piątek, 6 lutego 2015

Rozdział 20

*Narrator*

Brunetka, wykończona płaczem, szybko zasnęła, w ramionach blondyna. Ten, nie chcąc jej obudzić, delikatnie położył jej głowę na poduszce i przykrył kocem. Sam, po dość dużej dawce wypitego alkoholu, miał ochotę udać się do pokoju i odpłynąć. Jednak, nie potrafił tego zrobić. Być może dlatego, że wino dało mu niesamowity zastrzyk energii, albo przejął się sytuacją Laury. Otworzyła się przed nim, jak przed najlepszym przyjacielem. Ok, może niekoniecznie świadomie, lecz poczuł, że ich znajomość wkracza na pozytywne tory. Jej problemy, w jakiś sposób miały dla niego znaczenie. Tak naprawdę, skrywał swoje prawdziwe oblicze pod maską uroczego, acz złego bad boya. Po co angażować się w poważny związek, jak codziennie można mieć inna pannę? Po co pomagać innym jak wystarczy czerpać przyjemność z nękania i poniżania słabszych? Rodzina nadal myślała, że jest sobą - tym kimś, kto miał duszę artysty i był wrażliwy na udręki jakichkolwiek ludzi. Zmienił się. Od tamtego wydarzenia minął już szmat czasu, lecz jego serce co dnia krwawiło tak samo. Kierował się taką zasadą: "Jeśli ja nie mam prawa do szczęścia, to żadne obcy nie będzie mieć". Egoistyczne? Dziecinne? Durne? Oczywiście, pod każdym względem. Niestety, tak w życiu bywa - los zabiera nam to co kochamy najbardziej, a tracąc to, pozbywamy się także swojej duszy, dobrego wcielenia.

*Godzinę później*

Riker, nie chciał wracać do pustego domu. Problem w tym, że nie mógł pójść gdzie indziej. Próbował skontaktować się z Laurą, jednak ta nie odbierała jego telefonów. Zrezygnowany oparł się o jeden z słupów, starając się zachować w miarę normalny wyraz twarzy. Nadal nie mógł się pozbierać po spotkaniu z Vanessą. Wielokrotnie o niej myślał, pojawiała się nawet w jego snach. Ale zawsze jako roześmiana, wesoła idealistka, która brała od życia pełnymi garściami. Nie mógł uwierzyć, że teraz jest zgorzkniałą wiedźmą. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że ją zranił i to głęboko. Nic nie usprawiedliwiało jego czynów z przeszłości. Nic ani nikt. Mimo tego pragnął, aby była taka jak dawniej, Miał okropne wyrzuty sumienia. Jego serce podpowiadało mu, że to głównie jego wina. Gwałtowna zmiana brunetki , jej zachowania i stosunku do innych. Czuł się jak idiota. Ostatni drań. Ona właśnie go za takiego miała. Bolało cholernie. Przez jego lekkomyślność wiele wycierpiała. Chciał jej powiedzieć, że przeprasza, żałuje, wraca wspomnieniami, lecz nie mógł. Nienawidziła go. Zaraz potem oślepiło go uderzające podobieństwo. Pacnał się w czoło. Lau, była jakby kopią swojej siostry z przeszłości. Posiadała wszystkie te cechy, które kiedyś tak bardzo imponowały mu w starszej Marano. Dotarło do niego, że nie może być bezczynny. Nessie pozwolił odejść, ale jej nie tego nie zrobi. O nie! Zacisnął dłonie w pięść i z impetem ruszył przed siebie. Był gotów rzucić się na każdego, kto tylko mu przeszkodzi w zdobyciu serca ślicznej szatynki.

