*2 lipca, 9:00, oczami Laury*
Obudziłam się ze strasznym bólem głowy. Próbowałam dostać się do szkalnki wody mineralnej, stojącej na szafce nocnej. Niestety, marnie mi to szło. Gdy tylko chciałam się podnieść, w czaszce zaczęło dziwnie buzować, więc zaniechałam dalszych poczyniań. Zamiast tego, wygodnie ułożyłam się na poduszce, z nadzieją, że ból przejdzie sam. Jak się okazało trochę się przewidziałam, gdyż na korytarzu ciągle dało się słyszeć kroki i głośne rozmowy.
- Mamo! - krzyczała Clarie. - Kiedy ta Laura wstanie?
- Nie wiem córciu. Ale proszę, bądź cicho. Wiesz jak marudzi, kiedy się nie wyśpi? - zaśmiała się mama.
- Taaaaak. Rozumiem, lecz niec nie poradzę, na to, że mi się okropnie nudzi! - zrzędziła dalej siostra.
- Nie przjmuj się. Idź pomóc Nessie w przygotowaniu śniadania.
- Dobrze, dobrze. Ale ja już się nie mogę doczekać.... - w tym momencie rodzicielka gwałtownie przerwała paplaninę Clarie.
- Wiesz... ona moze wszystko słyszeć. Schodź na dół i nie gadaj więcej. - oburzyła się i zeszła po schodach, prawdopodobnie targając ze sobą młodą. Wreszcie nastąpiła cisza. Cisza, podczas krórej zastanawiałam się co moja zwariowana rodzinka znów szykuje. Kolejna niespodzianka? To ja chyba podziękuję. Jak na parę dni miałam ich wręcz dosyć. Np. spotkanie z... dziwnym typkiem i akcja w lesie oraz choroba Van. Jak juz mówiłam, to zdecydowanie mi wystarczy. Choć, muszę też przyznać, że spotkanie Lynch'ów było wspaniałą rzeczą - taką miłą odmianą, od pecha.
*Pół godziny póżniej*
W końcu, ból zaczął doskwierać o wiele mniej, więc postanowiłam zejść do kuchni, sprawdzić czy jest coś, czym można by się posilić. Zanim jednak, miałam wpaść w sidła domowników, poszłam do łazienki, w celu odświeżenia się i ubrania w ciuchy odpowiednie na dziesiejszy dzień. Jeśli ma być niespodzianka, to muszę wyglądać naprawdę idealnie. Wygrzebałam, więc z szafy najlepszą sukienkę jaką miałam,
- Czeeeeść wszystkim ! - krzyknęłam, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Czeeeeść Laura. - odpowiedzieli wszyscy, nie odrywając się od poprzednich czynności.
- Em... jest coś na sniadanie? - westchnęłam cicho.
- Owszem. Czekają na ciebie omlety. Podgrzej je i z głowy. - rzekłą mama, patrząc na mnie spod okularów.
- OK. Dzięki, że zaczekaliscie, z posiłkiem. - powiedziałam beznamiętnie.
- Nie ma za co. - uśmiechnęła się Clarie.
- Uhg... - jęknęłam. Czy się pomyliłam? Moze nikt nic nie planował? Po prsostu, zdawało mi się i tyle. Ale koro tak właśnie było, to dlaczego mama bała się, że usłyszę, co mówi Clarie. Sama już nie wiedziałam. Najważniejsze było to, że na razie jestem bezpieczna. Nie muszę się przejmować, tym, że znów dowiem się czegoś.... co niekoniecznie jest dla mnie dobre.
Po zjedzeniu omletów, włączyłam TV, by zabadać, najnowsze nowinki ze świata współczesnego.
- Mogłabyś to, łaskawie przyciszyć? - zdenerwowała się Nessa. - Nie widzisz, że rozmawaim?
- Sorry. Zresztą, już miałam wyłączyć. Nie mówią nic ciekawego.
