?
Bo według mnie, jest strasznie głupi i nudny. Nie potrafię rozkręcić akcji. Lecz wierni czytelnicy tak mnie do niego zmotywowali, że nie mogłam się powstrzymać się od napisania. DZIĘKUJĘ WAM! 
I mam sprawę...
A mianowcie:
Nie mogę tak dalej. Rozdział czyta około 30 ludzi, a komentuj jeden czy dwóch. To bardzo mnie dołuje. I postanawiam wprowadzić zasadę:
CZYTASZ=KOMENTUJESZ!!!
♥♥♥
Być może do nastepnego...









Sweeeet fotki dla Was ( nie mogłam się powstrzymać przec wstawieniem xD) ♥



sobota, 5 lipca 2014

Rozdział 9

*2 lipca, 9:00, oczami Laury*
     
    Obudziłam się ze strasznym bólem głowy. Próbowałam dostać się do szkalnki wody mineralnej, stojącej na szafce nocnej. Niestety, marnie mi to szło. Gdy tylko chciałam się podnieść, w czaszce zaczęło dziwnie buzować, więc zaniechałam dalszych poczyniań. Zamiast tego, wygodnie ułożyłam się na poduszce, z nadzieją, że ból przejdzie sam. Jak się okazało trochę się przewidziałam, gdyż na korytarzu ciągle dało się słyszeć kroki i głośne rozmowy.
- Mamo! - krzyczała Clarie. - Kiedy ta Laura wstanie?
- Nie wiem córciu. Ale proszę, bądź cicho. Wiesz jak marudzi, kiedy się nie wyśpi? - zaśmiała się mama.
- Taaaaak. Rozumiem, lecz niec nie poradzę, na to, że mi się okropnie nudzi! - zrzędziła dalej siostra. 
- Nie przjmuj się. Idź pomóc Nessie w przygotowaniu śniadania. 
- Dobrze, dobrze.  Ale ja już się nie mogę doczekać.... - w tym momencie rodzicielka gwałtownie przerwała paplaninę Clarie.
- Wiesz... ona moze wszystko słyszeć. Schodź na dół i nie gadaj więcej. - oburzyła się i zeszła po schodach, prawdopodobnie targając ze sobą młodą. Wreszcie nastąpiła cisza. Cisza, podczas krórej zastanawiałam się co moja zwariowana rodzinka znów szykuje. Kolejna niespodzianka? To ja chyba podziękuję. Jak na parę dni miałam ich wręcz dosyć. Np. spotkanie z... dziwnym typkiem i akcja w lesie oraz choroba Van. Jak juz mówiłam, to zdecydowanie mi wystarczy. Choć, muszę też przyznać, że spotkanie Lynch'ów było wspaniałą rzeczą - taką miłą odmianą, od pecha.
     *Pół godziny póżniej*

  
      W końcu, ból zaczął doskwierać o wiele mniej, więc postanowiłam zejść do kuchni, sprawdzić czy jest coś, czym można by się posilić. Zanim jednak, miałam wpaść w sidła domowników, poszłam do łazienki, w celu odświeżenia się i ubrania w ciuchy odpowiednie na dziesiejszy dzień. Jeśli ma być niespodzianka, to muszę wyglądać naprawdę idealnie. Wygrzebałam, więc z szafy najlepszą sukienkę jaką miałam,

