*30 czerwca, 12:00,obrzeża Los Angels*
Oczami Laury*
Siedząc w Tax'ówce zastanawiałam się co zrobić. Do domu wrócić nie mogłam. Co to, to nie. Na mój widok chyba wszyscy by pouciekali. A to dlatego, że wyglądałąm jak zeczerpnięta z najgorszego horroru zmora. Rozmazany makijaż, rozczochrane włosy a na dodatek siniaki i pobijania na całym ciele, które były oznaką bliskiego spotkania z kamieniem czy drzewem. Moja sukienka nadawała się tylko i wyłącznie na śmietnik, natomiast jeden z butów zgubił się w czasie biegu. Aż dziewne było to, że kierowca nie bał się mnie przewieźć, abym nie odstraszała innych klientów. Widocznie mała grupa osób wozi się tym transportem. W Miami to raczej powszechne.
- Pszepraszam, gdzie panią odstawić?
- Yyy... właściwie narazie nie mam celu. -po pytaniu taxówkarza przypomniałam sobie, że nadal nie mam co ze sobą zrobić. Uznałam, że przydałoby się umyć i opatrzyć rany. Najlepiej w jakimś cichym i ustronnym miejscu. Z tego powodu szukałam w kontaktach kogoś, u kogo mogłam wykonać te czynności. Moje oczy zatrzymały się na ikonce "Dallas". Właśnie! Skoro przyjechał tu na wakacje, to znaczy, że musi też gdzieś mieszkać. Bez głębszego namysłu wybralam jego numer.
*Rozmowa telefoniczna*
D: Tak słucham?
L: Dallas? O cześć słuchaj.. Mam prośbę.
D: Jaką?
L: Wiesz... mogłabym to ciebie przyjechać w tej chwili?
D: Oczywiście. To mój adres: Columb 311.
L: Ooo.. wielkie dzięki. Zaraz będę.
*Koniec rozmowy*
- Teraz już wiem dokąd chce jechać. - odparłam zdecydowana. - Na ulicę Columba, do domu z numerem 311.
- No widzie pan. Nie ma to jak szybka decyzja. - zachichotał.
- Tsa... ma pan rację. - odparłam i wygodnie rozsiadłam się na fotelu. Myślałam o tym tajemniczym chłopaku. Czy chciał mi zrobic krzywdę? Czy nie był na to za młody? Miałam co do niego tyle pytań. W pewnym sensie, nie bałam sie go. Czułam tylko, że jestem wściekła na niego. Ochlapał moją kreację wyjściową błotem, a potem wywiózł do lau. Co ten dupek właściwie myślał? Na co liczył? Z każdą kolejną minutą, gdy o tym myślałam nasuwało mi się coraz więcej pytań. Dlatego też odetchnęłam z ulgą, gdy kierowca zahamował, a ja w spokoju wyszłam na zewnątrz. Okazało się, że Dallas mieszka w ślicznym, małym, żółtym domku. Na parapecie widniały przeróżne kwiatki, z pewnościa wymagające kobiecej ręki. Zebrawszy się na odwagę i zapukałam do drewnianych drzwi. Otworzył mi chłopak z wielkim usmiechem na ustach. Jednakże gdy tylko bardziej mi się przyjrzał mina mu zrzedła.
- Boże, Laura co cie się stało?
- Yyy... trochę się zgubiłam w mieście i trafiłam do lasu. - cudem wybrnęłam z opresji.
- No wiesz ty co. - zaśmiał się. - Wchodź do środka. Posłuchalam bruneta i weszlam za nim do domu. Znajdowaliśmy się w wąskim korytarzu. Nie było tu żadnych ozdób, tylko wieszak na ubrania i szafka na buty. Z grzeczności wyjęłam nogę z jednej balreinki.
- A co z drugim butem? - spytał podejrzliwie.
- Aaa... wiesz. Pośród drzew uciekałam przed jakimś zwierzęciem i po drodze mi spadł.