*Oczami Laury*

Lenistwo całkowicie mnie ogarnęło, pozbawiło tej adrenaliny, którą nosiłam w sobie, gdy tu przyszłam. Teraz miałam ochotę po raz kolejny zwinąć się w kłębek i zasnąć. Niestety... nie byłam przecież u siebie, tylko w domu kogoś, kto może mnie w każdej chwili zgwałcić. Na samą myśl, otrząsnęłam się i zamaszystym ruchem zrzuciłam z siebie okrycie. Po cichu wstałam i przeciągnęłam się jak kot. Z kuchni usłyszałam ciche brzdąkanie gitary, a gdy podeszłam trochę bliżej - również słowa piosenki, które dobrze znałam. Wiem, że powinnam zwyczajnie do niego pójść, ale nie potrafiłam oprzeć się świadomości, że to coś osobistego. Coś, czego nie mogłam przerwać. Jakby proces twórczy czy coś w tym stylu.
- Skoro już mnie słyszałaś, a ja ciebie zauważyłem to może  nie warto się ukrywać, co mała? - uśmiechnął się zadziornie, ukazując szereg białych ząbków. Westchnęłam i nie patrząc na niego usiadłam przy stole.
- Nie mów od mnie mała - wycedziłam, czując napływająca w moje żyły krew.
- Co jest? - spytał z udawaną powagą.
- Nic. Zresztą... co cię to obchodzi?! - znowu zachciało mi się krzyczeć.
- Jeszcze niedawno byłaś całkiem słodka - mruknął, licząc, że tego nie usłyszę.
- A ty całkiem NIE zboczony. - skwitowałam,
- Aha. I nie przeszkadzało ci to, gdy tuliłaś się do mnie jak napalona.
- Kierowały mną emocje debilu! Ale z tego co widzę, ty zawsze taki byłeś. Hamowaty i śliniący się na widok każdej laski. - prychnęłam. Miałam gdzieś jego dziwne spojrzenie, które teraz we mnie wlepiał. Odsunęłam się krok dalej, i wpadłam na szafkę. Oparłam się o nią i skrzyżowałam ręce na piersiach. Kątem oka, dostrzegłam, że Rossa zmierza w moją stronę. Nic sobie z tego nie robiłam, do czasu, gdy dzielił nas zaledwie centymetrowy dystans. Pomieszczenie było sporawe, ale czy miałam gdzie uciec? I czy w ogóle tego chciałam? Za te słowa, wyrzucałam sobie w myślach, jaka to ze mnie idiotka.
- Czemu uważasz, że myślę tylko o seksie?! - wyszeptał mi na ucho. Na plecach poczułam dreszcz. - Nie zauważyłaś, że zazwyczaj kiedy między nami do czegoś dochodziło, to nie byłaś przeciwna?
O cholerka... miał racje. Nigdy nie odepchnęłam go. Ale czy byłam gotowa to zrobić po pijaku! Nie sądzę.
- Słuchaj Ross - rzekłam stanowczo. - Mam dość problemów na głowie, żeby jeszcze zamartwiać się tobą. Przykro mi, ale nie będę z tobą dyskutowała na temat współżycia.
- To nie dyskutujmy o tym! Od razu przejdźmy do sedna - uniósł ręce do góry, chcąc zdjąć koszulkę. Przymknęłam powieki. Jego zachowanie było... nieobliczalne.
- Lynch - syknęłam. - Nie rozumiem cię. Już mnie prawie przeleciałeś. Nie wystarczy?
- Nie mała. "Prawie" robi wielką różnicę!
- Okey. W takim razie - jestem twoja - poddałam się. Oczywiście, w głowie miałam wykluty plan. Nigdy nie straciłabym dziewictwa z pustym debilem.
- Hm.. to mi się podoba - oblizał usta z podniecenia, a potem brutalnie zerwał ze mnie koszulkę, zdecydowanymi ruchami dotykając moich piersi. Miałam ochotę zwymiotować. Rzucić się na niego i z całej siły okładać pięściami. Lecz wtedy mój pomysł nie został by wcielony w życie. Dlatego też zaczęłam współpracować z chłopakiem. Pocałowałam go delikatnie w szyję. Pachniał dziwnie.. męsko?! Zaciągnęłam się zapachem i jęknęłam. Czy on mi właśnie włożył palec do tyłka? A mi się to spodobało. Muszę coś z tym zrobić! Na moje szczęście jednak ktoś wszedł do domu. Ross jednak nie wyglądał. jakby się tym przejmował. Co on wyprawia?! Działałam w stresie. Osoba, która pojawiła się w mieszkaniu, za minutkę znajdzie mnie i JEGO w dwuznacznej sytuacji. Zrobiło mi się gorąco. Chciałam odepchnąć od siebie ciało brązowookiego i przywalić mu z całej siły z liścia, ale nie zdążyłam. Ktoś mi przeszkodził. Natychmiastowo odwróciłam się o 180 stopni, Za mną, ze łzami w oczach stał Riker. Patrzył to na mnie, to na swojego brata, nie dowierzając w to co zobaczył. Stałam tak w osłupieniu, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa. Było mi okropnie wstyd.
- Lau? Czy ty z nim... - przełknął głośno ślinę, jakby ostatnie, acz kluczowe słowo nie mogło przejść mu przez gardło - Spałaś?
- Nie... - pokręciłam przecząco głową. W głowie kotłowało mi się wiele myśli. Co miałam na swoje usprawiedliwienie? Żadnych sensownych argumentów. - A tak w ogóle, to co cię to obchodzi, co? Masz własne kłopoty i nimi się zajmuj! Nie mam zamiaru przez całe życie brać na siebie całej winy i tłumaczyć się z każdej głupoty, która zrobiłam choćby niechcący. Mam tego kuźwa dosyć. - wybuchłam. Czułam, że tego potrzebowałam. Inaczej mój łeb by eksplodował od nadmiaru wrażeń ostatnich dni. Mimo tego, to i tak nie był koniec. Czekało mnie jeszcze wiele porażek i uniesień emocjonalnych. Westchnęłam, kątem oka spoglądając na zaskoczonych blondynów. Z podłogi podniosłam bluzkę i zwyczajnie wyszłam z tego lokum. Bez pośpiechu, po drodze wdziewając ubranie. Miałam nadzieję, że dobrze postąpiłam. Opieprzyłam Rikera - i jest mi z tym wspaniale!

***
No cześć... 
Nie chcę się wypowiadać na temat rozdziału. Nie umiem ocenić tego, co spieprzyłam. I dobrze mi z tym. 
Pozdrawiam wasza na zawsze ♥

czwartek, 1 stycznia 2015

Rozdział 19

....Vanessą! Blondyn, z wrażneia upuścił bukiet kwatów, który sturlał sie po schodkach.
- Co ty tu robisz? - natychmiast się wyprosotwał i zamknął usta.
- Mieszkam... A ty? - uniosła jedną brew z lekkim niedowierzaniem.
- Chyba pomyliłem adresy.... - przyłożył dłoń do zimnych ust i wycofał się ciut dalej pozwalając przejść dziewczynie. Ta, z impetem trzasnęłą drzwaimi, stając oko w oko w Rikerem.
- Kogo szukasz? - zapytała.
- Laury.... - wzruszyła ramionami. - Pewnie nie znasz.
- To moja siostra idioto! - pacnęła go w głowę podenerwowana. Ten, odskoczył jak oparzony.
- Żartujesz sobie ze mnie? Powiedz, że tak! - wykrzyknął.
- Nie! Rozczaruje cię, ale to prawda. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. - pogroziła palcem i weszła do środka, zostawiając chłopaka w osłupieniu. Nastolatek, nie mając co ze sobą począć, podreptał z powrotem do parku. Tam, zrezygnowany usiadł na drewnianej ławce i zatopił się własnych myślach. Teraz głupie wydawało mu się to, że nie zauważył, że Laura to siostra Nessy. Gdyby tylko wiedział, to... nigdy nie pakowałby się w takie bagno. Ale zależało mu na brunetce. Nic nie umiał poradzić na swoją fascynację.

*Oczami Laury*

Po męczących zakupach z Van, odpoczywałam. Leżałam na łóżku, zapominając o całym świecie. Starałam się, nie zadreczać sie problemami. Niestety, przypominał mi o nich dzwoniacy w kółko telefon. Zdenerowowana po kilku ninutach odebrałam. Dzwonił jakiś nieznany numer. Mimo chwilowego namysły, odebrałam. Pewnie znowu jakaś chora propozycja pożyczki w banku. Zdziwiłam się jednak, gdy w słuchawce usłyszałam dziwny głos... 