   i zrobiłam delikatny makijaż. Nareszcie byłam gotowa na zejście. Wzięłam głeboki oddech i wyszłam z pokoju. Po schodah stąpałam cicho i wolno, aby nikogo nie powiadomić o moim pojawieniu się, Lecz, ku mojemu zdziwnieniu, nikt nic nie szykował. Mama czytała gazetę, Clarie bawiła się lalką, a Nessa rozmawiała przez telefon, ze swoim agentem, gdyż, co chwilę zwracała się do niego " Tak, Justin" , " Owszem Justin". A z jej opowieści wysnułam, że tak właśnie ma na imię.
- Czeeeeść wszystkim ! - krzyknęłam, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Czeeeeść Laura. - odpowiedzieli wszyscy, nie odrywając się od poprzednich czynności.
- Em... jest coś na sniadanie? - westchnęłam cicho.
- Owszem. Czekają na ciebie omlety. Podgrzej je i z głowy. - rzekłą mama, patrząc na mnie spod okularów.
- OK. Dzięki, że zaczekaliscie, z posiłkiem. - powiedziałam beznamiętnie.
- Nie ma za co. - uśmiechnęła się Clarie.
- Uhg... - jęknęłam. Czy się pomyliłam? Moze nikt nic nie planował? Po prsostu, zdawało mi się i tyle. Ale koro tak właśnie było, to dlaczego mama bała się, że usłyszę, co mówi Clarie. Sama już nie wiedziałam. Najważniejsze było to, że na razie jestem bezpieczna. Nie muszę się przejmować, tym, że znów dowiem się czegoś.... co niekoniecznie jest dla mnie dobre.
       Po zjedzeniu omletów, włączyłam TV, by zabadać, najnowsze nowinki ze świata współczesnego.
- Mogłabyś to, łaskawie przyciszyć? - zdenerwowała się Nessa. - Nie widzisz, że rozmawaim?
- Sorry. Zresztą, już miałam wyłączyć. Nie mówią nic ciekawego.
- To nawet lepiej. - uśmiechnęła się od niechcenia i wróciła do rozmowy. Wszyscy byli czymś zajęci. Tylko nie ja. Siedziałam na kanapie, zastanawiając się, co w niech wstąpiło. Może byli obrażeni? Przecież nic takiego nie zrobiłam. Przynajmniej sobie nie przypominam.
- Halo! Czy ja wam aby na pewno nie przeszkadzam? - wykrzyknęłam, z wyrażnym zdenerwowaniem wymalowanym na twarzy.
- No.... wiesz. - zabrała głós Nessa. - trochę tak.
- Mogłabyś tak nie krzyczeć. - poparła ją mama.
- Moja lalka przez ciebie nie śpi ! - zrobiła smutną minkę Clarie.
- Ugh... zachowujecie się jakbyście byli conajmniej obrażeni. - odburknęłam, na zaczepki rodziny.
- Nie przesadzaj. - przewróciła oczami Van.
- Jeszcze wczoraj byłaś chora. A dzisiaj co? Przeszło ci tak nagle?
- Nie o to mi chodzi.
- A o co? Ciągle gadasz przez ten głupi telefon i cieszysz się ze wszystkiego. Nie tak wyobrażałam sobie ciebie jako ofiarę losu.
- Staram się żyć normalnie. - oburzyła się. - Nie chce myśleć, że białaczka mnie zniszczy. Czu to żle?
- N-nie. - wyjąkałam. - Po prsotu... - zamrałam. Nie miałam nic do zarzucenia siostrze. Zwyczajnie jej zachowanie wyprowadziło mnie z równowagi. Nic więcej.
- OK. Pszepraszam. Jeśli nie jestem wam potrzebna to... sobie pójdę. - machłam ręką i wyleciałam niczym oparzona z domu. Zadzwoniłam po Taxi.
- Gdzie panią podwieźć? - padło pytanie.
- Yyy... za sekundkę panu powiem. - wybrnęłam zwycięsko z opresji. Muszę się zastanowić gdzie teraz się podzieję. Moze u Lynch'ów ? Zawsze wiedzą, jak poprawić humor.
- No to wie panienka gdzie jechać czy nie?
- Muszę wykonać telefon. - szybko wybrałam numer jednego członka r5 i zatelefonowałam. Niestety, miałam niefart.


Rozmowa telefoniczna
E: Hola, mała. Co tam świrujesz?
L: Eee... nic, nic. Czy mogłabym przyjechać... do was?
E: Jak to nic? Musisz się... wyluzować.
L: No spoko. Ale mogę wpaść?
E: Wpaść gdzie? Do śmietnika czy chlewika? Chrr, chrr.
L: Do was.
E: Czy ja wyglądam na świnię?
L: Do domu Lynch'ów.
E: Ej... oni też są ludzmi, a ich dom nie jest przeznaczony dla tego typu stworzeń.
L: Nieważne. 
E: Nieważne kim są?
Koniec rozmowy

Miałam dosyć. Z Ratiffem w ogóle nie szło się dogadać.Nie miałam ochoty dzwonić do Rydel. Tym bardziej, że moja komórka domagała się potężnej dawki energii.
Teraz zjawił się dylemat: Czy wrócić do domu, czy włóczyć się po mieście?
- Tracę powoli cierpliwość. Co pani robi?
- Ja... chcę jechać na Columba 311. - odparłam pewnie, pod wpływem silnego olśnienia. 
- OK, OK. - rozłożył ręce w geście bezradnosci kierowca. 
- Niezmiernie się raduję, że udało nam się dogadać. 
- Ja też. - zachichotał. 
     Minęło 5 minut, a już zauważyłam znajomy, żółty domek. Ruchem ręki, otworzyłam drzwi i wybiegłam na zewnątrz. Po zapłacie, znajdowałam się na ganku. Zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzyła mi urocza blondynka.
- Dzień dobry. Czy coś sie stało? - zapyała zdziwiona moją obecnością.
- Ee.. kim pani jest?
- Jestem Emily. A pani?
- Laura Marano.
- Siostra Vanessy Marano? o mój Boże. Ja i mój misiu, uwielbiamy ją.
- A ten "Misiu", to kto? - spytałam, drżącym głosem.
- Mój  Dallas oczywiście. On jest... taaaaaki słodki. - rozmarzyła się, co spowodowało u mnie odruch wymiotny.
- Wie, pnai co? Chyba pomyliłam adresy. Proszę mi wybaczyć. 
- Nic się nie stało. Miłego dnia. - pożegnała się i zniknęła za drzwiami. Nagle moje serce rozleciało się na milion drobnych kawałeczków. Jak on mógł mi to zrobić? Przecież, miał dziewczynę, a in tak umawiał się ze mną. Idiota! Dupek! - wyrzucałam sobie w myślach, klnąc przy tym obficie.Tak, że  nawet nie zauważyłam kiedy, weszłam na ulicę. Jakieś auto, zatrąbiło na mnie, a kierowca, odezwał się:
- Ej... Ku**a. Patrza jak łazisz. - nie odpowiedziałam mu. Nie miałam na to najmniejszej ochoty. Głowy też nie raczyłam obrócić. 
- Ej... to ty?! Znam cię. Podejdź na chwilę. - znów zignorowałam jego słowa. To był mój błąd. Jego cień zaczął się do mnie zbliżać. Ja, jednak nie uciekałam. Nie miałam siły. 
- Zatrzymaj się żesz ! - usiadłam na ławce. Teraz dopiero, dostrzegłam sylwetkę chłopaka. Na jego widok mina mi zrzedłą. Wyglądało na to, że wpakowałam się w niezłe tarapaty.,