- Hehe. Jesteś szalona.
- Cóż. Taka już moja natura. - mrugnęłam. - Mogłabym się.. wykąpać?
- No jasne. Chodź, zaprowadzę cię. - znów podreptałam za nim. Moim oczom ukazała się prawie że królewska toaleta. Była duża, przestronna, ze ścianami pomalowanymi na czerwono. Od dołu pokryta biało-czarnymi płytkami. Na samym środku stała ogromna wanna, a w kąciku prysznic. Niestety, nie miałam czasu na wesołe pluskanie się w saunie dlatego wybrałam druga opcję i już po chwili ciepła woda, niczym kojący balsam zmywała nie tylko z ciała, ale również z duszy wszelkie rany dziesiejszego dnia. Po kąpieli przebrałam się w swoje podarte ubrania, gdyż innych nie miałam i wyszłam z pomieszczenia. Tam, na korytarzu czekał na mnie Dallas z całą masą opatrunków. Na jego widok wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
- Nie powinno być cie do śmiechu. Ja się o ciebie martwię. - rzekł wyraźnie zdezorientowany.
- Pszeparaszam, ale po co ci tyle bandaży i innych podobnych rzeczy? - spytałam.
- Wiesz.. nie wiedziałem co konkretnie się przyda, więc postanowiłem wiąć wszystko co miałem w apteczce.
- Rozumiem. Dziękuję za troskę. - posłałam chłopakowi uspokajające spojrzenie.
- W końcu mnie doceniłaś. Teraz chodź do kuchni. Czeka cię trudna operacja. - powiedział poważnym tonem naśladując chirurga. Na te słowa znów się głośno zaśmiałam. Coraz bardziej podobało mi się nie tylko jego poczucie humoru, lecz ona sam. Kiedy pociągnął mnie za rękę, poczułam, że dawna miłość powraca.
- Siadaj na stole. - rozkazał.
- Dobrze panie doktorze. - wykonałam jego polecenie, natomiast on już zajął się moim kolanem, owijając go dokładnie bandażem. Następnie przykleił plaster na zdarte łokcie i górną wargę.
- Gotowe! Była pani dzielną pacjentką. - mrugnął porozumiewawczo.
- Och, jestem zaszczycona, że mogłam być pana pacjentką.
- Teraz to mi jest miło. - parsknął śmiechem, lecz zaraz się opanował i zapytał: - Odpowie pani na jedno krótkie pytanko?
- Ależ oczywiście.
- Czy wolno przekraczać choć czasem granicę między pacjentem a lekarzem?
- Chyba czasem to dozwolone.
- W takim razie śwetnie bo mam zamiar zaprosić panią - przuroczą poszkodowaną, na randkę.
- Z chęcią. - powiedziałam beznamiętnie, ale w sercu niezmiernie się radowałam. Taki przystojaniak + Ja oferma = Wielka Miłość.
- Super. To kiedu i gdzie?
- Hm.. może w pójdziemy do kina?
- Genialny pomysł.
- Dzięki. Teraz już muszę lecieć. Mama się będzie martwić. - wyznałam i poszłam na korytarz, w celu wzięcia torebki.
- Dziękuję za wszystko. - uściskałam Dallasa.
- Oj tam, oj tam. Nie masz za co. - powiedział szczerze odwzajemniając uścisk.
Wychodząc na ulicę zatrzyamłam jedno z żółtych aut, które ostatnio często się przydają. Ich zaletą było to, że szybko jeździły i już po 10 minutach mogłam być na właściwym miejscu. Tak było i tym razem.
Wysiadłam z Taxówki i skierowałam się w stronę drzwi z tysiącem ułożonych wymówek w głowie.
- Cześć wszystkim! - krzyknełam.
- Czeeeeść Laura. Czemu tak długo cię nie było? - spytała Clarie
- Aaa... wiesz włóczyłam się tu i tam.