Anonim: Zabiję cię suko, rozumiesz?! A potem poćwiartuję, ukatrupię i nie wiadomo co jeszcze. 
Laura: Pszepraszam, ale chyba pani pomyliła numery...
A: Nie! Uwierz mi, lepiej miej się na baczności. Obserwuję cię! 
  
Chciałam jeszcze coś dodać, ale usłyszałam głośne "bip". To był dziwny telefon. O co mogło chodzić? Zapewne babsztyl pomylił numery. Ugh...  kolejna rzecz która wytrąca mnie z równowagi w tym mieście. Czy tak od teraz będzie wyglądało moje życie? Pełne dziwnych i niekoniecznie fajnych niespodzianek? Miałam dosyć... Wiem, że wyłamywałam się wcześnie, ale co poradzić? Nie pasuje do tego otoczenia.
- Laura, musimy porozmawiać - z dołu dobiegł mnie stanowczy głos mojej siostry. Z wielką niechęcią, wstałam i zeszłam po schodach. Tam, na stole, czerwona jak burak, siedziała właśnie Van.
- Coś się stało.. - nie dokończyłam, bo czarnowłosa, gwałtownie mi przerwała.
- Tak i to dużo! - uniosła ręce ku górze, prosząc niebiosa o łaskę. - Romansów ci się zachciało, tak?! Przyjeżdżamy do nowego miasta, a ty od razy na podryw, hę? Nie spotkasz się z nim więcej, zrozumiano? - krzyczała, jak opętana. Odsunęłam się od niej, na kilka metrów, bojąc się, że zaraz puszcza jej nerwy i rzuci się na mnie.
- O co ci do jasnej cholery chodzi?
- Ty już dobrze wiesz. I zapamiętaj, jeśli jeszcze raz się z nim spotkasz - gorzko pożałujesz. - wycedziła przez zęby i pobiegła do swojego królestwa. Ja, natomiast, usadowiłam się na krześle, nie potrafiąc się otrząsnąć po zaskakującym ataku. O kogo jej chodziło? O Chrisa? Przecież ona nic o nim nie wiedziała. Och... i znowu, czuję się wszystkiemu winna. Dlaczego? To jej sprawa. Będę robić co chcę... - pomyślałam i po chwili wybuchnęłam głośnym płaczem. Łzy, ciekły mi strumieniami, lecz nie robiłam nic, by je zatamować. Nie zważałam, na to, że makijaż mi się rozmazał i wyglądam jak potwór. Czy w ogóle JA jeszcze dla kogoś byłam kimś? W akcie desperacji, zadzwoniłam do Chrisa. On jedyny będzie wiedział, jak mnie pocieszyć.

Ja: Cześć kochanie... mógłbyś do mnie przyjść? Potrzebuję cię..
Ch: Ee... wiesz, nie mam pojęcia kim jesteś, ale Chris, jest w tej chwili ze mną. Na randce, tyle że wyszedł do ubikacji. A coś mu przekazać? 
Ja: Nie... 
Ch: Ty jesteś Lau, jego kuzynka, nie? 
KONIEC ROZMOWY.

O co tu chodziło? Kuzynka? Co ona pieprzyła? Ja się chyba dzisiaj wykończę! - krzyknęłam i wybiegłam na ulicę. Nic mnie już nie obchodziło. Biegłam przed siebie, mimo tego, że mgła przysłaniała mi widoczność. W pewnej chwili na kogoś wpadłam. Wybąknęłam ciche "przepraszam' i chciałam znów rzucić się pędem przed siebie, ale czyjeś silne ramiona mi na to nie pozwoliły.
- Wszystko w porządku? - spojrzałam na chłopaka, który wypowiedział te słowa. Był to ROSS. Już koniec ze mną.
- A co cię to obchodzi? - łkałam. - Masz innych w dupie i żyjesz jak pączek w maśle. Co o mnie możesz wiedzieć?
- Uspokój się - przysunął się do mnie i spojrzał prosto w oczy. - Powiedz co się stało.
- Nie będę ci się zwierzać. - tupnęłam noga ze złości.
- Myślisz, że puszczę cię samą w tym stanie gdziekolwiek? To się grubo mylisz. - pokręcił głową, złapał mnie w talii i ułożył sobie na ramieniu. Na początku, kopałam, go gryzłam i wrzeszczałam jak dzika, ale uznałam, że to się na nic nie zda. Był potężniejszy. Teraz byłam jego marionetką.
- Okey, jesteśmy u mnie, Tylko zdejmij buty, bo Ryd posprzątała i znowu będzie hałas.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spytałam, posłusznie rozwiązując obuwie.
- Bo jestem baaaaardzo miły - rzucił sarkastycznie, wpuszczając mnie do salonu. Mimo woli, uśmiechnęłam się.
- I od razu jesteś ładniejsza - zaśmiał się po nosem. Dałam mu kuksańca w bok i pogroziłam palcem. Z dziwnym uczuciem, stwierdziłam, że zrobiłam to tak jakoś... przyjacielsko. Nie z wrogim odniesieniem.
- Napijesz się czegoś?
- Wina. - westchnęłam. Po dzisiejszych przygodach, przyda mi się łyk czegoś mocniejszego.
- Wow... grzeczna Marano, zmienia się w niegrzeczną kotkę, co?
- Nie, po prostu.. mam dzień.. - powiedziałam wymijająco.
- Nie chcesz, to nie mów.
- Dziwne, że nie naciskasz - myślałam na głos.
- Hm... powiedzmy, że dzisiaj mam dobry dzień - odparł, naśladując mnie. Po raz kolejny tego wieczoru udało mu się mnie rozbawić. Brawo Lynch.
- Ok... będę w salonie. Sam doniesiesz wszystko? - uniosłam brew do góry.
- A czy mam dłuuuugiego kolegę? - po tym stwierdzeniu, wybuchnęłam gromkim śmiechem.
- Oj Marano, Marano... huśtawka nastrojów się kłania - westchnął i złapał w jedną rękę dwa kieliszki, a w drugą pełną butelkę czerwonego, markowego wina. Złapałam się pod boki, przeklinając swoją głupotę i podreptałam do eleganckiego pokoju. Z ulgą rozsiadłam się na kanapie i przyłożyłam twarz do poduszki. Byłam wykończona.
- Pewnie, czuj się jak u siebie - zachichotał i usiadł obok mnie. Wzięłam jedną lampkę wina i... ja ręką odjął. Poczułam, jak rosnące ciepło, rozchodzi się po całym moim ciele.
- I co.. smakuje? - mrugnął, z tym dziwnym błyskiem w czekoladowych oczach. Zaczęłam mu się przyglądać. Dotarło do mnie, że jest nie tylko oszołamiająco arogancki i wkurzający, ale też przystojny. - Słyszysz?
- Ee... tak - speszyłam się. - Jest pyszne.
- Cieszę się. - znów to samo. Ten dziwny błysk...
- Ross, przestań! - wykrzyknęłam, wiedząc co planuje.
- Ale o co ci chodzi? - przybliżył się do mnie, ukazując szereg białych ząbków.
- Znowu to robisz! Skończ z tym, bo i tak nic nie wskórasz. - pokazałam mu język.
- Nic nie robię.. ale ty chyba tak... - usiadł blisko mnie. Stanowczo, za blisko. Nasze nogi się stykały. Wtedy, wytknął swój  niebywale długi jęzor i pomachał mi nim nad twarzą.
- Jesteś obleśny... - wykrzywiłam twarz z obrzydzenia.
- Nie, to nie. - warknął - A co powiesz, na to, żebyśmy zakończyli ten swój konflikt i... zakumplowali się? Oczywiście nie mówię o przyjaźni, bo jesteś trochę... - podrapał się ręką po plecach, odwracajac twarz.
- Sugerujesz coś? Wiesz... nie obchodzi mnie, to bo nie będę się przyjaźnić z kimś kto jest hamskim idiotą! - prychnęłam.
- WTF? A ty jesteś zołzą. Myślisz, że jesteś najlepsza i ciągle się nad soba użalasz.
- Nieprawda! - uderzył w mój czuły punkt. Poczułam, jak oczy mi się szklą. NIE, NIE, NIE! Nie mogę mu pokazać, że ma rację. - Ty nic nie wiesz...
- Czyżby?
- Zostaw mnie! - odepchnęłam go i... ręką otarłam łzy, które wydostały się na zewnątrz.
- Ej... dobra, ale nie płacz. Przepraszam, nie chciałem cię urazić. - wyznał ze skruchą.
- Za późno. - po raz kolejny dałam upust łzom. Moje ciało, całe się trzęsło, potrzebowałam bliskości.
- Mała, no! Przestań natychmiast. - podniósł głos i objął mnie. Potem, bez namysłu, przytuliłam się do jego klatki piersiowej, wypluwając wszystko co mi leży na sercu, niczym armata. On milczał, głaskając mnie delikatnie po plecach.