***
Heeej! 
W końcu rozdział! 
Cieszycie się? Mam nadzieję, że tak. ♥
Zmotywowałam się specjalnie dla Was i napisałam byle co, lecz sądzę, że raczej sie spodoba. A i oczywiscie najważniejsza część notki:
DEDYKI!
1. Dedyk dla..... TULI POMOCNEJ - wyjątkowej czytelniczki, która komentuje każdy rozdział, także na drugim blogu. Jest kimś więcej niż tylko "zwykłą dziewczyną". Jest kimś, kto baaaaardzo potrafi mnie zmotywować do działani. Pozdrawiam cię Koffana ♥
2. Dedyk dla.... Nie Zapomnianej Dziewczyny !! ♥
Również baaaardzo ci dziękuję, za miły komentarz. :D
***





poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział 8

*1 lipca, 20:00, dom Lynch'ów*

Narrator*

   Młode pokolenie, właśnie wróciło do domu. Ich rodzice, po popołudniu spędzonym bez dzieci,  w kuchni brali się za przygotowywanie kolacji. Gdy tylko ostatni członek rodziny przekroczył dom, znów wybuchła wrzawa. Każdy miał coś do powiedzenia w sprawie Laury. Rocky i Ell, kłócili się o to, który pierwszy ją zdobędzie. Riker, dołączył, mówiąc, że to on ją pierwszy znalazł  i chłopacy nie mają prawa mu jej odbierać. Rydel, tylko niedowierzająco kręciła głową. Zawsze tak było. Na horyznoncie pojawia się dziewczyna - w domu afera na maksa. In tak, prędzej czy później - zdobywał ją Ross. Była to taka jakby tradycja. Najgłupszy i najbardziej wkurzajacy dostawał wszystko co najlepsze. Czesem, dziewczyna śmiała porównywać braci i kumpla do psów. Resztki ze stołu, dostawał nie ten pierwszy, tylko ten najbardziej uroczy. To samo z kobietami. Ross, potrafił, je tak oczarować, że od razu pakowały mu się do łóżka. Nikomu się to nie podobało. Zwłaszcza Stormie i Markowi. Jako odpowiedzialni rodzice, nie chcieli, aby syn w wieku zaledwie 18 lat miał dziecko, tym bardziej, że nie było w nim ani krzty odpowiedzialności. 
     W końcu, po posiłku jak mieli w zwyczaju, wszyscy udali się do swoich sypialń , prócz tego, komu akurat przypadał zaszczyt sprzątania. Teraz szczęśliwcem okazał się Ross, lecz wspaniałomyślny Riker postanowił pomóc bratu. Wiedział, jak sobie radzi ze zmywaniem. Nie ma opcji, by nieczego nie zbił. 
- Ugh... - wetchnął. - Czy ty cokolwiek umiesz?
- Zebyś wiedział, że tak. Umiem gadać z dziewczynami. - pokazał język Ross.
- Ale oprócz tego? A i nie mów o sprawach związanych z.... łóżkiem! - krzyknął, udając obrzydzenie.
- Odczep się, Riker... To, że jestem dobry w te klocki, nie oznacza, że mam zamiar o tym mówić. 
- Uff... - odetchnął.
- Mam pytanie. Kto to ta cała Laura? - spytał. Miał zamiar zrobić to już przed kolacją, ale nie chciał, by pomyślano, że to nie on po raz pierwszy nie poderwał jakiejś laski. 
- Fajna dziewczyna.
- A... ładna chociaż? - wykrzywił się, wycierając porcelanę mamy.
- Och... piękna. Brunetka, o szlachetnych oczach, w brunatnym kolorze. Policzki jej błyszczą w blasku słońca, i ogrzewają  ledwo zakryte ciało... - w tym momencie obaj bracia się rozmarzyli. W swojej podświadomości wyobrażali sobie dziewczynę. Nagle usłyszeli dżwięk, pękającego szkła. Ross wynurzył rekę z wody, z krórej sączyła się krew.
- No i po co ty mi o niej mówiłeś?! - wrzasnął, zwijając się z bólu. 
- Sam chciałeś. - odburknął urażony, lecz po chwili, widząc stan brata, zaczął panikować.
- Może zamiast, wpatrywania się we mnie, pomógłbyś. - wysyczał przez zęby.
- Nie ruszaj się. Lecę po Rydel. - rozkazał i po schodach wbiegł do pokoju siostry. Zdziwiona dziewczyna, słuchając uważnie tłumaczenia Rikera , szybko zbiegła na dół, prawie przewracając się na jednym ze stopni. 
- Ross, nic nie nie jest? - wydyszała.
- Oprócz tego, że mam przeciętą rękę to... raczej czuję się świetnie. - uśmiechnął się. Nawet, w takich chwilach potrafił żartować.
- Za chwilę opatrzę ranę. Braciszku, przynieś apteczkę z łazienki. 
- Już się robi. - odkrzyknłął Riker, stawiając narzędzia na stole.
- OK. No to przystępujemy do... operacji! - zakaskała rękawy, uradowana Rydel. 
- A... będzie bolało? - przestraszył się chłopak.
- Heh... oczywiście, że nie. - zaśmaiła się Rydel. No, może troszkę. 
- Oł.... 
- A tak w ogóle to jak ty to zrobiłeś. Riekr nie zdradził szczegółów.
- Emm.... Opowiadał mi o Laurze i.... odleciałem.
- Wywnioskowałeś, z opowaidań Rikera, że jest boginią?
- Stworzył jej bardzo plastyczny obraz. Czułem, że stoi tuż przede mną. 
- Och... oto cały Ross. 
- No co? Nie można, myśleć o kimś... ładnym?
- Hehe. Nie w tym rzecz. 
- Nieważne. 
- Tak. Nieważne. - zachichotała dziewczyna, jednocześnie kończąc zawijanie bandażu. - Gotowe!
- Oooo... dzięki siostra. A teraz idę odpocząć. Liczę, że dokończycie sprzątać za mnie. - mrignął Ross i zostawił wściekłe rodzeństwo na dole.
* W tym samym czasie u Lury, jej oczami*
Zdrętwiałam. Po usłyszanych słowach siostry, strasznie chciałam, udać, że to się nie wydarzyło. Jednak, okłamywanie samej siebie nic nia da. Wiedziałąm, że trzeba będzie wznieść się na wyżyny swej doskonałości i wypytać, o wszystko.
- J-jak to? Kiedy, się o tym dowiedziałaś? - wyszeptałam, zakrywając usta dłonią.
- Dzisiaj. Przed chwilą, przyszłam z wizyty u lekarza. - westchnęła. - Ale, zanim opowiem, może usiądziemy w salonie?
-Tak. To dobry pomysł. - usiadłam, na miękkim fotelu i nastawiłam ucho.
- Zacznijmy od samego początku.. Kiedy wyjechałam do Los Angeles, poznałam Leonarda i zaczęłam pracować jako aktorka. Szło mi świetnie, przez co zostałam zatrudniona na stałe, lecz po pewnym czasie, pojawiały się oznaki przemęczenia. Częto zdarzało mi się omdlewać i dostawać okropne bóle głowy. Narzeczony prosił i lamentował, abym poszła do specjalistycznej klinik, by sprawdzic co mi dolega. Ja jednak,jak wiecie jestem uparciuchem i nie skorzystałam z ofery. No a teraz.... pokutuje za błędy z przeszłości.
-  Van. Czemu nam nic nie mówiłaś? - zdenerwowana wstałam w miejsca i wyrzuciłam, długo skrywane pretensje.
- Pszepraszam, Laura. Nie chciałam was martwić na zapas.  Miałyście dość swoich problemów na głowie, nie chciałam jeszcze zaprzątać ich swoimi.
- Ugh... wiesz, że moje życie w Miami było nudne i jednostajne. Potrzebowałam rozrywki. Nowinek z wielkiego świata. - mruknęłam, patrząc nadal z wyrzutem na siostrę.
- Oj.... naprawdę pszepraszam. Już więcej żadnych tajemnic. Co wy na to? - wyciągnęła ręke na zgodę i uśmiechnęła się słodko.
- Niech ci będzie. - uścinęłam dłoń czarnowłosej.
- No to robimy kolację. - zmianiła temat. W ogóle się jej nie dziwiłam. Też bym nie chciała rozmawiać o dręczącej sprawie.
    Po pysznej kolacji, wykonanej przez nasze wspaniałe trio, udałam się do pokoju. Tam, leżąc, wyciągnęłam z pólki pamiętnik. Zapisałam w nim wszystkie rewelacje z dzisiejszego dnia, nie pomijajac drobnych szczegółów. Wreszcie skończyłam opisywanie i wskoczyłam pod prysznic. Potrzebowałam ożeźwienia mojej duszy. Ten dzień ją mocno pokaleczył, kolcami róż., ostrymi jak brzytwa.
    Po kąpieli wsunęłam się pod ciepłą kołdrę i zasnęłam kamiennym snem. Modliłam się, abym nie miała koszmarów, ze śmiercią i moją siostrą w roli głównej.