- Nie ładnie tak. Mama strasznie się ociebie bała.
- O tak, masz rację kochanie. - dodała rodzicielka wchodząca po schodach.
- Bardzo pszepraszma, ale.. poszłam po zakupy.
- Ach tak. I gdzie one się podziały?
- Emm.. tak jakby.. wyparowały? - odpowiedizałam pytaniem na pytanie.
- To żadna odpowiedź.
- Tak masz rację. Po prostu chciałam pozwiedzać miasto bez wyrywania was ze słodkiego snu. - potulnie odpowiedziałam.
- Ale żeby nie odbierać telefonu?! Masz tupet moja panno.
- Ok, ok... przegięłam.
- Jesteś rozsądna dlatego cię nie ukaże. Wiem, że to tylko instynkt nastolatki potrzebował prywatności.
- Hehe... Tak, na pewno. - wpadłam w ciepłe ramiona mamy. Kochalam ją chyba najbardziej na świecie. Nie było drugiej takiej osoby na świecie, która znałam by mnie tak dobrze jak ona. Wie co zrobić kiedy jestem smutna, kiedy potrzebuje wsparcia. To najwspanialszy człowiek na świecie według mnie.
Po wielu męczących pytaniach od domowników, wreszcie zasidliśmy do kolacji. Byłam głodna jak wilk albo nawet niedzwieź. Nigdy nie zjadłam tyle co tego wieczoru. Po posiłku pomagałam mamie posprzątać. Byłam w trakcie zmywania naczyń, gdy usłyszałam dźwięk telefonu, dobiegający z góry. Łudziałam się, że ktoś go odbierze. Jednkaże nic takiego się nie stało i musiałam się sama nim zająć. Wytarłam ręce w ściereczkę, leżącą na blacie i wspięłam się po drewnianych schodach. Jak się okazało sygnał dobiegał z pokoju Ellen. Jakiś nieznany numer sie dobijał. Szybko nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Nie powinno być cie do śmiechu. Ja się o ciebie martwię. - rzekł wyraźnie zdezorientowany.
- Pszeparaszam, ale po co ci tyle bandaży i innych podobnych rzeczy? - spytałam.
- Wiesz.. nie wiedziałem co konkretnie się przyda, więc postanowiłem wiąć wszystko co miałem w apteczce.
- Rozumiem. Dziękuję za troskę. - posłałam chłopakowi uspokajające spojrzenie.
- W końcu mnie doceniłaś. Teraz chodź do kuchni. Czeka cię trudna operacja. - powiedział poważnym tonem naśladując chirurga. Na te słowa znów się głośno zaśmiałam. Coraz bardziej podobało mi się nie tylko jego poczucie humoru, lecz ona sam. Kiedy pociągnął mnie za rękę, poczułam, że dawna miłość powraca.
- Siadaj na stole. - rozkazał.
- Dobrze panie doktorze. - wykonałam jego polecenie, natomiast on już zajął się moim kolanem, owijając go dokładnie bandażem. Następnie przykleił plaster na zdarte łokcie i górną wargę.
- Gotowe! Była pani dzielną pacjentką. - mrugnął porozumiewawczo.
- Och, jestem zaszczycona, że mogłam być pana pacjentką.
- Teraz to mi jest miło. - parsknął śmiechem, lecz zaraz się opanował i zapytał: - Odpowie pani na jedno krótkie pytanko?
- Ależ oczywiście.
- Czy wolno przekraczać choć czasem granicę między pacjentem a lekarzem?
- Chyba czasem to dozwolone.
- W takim razie śwetnie bo mam zamiar zaprosić panią - przuroczą poszkodowaną, na randkę.
- Z chęcią. - powiedziałam beznamiętnie, ale w sercu niezmiernie się radowałam. Taki przystojaniak + Ja oferma = Wielka Miłość.
- Super. To kiedu i gdzie?