***
TAM, TAM, TAM! 
Napisałam rozdział... rozumiecie?! Wzięłam się w garść i to zrobiłam.. nie wiem, czy ktoś tu jeszcze jest, czy nie... ale dostałam tymczasową wenę i ją wykorzystałam. Pragnę Was powiadomić o moim najnowszym blogu:
http://girl-and-bad-boy-raura.blogspot.com/ 
Zależy mi na waszych komentarzach... one bardzo motywują! 
Do zobaczenia kochani ♥



środa, 5 listopada 2014

NOWY BLOG!!!

Heeej... zapraszam na mojego nowego bloga: http://sercemojetozmartwnieniemoje.blogspot.com/ 
P.S Dowiecie się już wkrótce, o czym będzie... ;) Jak sądzicie? xD

poniedziałek, 3 listopada 2014

Wszystko po kolei... WIADOMOŚĆ!!!!!!

Heej... a wiec tak:
1. Nie było 10 komów pod rozdziałem...wiecie co to oznacza(2)
2. Zawieszam ;c
3. Kocham Was i nie zrezygnuję z pisania za NIC w świecie!
4. Przerwa na czas nieokreślony!!!

Zastanawiacie się pewnie dlaczego z tak błachego powodu, postanowiłam odejść... Otóż mam dość! Czego? Tego, że ja kilka dni nawet poszukuję odpowidnich słów, aby wyrazić rozdizał jak najpełniej, a Wy... dajcie mi kilka opini! wiem, one się dla mnie bardzo licza, ale gdy widzę jak inne blogerki mają po 30 kom czy wiecej to... mnie krew zalewa normalnie! Zrozumcie, że nie mam takieeego talentu, żeby pisać mega dłudie rozdziały i piękne, ale staram się. NAPRAWDĘ -,-... Ale wy tego nie widzcie...! A mi się płakać chcę. Mimo tego ogromniemnie pociszają komy typu: Boski rozdział :8 Przepraszam, że wcześniej nie skomentowałam, ale no cóż gapa jestem :P TYLKO GO ZAWIEŚ TO POPAMIĘTASZ!!!!!!!!!! Tu cytowałam moją Tin <3. 
Zrozumcie, że dla Was to tylko minuta, a dla mnie żeby napisać coś to dwie godziny! 
ZAWIESZAM TEGO BLOGA! Nie wiem czy wgl wrócę, ale zachowam go dla przyszłych pokoleń xD. Zakladam drugi.... czy o Raurze? Hm... powiadomie Was jak już założę. Na razie sie zastanwiam. Jeśli tak, to czy ktoś miałby ochotę prowadzić go ze mną? WAŻNE! Jeśli tak, to napisać do mnie na ares e-mail: kaska06041974@wp.pl

Nie bać się! Nie gryzę! :D Mam nadzieję, że ktoś będzie chętny...!!!