♪♪♪
Czeeeść kochani! 
Dodaję rozdział, choć właściwie nie mam weny, nie mam motywacji. Nikt, oprócz RAURY LAURY, której dedykuję ten rozdział i CRISTAL, której również daję dedykację, nie komentuje moich wypocin, od krórych strasznie boli mnie głowa... :( ....
KOMENTUJERZ=MOTYWUJESZ ♥♥♥
+
zasługujesz na dedyk!!!
♪♪♪

 P.S

Czytaj dalej, tylko jeśli cię interesuję!

Rozdział kolejny, pojawi się prawdopodobnie dopiero we wtorek, gdyż na dłuuuugi weekend wyjeżdżam do Sczecina, do rodziny.
A wy jakie macie plany? ♥



czwartek, 12 czerwca 2014

Rozdział 7

*1 lipca, 10:00, dom Vanessy*

Oczami Laury*
  

Leżałam w wygodnej pozycji na łóżku, oparta o poduszkę. Co parę minut spoglądałam przez okno. Świat wydawał mi się taki szary i ponury. Sama nie wiedziałam do końca dlaczego. Na zewnątrz 30 stopni, słońce, bezchmurne niebo, a ja jak to ja - użalam się nad sobą. Widzę świat tylko w ciemnych barwach i nie potrafię się z niczego cieszyć. Jestem pesymistką w każdym calu.
Pomyślałam jednak, że całego dnia nie przeleżę zamartwiając się, dlatego podnosząc  się spod mięciutkiej kołdry i poszłam do łazienki, wykonać poranne czynności. Po opuszczeniu pomieszczenia, podzeszłam do pianina. Musnęłam opuszkami palców klawisze i poczułam przyjemny dreszczyk na plecach. Chciałam zatrzymać to uczucie na dłużej. Podobało mi się. Znów byłam tylko ja i ona: muzyka. Jak dawniej siadałam i zaczynałam wystukiwać rytm melodii, noszonej w sercu. Teraz zapragnęłam to powtórzyć. Zwyczajnie usiadłam i z gardła wydobyłam głos:

W tym świecie ty próbowałeś
Nie zostawiać mnie samej
Nie ma innej drogi
Modliłam się do bogów pozwólcie mu zostać
Łagodność wspomnień, ból w środku
Teraz wiem dlaczego

Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
W momentach ciszy wyobrażają ciebie tutaj
Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
Twój cichy szept, ciche łzy

Obiecałeś mi, że spróbuję
Znaleźć moją drogę w tym życiu
Mam nadzieję, że jest droga,
Aby dać mi znak, że nic ci nie jest
Przypomina mi znowu, że to jest warte wszystkiego
Więc mogę to kontynuować

Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
W momentach ciszy wyobrażam sobię ciebie tutaj
Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
Twój cichy szept, ciche łzy

Razem w tych wszystkich wspomnieniach
Widzę twój uśmiech
Wszystkie te wspomnienia trzymam blisko
Kochanie, wiesz, że będę cię kochała
Do końca czasu


Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
W momentach ciszy wyobrażam sobię ciebie tutaj
Wszystkie moje wspomnienia trzymają cię w pobliżu
Twój cichy szept, ciche łzy

Wszystkie moje wspomnienia...








( Po angielsku ♥)



Not leaving me alone behind
There's no other way
I prayed to the gods let him stay
The memories ease the pain inside
Now I know why

All of my memories keep you near
In silent moments imagine you here
All of my memories keep you near
Your silent whispers, silent tears

Made me promise I'd try
To find my way back in this life
I hope there is a way
To give me a sign you're ok
Reminds me again it's worth it all
So I can go on

All of my memories keep you near
In silent moments imagine you here
All of my memories keep you near
Your silent whispers, silent tears

Together in all these memories
I see your smile
All the memories I hold dear
Darling, you know I will love you
Until the end of time

All of my memories keep you near
In silent moments imagine you here
All of my memories keep you near
Your silent whispers, silent tears

All of my memories.

 
Gdy skończyłam za sobą usłyszałam ciche brawa. Szybko się odwróciłam i jak oparzona odsunęłam się od instrumentu.

- To było... to było po prostu piękne. - wyznała Nessa, trzymajac się za pierś. W jej oku dostrzegłam kilka łez.
- Em... Dziękuję. - wyszeptałam, chowając głowę w poduszkę.
- Laura. Byłas świetna. Po raz pierwszy od naprawdę wielu lat zagrałaś, pokonałaś swój lęk i twoją blokadę. - wzruszyła się, łapiąc mnie za ramię.
- Niczego nie zrobiłam. Usiadłam i nie wiem jak to się stało, lecz... poczułam dziwną cheć wyrażenia tego co czuję.
- To mały krok ku wielkości. - pocieszała mnie. - Wiem, że teraz nie jesteś z siebie do końca dumna, ale zrobiłaś coś co ci pomoże oswoić się z muzyką... - nie dokończła, gdyż natychmiast jej przerwałam.
- Nie wypowiadaj przy mnie tego słowa. - zabroniłam. - Nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Zapomnij o moim występie.
- Ale...  przed chwila było inaczej. - załamała ręce.
- Okazałam słabość i się poddałam, lecz  to nie nigdy, przenigdy nie powórzy. A teraz wybacz, ale chcę zostać sama. - przeprosiłam siostrę i popchnęłam w stronę drzwi. Ta stojąc jak wryta, wpatrujac się w sufit i powoli wyszła. Odetchnęłam z ulgą i zsunęłam się na podłogę. Nie chciałam, a może nie potrafiłam się jej wytłumaczyć, bo właściwie sama nie wiedziałam co mnie opętało. Muyka, jakby mnie przywoływała, chciała bym była jej częscią, zapraszała mnie do swoich wrot. Odrzuciłam zaproszenie, z zimną krwią. Była moim wrogiem, choć wszyscy mi wmawiali, że to najlepsza przyjaciółka. Ja jednak wiedziałam swoje.
 Po obiedzie, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Siostry starałam się unikać jak ognia, zaś mama ciągle z nią siedziała, wypytując o pobyt w szpitalu. Przez poranne wydarzenie, zupełnie o niej zapomniałam. Jednakże nie miałam wyrzutów sumienia. Zasłużyła sobie, za podsłuchiwanie mnie. Ugh... zły nawyk, ciągnie się za nami przez całe życie. Wracając do mnie, musiałam się od oderwać od rzeczywistości. Nie mogłam cały czas myśleć o tym samym, bo mi mózg by wyparował. Miałam potrzebę, na krótki spacerek, najlepiej na plaży, wiec nie zastanawiając się ani chwili dłużej poszłam się przebrać w zwiewną sukienkę i strój kąpielowy. Nie chciałam inforomować o tym nikogo z domowników, dlatego przemknęłam przez korytarz na palcach i powędrowałam na moje wymarzone miejsce.
 Dotarłam po 30 miutach. Rozłożyłam ręcznik i wyciągnęłm z torebki krem do opalania. Z tyłu usłyszałam dźwięcny głos.
- Emm... Posmarowac panią?
- To zależy kim pan jest. - chłopak usiadł obok mnie na kocu. Było to ten sam bondyn, którego poznałam w sklepie.
- Riker? - ucieszyłam się.
- Tak, to ja we własnej osobie.
- Co ty tu robisz?
- Jestem na rodzinnym wypadzie. A ty?
- Chciałam pobyć sama.... - spuściłam wzrok, z jego świdrujących, brązowych oczu.
- Widzę, że się smutasz. Ale mam dobre lekarstwo. Ell, Rocky, chodźcie tutaj. - zawołał jakis chłopaków, grajacych w piłkę plażową.
- Jesteśmy! - przybiegli nieznajomi, niczym posłuszne psy.
- Mamy tutaj pannę do rozweselenia. - mrugnął do mnie.
- Ale ja wcale nie potrzebuję pocieszenia... - nie dokończyłam do jeden ze stojących  brunetów, porwał mnie pędząc w stronę wody.
Aaaaaaaa! Pomocy. - krzyczałam, gdy chłopak wrzucał mnie w otchłań morza. Ledwo co wydostałam się z niego, a  gdy tylko wyszłąm na ląd, mój wzrok padł na roześmianego Rikera.
- Zabiję cię! - wysyczałam, biegnąc na niego jak szalona.
- Ooooł... Robi się GOOORĄCO! - wykrzyczał zadowolony kumpel " topiciela". Natomiast przestraszony blondyn uciekał prosto do budki z hot-dogami.
Rydel, pomóz proszę! - rzucił z stronę ładnej dziewczyny. Ta, na nieszczęście chłopaka, nie kwapiła się do ratunku.
- Och... Laura! - krzyknęła w moją stronę. - Zostaw go. Bo jeszcze majtki zmoczy, a to już będzie kolejna para w tym miesiącu. Zostaną mu jedynie dwie. - zaśmiała się. Ja łapiąc się za bolący od śmiechu brzuch przystanęłam. - Ok, ok. Odpuszcze mu ten "wybryk". - zrobiłam cudzysłów w powietrzu i podeszłam do blondynki.
- Cześć, jestem Rydel. - przedstawiła się, podając mi dłoń.