- Hm.. może w pójdziemy do kina?
- Genialny pomysł.
- Dzięki. Teraz już muszę lecieć. Mama się będzie martwić. - wyznałam i poszłam na korytarz, w celu wzięcia torebki.
- Dziękuję za wszystko. - uściskałam Dallasa.
- Oj tam, oj tam. Nie masz za co. - powiedział szczerze odwzajemniając uścisk.
Wychodząc na ulicę zatrzyamłam jedno z żółtych aut, które ostatnio często się przydają. Ich zaletą było to, że szybko jeździły i już po 10 minutach mogłam być na właściwym miejscu. Tak było i tym razem.
Wysiadłam z Taxówki i skierowałam się w stronę drzwi z tysiącem ułożonych wymówek w głowie.
- Cześć wszystkim! - krzyknełam.
- Czeeeeść Laura. Czemu tak długo cię nie było? - spytała Clarie
- Aaa... wiesz włóczyłam się tu i tam.
- Nie ładnie tak. Mama strasznie się ociebie bała.
- O tak, masz rację kochanie. - dodała rodzicielka wchodząca po schodach.
- Bardzo pszepraszma, ale.. poszłam po zakupy.
- Ach tak. I gdzie one się podziały?
- Emm.. tak jakby.. wyparowały? - odpowiedizałam pytaniem na pytanie.
- To żadna odpowiedź.
- Tak masz rację. Po prostu chciałam pozwiedzać miasto bez wyrywania was ze słodkiego snu. - potulnie odpowiedziałam.
- Ale żeby nie odbierać telefonu?! Masz tupet moja panno.
- Ok, ok... przegięłam.
- Jesteś rozsądna dlatego cię nie ukaże. Wiem, że to tylko instynkt nastolatki potrzebował prywatności.
- Hehe... Tak, na pewno. - wpadłam w ciepłe ramiona mamy. Kochalam ją chyba najbardziej na świecie. Nie było drugiej takiej osoby na świecie, która znałam by mnie tak dobrze jak ona. Wie co zrobić kiedy jestem smutna, kiedy potrzebuje wsparcia. To najwspanialszy człowiek na świecie według mnie.
Po wielu męczących pytaniach od domowników, wreszcie zasidliśmy do kolacji. Byłam głodna jak wilk albo nawet niedzwieź. Nigdy nie zjadłam tyle co tego wieczoru. Po posiłku pomagałam mamie posprzątać. Byłam w trakcie zmywania naczyń, gdy usłyszałam dźwięk telefonu, dobiegający z góry. Łudziałam się, że ktoś go odbierze. Jednkaże nic takiego się nie stało i musiałam się sama nim zająć. Wytarłam ręce w ściereczkę, leżącą na blacie i wspięłam się po drewnianych schodach. Jak się okazało sygnał dobiegał z pokoju Ellen. Jakiś nieznany numer sie dobijał. Szybko nacisnęłam zieloną słuchawkę.
Rozmowa telefoniczna:
L: Halo, kto mówi?
P: Dzień Dobry. Czy to pani Ellen Marano?
L: Nie, jej córka Laura. A stało się coś..?
P: Tak... na odziale intensywnej terapi leży...
***
Wszystkiego Najlepszego z okazji Dnia Dziecka kochani!!! <33 ... Jakie dostaliście prezenty od swoich rodziców?? Ja jako prezent daje Wam ten oto krótki rozdzialik. Nabazgrałam go raz, dwa, ale jest.
A jak sądzicie, kto trafił do szpitala...?
Nie mam pojęcia kto trafi do szpitala :D Ale świetny rozdział, zakochałam się *o* Masz do tego rękę! ♥ Też kocham Rossa i Auslly wiesz?
OdpowiedzUsuńhttp://selenaandross.blogspot.com/
Dzieeeeki wieeelkie :** Tak między nami...
UsuńKto by ich nie kochał?? <33