Na razie to tyle... Pozdrawaiam kochani! I.... pszpraszma tych, co czytali bloga :(

niedziela, 12 października 2014

Rozdział 18

*Oczami Laury*

Dzisiaj, wraz z Nessą miałyśmy iść na babskie zakupy. Cieszyłam się, że spędzimy trochę czasu razem. Odkąd tu jestem, ani razu nawet sensownie nie pogadałyśmy. Brakowało mi jej. W Miami, ciągle siedziałyśmy w naszej kryjówce i plotkowałyśmy jaki jest najprzystojniejszy chłopak w szkole. Niestety, gdy wyjechała nasze realcje popsuły się. Już nie jesteśmy nierozłączne. Co najwyżej stwarzamy takie pozory.
- Hej siostra! Gotowa na wyjście? - do mojego pokoju wparowała Nessa jak zawsze z głupawym uśmieszkiem  na twarzy.
- Zaraz, zaraz. Musze się ubrać! - krzyknęłam i wygoniłam ją za drzwi, po czym raz dwa wskoczyłam w to:
Zrobiłam delikatny makijaż, poprawiłam włosy i z zadowoleniem stwierdziłam, że wyglądam dość ładnie. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia, poprawaiając bluzkę i ruszyłam na dół niczym żołnierz idący na wojnę.
- Ok, możemy już iść! - oznajmiłam weoło, krzątając się po kuchni.
- Gdzie? - zagadnęła Ketie.
- Idę z Van do galerii. - Lecisz z nami?
- Nieee. Nie mam ochoty. - wzruszyła ramionami, wracajac do czytania czasopisma.
- Twoja strata - mruknęłam, wychodząc z domu. Jak się okazało czarnowłosa, d kilku minut stała przy aucie.
- Ugh... a ja cie szukałam - rzekłam z wyrzutem.
- Hah...trzeba było mnie nie wyganiać, to byś usłyszała jak cię informowałam - poweidziała i pokazał mi język.   Pokiwałam z niedowierzaniem głową, myślać sobie, że w ciele mojej siostry ukryła się mała dziewczynka.
Całą drogę, nie odzywałyśmy się. Napawałyśmy się ciszą, szumem fali i śpiewem ptaków. Nigdy bym nie powiedziała, że w towarzystwie milczenie moze być naprawdę przyjemne. Aż do dzisiejszego dnia, w którym miało się zdarzyć wiele cudów...
Wreszcie, po pół godzinie bezczynności, wyszłam z samochodu prostując kości. Moim oczom, ukazał się ogromny budynek w kstałcie kopuły. Posłałam zdziwione spojrzenie Vanessie. Ona tylko pociągnęła mnie za rękę i weszła do pierwszego lepszego sklepu z butami. Musiałam przyznać, że miała dobry gust. Od razu wpdały mi w oko krótkie botki z ćwiekami. Podeszłam do sprzedawczyni i zapytałam o cenę. Wydała mi się katastrofalnie duża, więc poszłam je odłożyć, jednak Nessa powstrzymała mnie. Zdjęła swoje czarne ray bany i  bujajac sie w rytm dobiegającej z radia muzyki położyła około 200$ na ladzie. Rozweselona blondynka, włożyła je do sejfu podajac nam torbę z logo sklepu. Zadowolone, skierowałyśmy się do wystawy damskich ubrań.

*Oczami Ketie*

Jak tylko dziewczyny opuściły dom, szybko pobiegłam się przebrać w elegantsze ciuchy. Miałam zamiar poznać kogoś fajnego. Właściwie, to już zaznajomiłam się z nim przez internet. Był przystojnym brunetem, o brązowych oczach. Zaimponował mi swoją otwartością i poczuciem humoru. Jesteście ciekawi, dlaczego ukrywam to przed Laurą? Ona ma specyficzne podejście do osób poznanych przez portale społecznościowe. Możan powiedzieć, że im nie wierzy. 
Ale teraz nie było jej głupiego gadania, żadnych rad. Tylko moja decyzja, którą od razu podjęłam. Nie zastanawaiając się dłużej, przbrałam się w to:


I pospiessznie, bojąc się, że ktoś zauważy wybiegłam z domu jak strzała, gnana przez wiatr, rozwiewajacy moje włosy, których nie zdążyłam nawet poprawić. Ugh... no pięknie! Pomyśli sobie, że ma do czynienia z roztrzepańcem. W sumie to tak bardzo by się nie pomyslił. Lepiej, niech pozna się z moim porywczym charakterkiem. Co jeśli zostaniemy parą? Hhah... byłoby wspaniale.
Na szczęście, miejsce naszego spotkania - restauracja, była blisko. Dzięki temu, mogłam zaoszczędzić kasę na Taxi. Wydaje się mało, ale dla mnie, czyli tej, której w domu się cnie przelewa? Całkiem sporo.
 Nie pzejmując się już moimi problemami z forsą, wkorczyłam dumnie do knajpy. Tam, przy stoliku dla dwojga siedział mój książę. Na żywo, prezentował się o wiele lepiej. Udając zagubioną lalkę, przywitałam go skinieniem głowy i cicho jak mysz, zajęłam krzesło na przeciwko.
- Jak się masz? - zapytał, przywołując kelnerkę rozwiązującą krzyżówki. Ta, zacisnęła pięści i zdenerwowna, przymusowym oderwaniem się od poprzedniej czynności, wymusiła uśmiech.
- Co państwu podać?
- Dla mnie... podwójny hamburger - zadeklarował przystojniak, po czym popatrzył na mnie dużymi czarnymi oczami, mówiącymi "A ty co sobie życzysz?"
- Hm... - onieśmielona spojrzeniem, wyjąkałam, że to samo co mój towarzysz i  nerwowo potarłam skornie.
- To co potem robimy? - zakaskał rękawy.
Odprowadziłam wzrokiem sztuczną kelnereczkę i odpowiedziałąm na pytanie.
- Co powiesz, na spacer po plaży? - unisłam brew.
Gorąco pokiwał głową.
- Romantycznie!
- Oooo tak! - przyznałąm mu rację i lekko się rumeniąc, zaczęłam sączyć wodę. Po chwili, nieogarnięta obsługa, podstawaiłą nam dania pod nos. Zachichotaliśmy ku zdziwieniu innych klientów. i zabraliśmy się do jedzenia. Zaraz po posiłku, wzięłam nastolatka pod ramię i ruszyliśmy na obiecaną przechadzkę.
- Słuchaj.. głupio. Jestęśmy na "radnce" a nie znaym nawet swoich imion - złapał mnie za rękę, a ja zaczerwnieniłam się jak burak.
- Ketie
- Rocky. - ucałował podaną dłoń i zakręcił mnie  wokół własnej osi. Po chwil, jednak wznowiliśmy spacer zapatrzenie ślepo w swoje oczy. Było bajecznie, póki nie zadzwonił jego telefon. Wtedy, grzecznie przeprosił i z grymasem na twarzy wyciągnął smartfona. Odeszłam trochę na bok, uznając, że nie warto podsłuchiwać. Znaliśmy się zalwedwie jeden dzień, a ja już czułam że ta znajomość przetrwa nawet apokalipsę.
- Słuchaj... - speszył się brunenet, potrząsajac mnie lekko. - Muszę lecieć. Było świetnie i w ogóle, ale... problemy rodzine rozumiesz.
- Spoko. Jak musisz to idź. -kiwnęłam obojętnie głową. Dobrze wiedziałam,jak to jest, mieć kłopoty. Moja mama, wychowywała mnie sama, po śmierci taty. Od dnia do nocy, harowała jak wól, bym nie czuła się gorsza od koleżnek, mimo tego, zawsze wiedziałam, że jestem inna w pozytywnym sensie.
- Dzięki za zrozumienie - ucałował mnie w polik, odchodzac za spuszczoną głowa. Uśmiechnełam się pod nosem i usiadłam na rozgrzanym piasku. Słońce powoli chowało się za horyzont, tworząc magiczną atmosferę. Po raz pierwszy od wielu lat, naprawdę poczułam się w pełni szczęśliwa.