- A ja Laura. - uścisnęłam jej rękę.

- Wiem. Mój braciszek dużo o tobie mówił. - wyznała, a ja mimowolnie się zarumieniłam.

- Heh. Ledwo go znam.

- No, ale to wystarczyło, by podbić jego serce. - w tym momencie nie wiedziałam, czy mówi praedę, czy blefuje.

- Wszyscy ci chłopacy to twoi bracia? - zmieniłam temat.

- Nie. Ell - wskazała na bruneta z grzywką, - to nasz przyjaciel. Moi bracia to: Rocky, Riker, Ryland - tu znów wskazała palcem na około 15 - letniego chłopca. I Ross.

- Nie widzę go. - zaczęłam się rozglądać.

- Wiesz... to typowy podrywacz. Raczej go nie polubisz.

- Niegdy nie wiadomo, ale rzeczywiście - takich typów nie lubię.

- Jakich? - zapytali prawie wszyscy wymienieni przez Rydel chłopacy, a my wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.

Spdziłam z rodzeństwem Lynch i Ratiffem bardzo przyjemne chwile. Wszyscy napawali się swoim towarzystwem i zapomnieli o Bożym świecie. W końcu jednak, uznałam, że czas się zbierać i po wzięciu od wszystkich przyajciół numerów, poszłam do domu. W drodze powrotnej, obserwowałam zachodzące słońce; mieszaninę palety barw. Od gasnącego purpuru do rażącej czerwieni.

Wchodząc na próg, usłyszałam podniesione głosy mamy i Nessy.

- Musisz powiedzieć Laurze. - naciskała mama.

- Nie. Nie, nie mogę. Poczekajmy aż przyjdą wyniki badań. Nie będziemy , jej obciążać, najprawdopodobnej fałszywymi informacjami.

- Ugh... Tak nie można. Ty też byś chciała wiedzieć na jej miejscu.

- Tak... racja. - łkała siostra, a ja coraz bardziej zaciekawiona, przysłuchiwałam się rozmowie, z większym wytężeniem. - Powiem jej. Będę dzielna.

- Będzie dobrze córciu, uwierz mi. Będzie ci łatwiej. - westchnęła mama. W końcu, nie wytrzymując napięcia wpadłam do domu, zastając zdziwione miny mamy i siostry.

- O co chodzi?! - spytałam. - Powie mi ktoś wreszcie? - mama spojrzała ukradkiem na Nesse, która choć starała się zachować emocję w środku, to wybuchnęła, drżącym tonem głosu.

- Mam białaczkę!

***
Czeeeeeść Kochani!!!

Co tam u Was? Z góry pszepraszam, że nie ma Ross'a, lecz niedługo będziecie meli go wręcz dosyć... :P
A na razie pojawiło się r5 w trochę..... zwariowanej roli, ale niedługo Laura przekona się, że ci pozornie beztroscy ludzie mają wiele problemów....♥ 
 A i chce pszeprosic, że dugo nie było rozdziału, gdyż miałam brak weny i brak chęci :((( .... Ale wszystko wraca powoli do normy ♥♥♥  Komentujcie, czytajcie i BAWCIE SI Ę! Kocham Waaas! ♥










wtorek, 3 czerwca 2014

Rozdział 6

W poprzednim rozdziale:

Rozmowa telefoniczna:
L: Halo, kto mówi?
P: Dzień Dobry. Czy to pani Ellen Marano?
L: Nie, jej córka Laura. A stało się coś?
P: Tak... na oddziale intensywnej terapi leży...
***
P:... pani Vanessa Marano.
L: Co?! Ale... jak to? Co z nią?
P: Proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze.
L: Niech mnie pani nie pociesza tylko lepiej mówi, gdzie jest ten przklęty szpital!
P: Szpiatal położony jest na ulicy Three Walls.
L: Zaraz tam będę.
Koniec rozmowy.

Gdy usłyszałam w słuchawce imię mojej siostry to... spanikowałam. Ręce mi  niebezpiecznie zadrżały a serce podskoczyło  aż do gardła. W głowie kotłowało się od natłoku pesymistycznych myśli. I pomyśleć, że niedawno byłam wściekła na Nesse, że ta nie raczy nawet się ze mną przywitać. Teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cała złość uleciała pozostawiając strach. Strach głównie o zagrożone życie ukochanej osoby. 
Długo nie mogłam otrząsnąć się szoku. Usiadłam na łóżku i wpatrzona w kremowy sufit kalkulowałam zdarzenia ostatnich paru dni. Przypomniała mi się rozmowa mamy z Vanessą na lotnisku. Wyrzuty o egoistyczność. I wreszcie, dzisiejszy telefon wytrącający mnie z równowagi. Wszystko to, związane było z moją siostrą, która w tej chwili zapewne leży na szpitalnym łożu, przykryta białą pościelą, niczym śmiercionośną chustą. Potrząsnęłam niedowierzająco głową. To było wręcz niemożliwe, aby zdrowa jak ryba osoba znalazła się nagle pod skrzydłąmi aniołów, wzywających na ucztę ku wieczoności. Z trudem podniosłam się i zawołałąm mamę.
- Co się stało córciu? - spytała uśmechając się od ucha do ucha. 
- Vanessa... Jest w szpitalu. - wykrztusiłam. Nagle uśmiech mamy zbladł i zastąpiła go posępna mina.
- Co? Skąd wiesz? Mam nadzieję, że nie żartujesz. To są bardzo poważne sprawy i... - przrwałam jej monolog. 
- Nie żarowałabym nigdy. Przed chwilą zadzownił telofon, który odebrałam i powiadomił mnie o wszystkim.
- To niemożliwe. Jak to się stało?
-Nie mam zielonego pojęcia. Jestem tak samo wstrząśnęta jak ty. - rzekłam z niemrawą miną.
- Gdzie ten szpital? - krzyknęła, budząc przy tym małą Clarie
- Mogłybyście ciszej? Próbuje spać! - powiedziała ledwo dosłyszalnym tonem.
- Idź spać. - odparłam i biorąc ją na ręcę zanosłam do pokoju. Gdy wróciłam, mamy już nie było. Stała na dole, gotowa na "wycieczkę" do szpitala. Zeszłam tam również i cicho westchnęłam.
- Szpital jest na ulicy Three Walls.
- Jedźmy tam jak njaszybciej! - załapała mnie za dłoń i  razem  wyszłismy na zewnątrz. Tam, w ciemności dostrzegłąm śwatła. Prowadzona przez rodziecielkę weszłam do tejemniczego busa, prawdopodobnie wynajętego przez rodziecielkę. 
- Niech pan nas zawiezie do szpitala na tej ulicy. - podała mężczyźnie karteczkę z nazwą ulicy.
- Będziemy tam za kilka minut. - uspokoił kierowca. Rzeczywiście, mówił prawdę. Już po 5 minutach ujrzelismy mury budynku. W szybkim tempie wydostalismy się z transportu i wpadliśmy do szpitala, powodując zdziwenie na twarzy młodej recepcionistki.