*Godzinę później*

W odmu Lynchów każdy chodził z głową w chmurach. Rodziców nie było, więc nie miał kto znaleźć tematu do rozmowy.  Rydel, nie mogła się na niczym skupić. Próbowała już czytać gazetę, malować paznokcie i oglądać TV. Nic nie pomogło na chandrę, dlatego teraz chodziła w tą i z powrotem, denerwując Rikera.
- Mogłabyś usiadź? - krzyknął.
- Em... nie! Nie potrafię, mam jakieś dziwne przeczucie, że coś jest nie tak.
- Ugh... serio? Ty i te twoje głupie myśli.
- Co ja na to poradzę? - usadowiła sie obok niego i przyłożyła głowę do poduszki. - Martwisz się jeszcze Laurą? - zapytała po kilkuminutowej ciszy.
- Kompletnie o niej zapomniałem! - energicznie wstał z kanapy, łapiąc się za włosy. - Muszę iść do niej, prędko!
- Czekaj... - wrzasnęła blondynka. - Na początku moze się przebierzesz co? - stwierdziła patrząc na dzidkowe spodnie i wydarte laczki Stormie. Blondyn, speszony wycofał sie do swojego pokoju i w błyskawiczynym tempie wyszedł w jeansach i niebieskiej koszuli w kratkę.
- Imponujące - mruknęła jego siostra, po czym podałam mu czarne trampki Converse i wyprowadziła za drzwi.
Chłopak powtarzał sobie w myślach, że musi być silny i przekonujący. Koniecznie będzie musiał ją omotać, pokazać męską osobowość. W tej chwili czuł sie samcem Alfa, jedynym i niepowtarzalnym. Mimo tych niebywale pokrzepiajacych myśli wstąpił do kwiaciarni i kupił duży bukiet czarwonych róż. Nadeszła chwila sądu ostatecznego: albo wróci do domu już w związku, albo nadal jako samotny wilk. To wszystko jest w jego rękach. O porażkę będzie  obwiniał sam siebie. Niestety, ale takie są konsekwencje działania bez jakiegokolwiek planu.
Szedł aleją parkową, ostatnią przeszkodą, która dzieliła go od ukochanej. Pokonał ją wolno, nie śpiesząc się i nie martwiąc o nic. Wątpliwości pojawiły się dopiero przed domem Laury, jednak jego męska godność nie pozwoliła mu zbić się z tropu. Placem wskazującym raz-dwa nacisnął dzwonek, jakby bał się, że jego lękliwa strona przjemie kontrolę nad jego ciałem i zwieje z miejsca, niczym płochliwy zając. Gdy usłyszał kroki na korytarzu, rozmyślił się i o mało co nie uciekł, jednakże wtedy było juz na to trochę za późno. Riker, wyciągnał bukiet kwiatów w stronę osoby która otworzyła drzwi. Nie patrzył na nią tylko na czubki swoich butów. Dopiero kiedy usłyszał swoje imię, otrząsnął się i spojrzał prosto w oczy dziewczynie, która z pewnością nie była Laurą a....



♕♕♕

Heeej!! O dziwo, rozdział pojawił się dziś. Przeglądałam sovie fb i nagle doznałam olśnienia ;) Ale nie ważne.... ważne jest to, że w ogóle zaistniał w historii. Hah... xD Tak, tak, była notka, w której napisałam, że zastanawiam się nad usunięciem bloga. Nie odwołuję tych słów.... wszystko może się zdarzyć. Jeśli nie będzie pod tym rozdziałem minimum 10 komentarzy to zawieszka albo coś gorszego :c. Takie jest życie Pyszczki. Nie opłaca mi się pisać dla kilku osób. Przykro mi.... 
♕♕♕
P.S Dzisiaj mam imprezkę urodzinową i mam nadzieję, że w prezencie dacie mi te komentarze ♥ 
Nadla Was koffam <333


środa, 8 października 2014

Czeeeeeeeeeść ?!