- Pszepraszam, szukamy Vanessy Marano.
- A, tak. Przywieziona ją niedawno. Znajduje się na sali 207.
- Dziękujemy za pomoc. - powiedziałyśmy jednocześnie i pobiegłyśmy pod dany numer. 
Tam, spodziewaliśmy się zobaczyć prawie umierającą Nesse, lecz zamiast tego naszym oczom ukazała się ładna dziewczyna w krótkiej, neonowej sukience i z promiennym uśmiechem na twarzy.
-  Boże dziecko! Co się stało? - spytała nadal zdenerwowana mama, a ja stojąc w tyłu nie mogłam ukryć śmiechu.
- Nic takiego. Przyjechałam na badanie kontrolne.
- Ale... miałaś być poważnie chora?! 
- Jak to..? Już chcieliście się mnie pozbyć? On nie, nie ma tak łatwo. - zarechotała lekko zdziwiona naszymi odwiedzinami.
- Pielęgniarka mówiła nam, że trafiłaś na intensywną terapię! - wykrzyknęła rodzicielka, nie roumiejąc z tego kompletnie nic.
- To zostałaś źle poinformowana. - pokręciła głową siostra. - Chyba się komuś coś pomyliło.
- Uff... - westchnęła cicho Ellen, siadając na krześle przy łożku.
- Widzę, że się o mnie martwiłaś... ; poprawka: martwiłyście. - wyznała z rozbrajającą szczerością, gdy ujrzała mnie stojącą na progu pomieszczenia. 
- Ooo tak. Mama to na miejscu nie mogła usiedzieć - tak się przejęła marnotrawną córką.
- Jaką " marnotrawną" łobuzie?
- Ups... tak mi się wymsknęło. - zasłoniłam usta ręką, udając speszoną.
- Oj nie udawaj. Kto jak kto, ale ja znam cię tak dobrze, że wiem kiedy kłamiesz, a kiedy mówisz prawdę.
- No pewnie. - prychnęłam. - Sugerujesz, że nie umiem  blefować? - zapytałąm.
- Nie, nie umiesz. No ale nie dąsaj sie już tak, tylko chodź się przytul. - z radością wykonałam prośbę Vanessy, tonąc w jej objęciach. Po chwili dołączyła do nas również mama. 
- Tak się cieszę, że wreszcie jesteśmy razem. - wyznałam.
- Ja też. Czekałam na tą chwilę dobrych pare lat. - odrzekła Nessa, przyciskając nas jeszcze mocniej do piersi. Trwałyśmy w tym uścisku dobrych kilka minut, gdy nagle przyszedł mężczyzna w bialym kaftanie i przerwał "sielankę" . 
- Pszepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym porozmawiać z moją pacjentką. - odkaszlnął. 
- Nie widzę powodu, by cokolwiek przed nami ukrywać. Jestem jej matką. - powiedziała z dumą, unosząc podbródek jak najwyżej się da.
- Tak. W to nie wątpię, lecz to dorosła kobieta i sama o tym zdecyduję. Wyjdźcie.  - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu. Pociągnęłam mamę za rękaw swetra i wyszłyśmy z sali. Lekarza spędził w sali prawie pół godziny. Po czym przemknął obok nas niezauważalnie. Zaraz po nim wyszła Vanessa. Jej twarz pobladła i teraz przypominała trupa. Jednak, gdy zobaczyła nas wymusiła uśmiech i zapewniła:
- Nic mi nie jest. Muszę trochę tu jeszcze posiedzieć, ale wy jedźcie. 
- Nie zostawimy cię. - powiedziałam twardo.
- Ale to naprawdę nic takiego. - była bliska łez. - Po prostu muszę powtórzyc badania, gdyż poprzednie się nie udały.  
- To co. Nie zaszkodzi posiedzieć. Tu jest bardzo przyjemnie. Mogę iść wypić kawę z automatu lub kupić drożdżówkę w sklepiku na drugim piętrze. 
- Widzę, że jesteście zmęczone. Błagam. Niedługo wrócę. 
- Ugh... Skoro nalegasz. Wezmę mamę i pojade. 
- Dzięki Laura. - złapała mnie za ramię, a ja dostrzegłam, że na jej twarzy zagościł uśmiech. Odwzajemniłam go. 
- No cóż. Teraz muszę już lecieć. Doktor Blarkson będzie się niecierpliwił. Straszny z niego sknera. - ogłosiła i poszła prosto korytarzem. Śledizłam ją aż nie zniknęła za wykonanymi z kory brzozy drzwiami. 
- Mamuś. - potrząsnęłam jej ciałem. - Wstawaj. Już jedziemy.
- Emm... - przebudziła się. - A gdzie Vanessa? 
- Musi powtórzyć badania.
- To poczekamy.
- Kazała tego nie robić. Na kolanach się czołgała, aby mnie do tego przekonać.
- Widocznie chce się nas pozbyć. W takim razie jesteśmy zmuszone uciekać.
- Tak. Ten BIGtaxi jeszcze czeka?
- Tak, tak. Chodźmy. - pobiegła na parter i wpadła jak strzała do busa. Zabawne. Jeszcze dwie godziny temu tak samo pędziliśmy do środka, do mojej ukochanej siosrzyczki z obawą, że jest poważnie chora. Pomyliliśmy się. Nawet bardzo. Ona przyjechała tu, na jakieś nic nie znaczące badania. Ale w takim razie dlaczego ktos nas o tym powiadomił? Żary sobie robiono? Nie należało się dziwić. Teraz taki świat. Wszędzie czai sie zło. Najbardziej to widac właśnie w L.E. Jak np. tan chłopak, który zawiózł mnie do lasu w niewiadomo jakich celach. Raczej nie najlpszych. Domyśliłam się z kontekstu. mina jego mówiłam w prost: " Jestem zboczeńcem" . Nie chciałam już więcej o tym myśleć, dlatego dając upóst mojej wyobraźni, zamknęłam oczy i odpłynęłam wartkim potokiem snów.

***
Witajcie Pyśeee !!! ♥
Co tam u Was? Jest mi trochę przykro ze względu na tak małą ilość komentarzy. Możecie komentować nawet z ANONIMA. Wszystko mi jedno, lecz każdy taki komentarz daje mi wspaniałą motywację do działania i pisania rodziału. Mam OGROMNĄ NADZIEJĘ NA WASZE KOMENTARZE !!! 

A jęsli dobrze będziecie się sprawować dam Wam małą niespodziankę !!! :D
 ♥ ♥ ♥