Heeej kochani! Dawno mnie tu nie było, ponieważ z paczątkiem roku szkolnego w gimnazjum wiele się zmieniło. Jestem trochę starsza, doroślejsza i coraz mniej kręci mnie pisanie o R5. Nie iwem dlaczego. Nadal ich lubie i uważam za super zespół, ale powoli nie jara mnie już ich widok. I co w związku w tym? Zastanawiam sie czy nie zawiesić albo USUNĄĆ bloga. To poważna decyzja, wiem, ale co zrobić, skoro brak chcęci na pisanie? Czuję, jakiś sentyment do tego bloga, więc jeszcze go ty troszeczkę potrzymam, a później się zobaczy..... Jestem optymistycznie nastawiona do nowego opowiadanie, ale nikoniecznie o zespole. Co wy na to? Chcę sie zorientować, czy jesteście nadal ze mną i co o tym myślicie. Piszcie Pyszczkiiii ♥

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 17

* Oczami Laury*

Za sobą z zakłopotanym wyrazem twarzy ujrzałam.... Rossa. Miałam ochotę go zabić, udusić, zmaltretować i Bóg wie co jeszcze. Chciałam po prostu, żeby zniknał z tego świata na zawsze.
- Em... - podrapał się za głową, spuszczając ze mnie wzrok. - Słuchaj...
- NIE!!!!!!!!!!!!! - wrzasnęłam. - Nie mam zamiaru cię słuchać. Jesteś... iditotą. Skończonym. Nienawidzę cię i tego przebrzydłego ryja. Natychmiast zejdź mi z oczu - zacisęłam pięści, starając się uspokić.
- Psz-pszperaszam. - wyjąkał cicho. Jego głos jednak zginał w moich użalaniach.
- Czy ty nie rozumuiesz, że przez ciebie, całe moje życie legło w gruzach. - przymknęłam powieki, próbując powstrzymać łzy. To zdecydowanie mnie przerosło. Już nie chciałam, udawać, że umiem sobie z tym poradzić, bo w rzeczywistości było inaczej. Zupełnie. 
- Zachowałem się strasznie. Masz rację - teraz to blondyn podniósł głos. - Nawet nie wiem, co mną kierowało. Zrobiłem to jakby... mimowolnie. 
- Tsa jasne. Jeszcze mi powiedz, że chciałeś mnie przelecieć też mimo woli. - prychnęłam, ocierając łzę. 
Chłopak westchnął, podchodząc do mnie. 
- Ty mnie po prostu.... - przerwał, patrząc mi prosto w oczy. - ... pociągasz. 
- WTF? - odepchnełam go,  mocno policzkując. - Chcesz mnie zaliczyć? 
- No.... - wyznał nieśmiało. - Ale gdy tylko to zrobię, odczepię się od ciebie! - obiecał, a mnie zamurowało. Naprawdę był tak cyniczny i prosił mnie o  jeden numerek? 
- Znajdź sobie inną ofairę! - odbiegłam szybko, przerażona, nawet nie patrząc pod nogi. On mógł mnie nawet zgwałcić - dopiero w tej chwili zdałam sobie sprawę z zagrożenia, jakie na mnie czekało, przebywając w towarzystwie nastolatka. Jak mogłam być tak nieodpowiedzialna i dać się poderwać komuś, kogo nie widziałam? Ugh... ten kokos całkiem odebrał mózg. Ale już nigdy, przenigdy żadnych Lynch'ów. Nie chcę nikogo z tej rodziny widzieć. Po tym, co odebrał mi Ross, przeklinam ich na wieki wieków. 
 
* Oczmai Rydel*
Razem z Ketie, wróciłyśmy pod bar. Laury nie było. Tak jak myślałam, Riker już ją zgarnął. W duchu, modliłam się, aby wyszedł z tąd jako chłopak brunetki. Należało mu się. W końcu, tak bardzo się starał. Nie fair by było, gdyby coś nagle mu przeszkodziło. 
- Cześź siostra! Gdzie moja przyszłą laska? - zapytał, a ja zmroziłam go wzrokiem. Nie mógł nic wspominać przy Keite. Daltego, wzięłam go na stronę. 
- O co ci chodiz? Myślałam, że już dawno wykonałeś plan. 
- Co? Nie włóczyłem się z Ellem, Rockym i Rylandem. To gdzie ona jest? - zapytał, zacierajac ręce. 
- Ale... ja ją tu już dość dawno zostawiłam. Nie widizałeś? Przecież nas obserowawałeś ukratkiem. 
- Bez jaj!  To nie byłem ja - bronił się, a ja  uwierzyłam mu. I doznałam olśnienia. 
- Skoro to nie byłeś ty, to.... 
- Ross - wypalił, zakrywając usta dłonią. - No i ładnie! To już nie mam czego szukać. 
- Może to nie on.... - pocieszałam, choć sama nie widizałam innego rozwiązania. 
- Nieważne - uśmiechnął się niemrawo. - I tak by mi ja odebrał. - wzruszył ramionami, odchodząc. Nie podobało mi się jeog zrezygnowanie. Musiałam to naprawić. A zacznę od znalezienia niesfornego braciszka... 
- Słuchaj... - zwróciłam się do rudowłosej. - Laura już poszła do domu. Ja muszę kogos znaleźć. 
- Spoko... zwijam się. Do zobaczenia. - pomachała mi i zadzwnił do kogoś. Zapewne po Taxi. 

Na parkiecie, było coraz więcej ludzi. Każdy tańczył w rytm swoich ulubionych kawałków. Ja, miałam wielka ochotę, dołączyć do tłumu i zapomnieć o zwalonej sprawie. Niestety, koniecznie musiałam wyprostować, to co schrzanił mój brat. Jak zwykle zresztą. Byłam zmęczona, tym ciągłym naprawianiem cudzych błędów, tym tłumaczeniem i wpajaniem co wolno, a co nie. Tak robiłam, kiedy byli jeszcze mali i robię po dizś dzień. 
Cuem, udało mi się wydostać z oszalałego ludu. Scena, była tak wypełniona, że palca się nie dało wytknąć, nie mówiąc już o przepchnieciu całkowtym. Na szczście nie utknęłam w tym dzikim rozgardliszu i spokojnie mogłam zając się dalszym poszukiwaniem młodszego blondyna. Nie trwało to długo, bo siedział samotnie nad brzgiem morza, patrzać w gwaizdy. Usadowiłam się obok niego, obejmując go ramieniem. 
- Nad czym tak rozmyślasz? - zapytałam, obdarzając go lekim uśmeichem. 
- Ugh...  dziewczyna dała mi kosza - wyznał, a ja już wiedziałam że jest mu ciężko na sercu. W końcu ten król podrywów, jeszcze niegdy nie zoastał spławiony. 
- Nie martw się. Jak nie ta to następna. - machnełam ręką. 
- No....  tak ci się tylko wydaje. Najgorsze jest to, że mój wewnętrzyn duch, nie odpuści, póki jej nie przleci. 
- Och.. no tak. Zapomniałąm. Urażona duma. A jak ma na imię ta dziewczyna? - zmieniłam temat. 
- Nie znasz. - rzucił obojętnie. 
- A skad wiesz? 
- No dobra... Laura Marano. - na te słowa, poczułam wielką ulge. Riker dobrze wybrał partnerkę. Nie była pustą laską. 
- Uchm... daj sobie z nią spokój. Ona się po prostu boi stracić dziewictwo - palnęłam głupotę, byle odwieść go od brązowookiej. 
- Tak myślisz? - podniósł brew, nie dowierzajac. 
- A jak myślisz? Dlaczego nie poddała sie twoim zalotom? 
- No... masz rację. Nie warto się nia, przejomować - wstał, uzbrojony w nowe siły. - Lecę od domu. Jakoś dzisiaj kompletnie przeszła mi ochota na bajerowanie. Jak wstanę, poczuje się lepiej. 
- O tak! Cieszę się, że już ci przeszło. - przytuliłam brata a póżnej, poszłam dać czadu. 

* Oczami Rossa* 

Wysiadłem na zupełnie nieznanej ulicy, gdy taksówkarz skapnął się, że nie mam kasy. Tak więc byłem daleko od domu, samotny, zadręczany wyrzutami sumienia. Przysidłem na jedenej z ławek, wpartujac się bezmyślnie w drzewa. Od razu, przypomniały mi się łzy na bladej twarzyczce bezbronnej Laury. Och... jak ja bym chciał cofnąć czas i zwyczejnie od niej podejść, przywitać się i przprosić za wszystko. Była szansa, że by mi wybaczyła. A czy jest teraz? W to poważnie watpiłem. Ale najgorsze, w tym było to, że pragnąłem jej bardziej. W każdym kolejnym spotakniem, mój apetyt na nią rosnął. Dodatowym atutem, który mnie pociągał była jej niedostępność. I to prowokowało mnie do działania. 
Nie zastanwiajac się dłużej, postanowiłem odszukać ją, przprosić i zrobić wszystko co w mojej mocy, by dała mi się lepiej poznać. Oczywiście na razie, mam większy problem. Dotarcie do domu, bez środków transportu. W tym celu, postnaowiłem zapytać kogoś o drogę. Przechadzajac się ulicą, wybrałem wielką willę. Ostrożnie, otworzyłem furtkę, poprawiłem wygląd, nalepiej jak umiałem bez lusterka i palcem wskazujacym nacisnąłem dzwonek. Chwilę czekałem na gnaku, aż ktoś łasakwie mi otworzy. Wreszcie, usłyszłme zbliżające się korki. Ucieszyłem się, bo prawie tu zamrzłem. Noce w L.E bywają mroźne. 
Temperatura potrfai zejśc nawet do 0 latem. Pomyśleć, że dzień jest gorący.  
- Stało się coś? - usłyszałem melodyjny głos. Podniosłem głowę, uśmiechajac się od ucha do ucha. Nie wierzyłem, że los da mi taką szansę. Zrobiłem skruszoną minę i ruchem zatrzymałem zatrzaskajae się drzwi. Natychmiast, wparowałem do odomu. Brunetka, odwróciła się na pięcie, próbując uciec. Złapałem ją za nadagarstek, mówiąc: Nie wyjdziesz, póki mnie nie posłuchasz. Ona, pokornie, ze łzami w oczach, poprowadziła mnie od salonu, o beżowych ścianach z mnóstwem obrazów. Zająłęm miejsce na wygodnej kanapie, pociągając ją, tak, żeby siedziała tuż przy mnie. Spojrzała na mnie, drżąc. Wtedy, dotarło do mnie, że czuje się zagrożona, że woła o pomoc. Wysyła mentalną wiadomość do bliskich. Nagle, całe pożądanie prysło. Zamist niego, pojawiło sie dotąd niennane mi uczucie - żal. Byłem płytki, nie rozumiałem, że natrafiłem na wrażliwą dziewczynę. Wydawała się silna, twarda. To mnie jednak nie usprawiedliwiało. Przyszedł czas, by naprawić swoje błedy. Uścisnąłęm dziewczynę najmocniej jak umiałęm, ale zarazem najdelikatniej. Starłem krople, płynące po blado różwych policzkach, sam uraniając ich kilka. Dziwne. Po raz pierwsze odkąd sięgam pamiecią płaczę. 
- Czemu to zrobiłeś? - odkleiła się ode mnie, podnosząc się. 
- Chciałem przeprosić.... 
- Pf... nienawidze cię! - zaśmiała się szyderczo. 
- Wiesz, że ja ciebie też? - stwierdizłem kpiąco. 
- No to fajnie!
- No nie? Nie ma to jak czysta nienawiść. 
- Ooo tak! - przyznała. 
- A tak szczerze.... jestem idiotą. Bachorem, który myśli tylko o jednym. 
- A ja idiotką. Żaluję, tego, że cię spotkałam. 
- Ja żałuję, że spotkałęm ciebie. - wypuściłem powietrze z ust. Atmosfera zrobiła się luźniejsza. Zmierzyłem wzrokiem Laurę. Teraz, głupie wydawało mi się to, że mi się spodobała. Była świruską. Totalną. 
- Ok, sorry za wtargnięcie. Już lecę. Tylko powiedz mi na jakiej ulicy jesteśmy. 
- Hahah..dobra. Magic Street. - poinformowała, odprowadzajac mnie do wyjścia. 
- No to do NIE zobaczenia! - podałem jej rekę. Uścisnęła ją, zgadzając się z tymi słowami. Zmęcozny wróciłem na chatę, zapominajać o dzisiejszych wydarzeniach. 


Czeeeeeeeeeeeeeeeeeść ♥ 
 Mam nadzieję, ze jeszcze jesteście tu ze mną :P 
Pod ostatnim rozdziałem, aktywność strasznie zmalała. Nie wiem, co się stało. Z tego powodu, cały dzień chodzę smutna i biję się z myślami czy prowadzic jeszcze tego bloga.... Coś mi mówi, żeby go zawiesić :((.
No ale nie dyskutuję xD
Dobranoc Miśki <33