- To nawet lepiej. - uśmiechnęła się od niechcenia i wróciła do rozmowy. Wszyscy byli czymś zajęci. Tylko nie ja. Siedziałam na kanapie, zastanawiając się, co w niech wstąpiło. Może byli obrażeni? Przecież nic takiego nie zrobiłam. Przynajmniej sobie nie przypominam.
- Halo! Czy ja wam aby na pewno nie przeszkadzam? - wykrzyknęłam, z wyrażnym zdenerwowaniem wymalowanym na twarzy.
- No.... wiesz. - zabrała głós Nessa. - trochę tak.
- Mogłabyś tak nie krzyczeć. - poparła ją mama.
- Moja lalka przez ciebie nie śpi ! - zrobiła smutną minkę Clarie.
- Ugh... zachowujecie się jakbyście byli conajmniej obrażeni. - odburknęłam, na zaczepki rodziny.
- Nie przesadzaj. - przewróciła oczami Van.
- Jeszcze wczoraj byłaś chora. A dzisiaj co? Przeszło ci tak nagle?
- Nie o to mi chodzi.
- A o co? Ciągle gadasz przez ten głupi telefon i cieszysz się ze wszystkiego. Nie tak wyobrażałam sobie ciebie jako ofiarę losu.
- Staram się żyć normalnie. - oburzyła się. - Nie chce myśleć, że białaczka mnie zniszczy. Czu to żle?
- N-nie. - wyjąkałam. - Po prsotu... - zamrałam. Nie miałam nic do zarzucenia siostrze. Zwyczajnie jej zachowanie wyprowadziło mnie z równowagi. Nic więcej.
- OK. Pszepraszam. Jeśli nie jestem wam potrzebna to... sobie pójdę. - machłam ręką i wyleciałam niczym oparzona z domu. Zadzwoniłam po Taxi.
- Gdzie panią podwieźć? - padło pytanie.
- Yyy... za sekundkę panu powiem. - wybrnęłam zwycięsko z opresji. Muszę się zastanowić gdzie teraz się podzieję. Moze u Lynch'ów ? Zawsze wiedzą, jak poprawić humor.
- No to wie panienka gdzie jechać czy nie?
- Muszę wykonać telefon. - szybko wybrałam numer jednego członka r5 i zatelefonowałam. Niestety, miałam niefart.
Rozmowa telefoniczna
E: Hola, mała. Co tam świrujesz?
L: Eee... nic, nic. Czy mogłabym przyjechać... do was?
E: Jak to nic? Musisz się... wyluzować.
L: No spoko. Ale mogę wpaść?
E: Wpaść gdzie? Do śmietnika czy chlewika? Chrr, chrr.
L: Do was.
E: Czy ja wyglądam na świnię?
L: Do domu Lynch'ów.
E: Ej... oni też są ludzmi, a ich dom nie jest przeznaczony dla tego typu stworzeń.
L: Nieważne.
E: Nieważne kim są?
Koniec rozmowy
Miałam dosyć. Z Ratiffem w ogóle nie szło się dogadać.Nie miałam ochoty dzwonić do Rydel. Tym bardziej, że moja komórka domagała się potężnej dawki energii.
Teraz zjawił się dylemat: Czy wrócić do domu, czy włóczyć się po mieście?
- Tracę powoli cierpliwość. Co pani robi?
- Ja... chcę jechać na Columba 311. - odparłam pewnie, pod wpływem silnego olśnienia.
- OK, OK. - rozłożył ręce w geście bezradnosci kierowca.
- Niezmiernie się raduję, że udało nam się dogadać.
- Ja też. - zachichotał.
Minęło 5 minut, a już zauważyłam znajomy, żółty domek. Ruchem ręki, otworzyłam drzwi i wybiegłam na zewnątrz. Po zapłacie, znajdowałam się na ganku. Zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzyła mi urocza blondynka.
- Dzień dobry. Czy coś sie stało? - zapyała zdziwiona moją obecnością.
- Ee.. kim pani jest?
- Jestem Emily. A pani?
- Laura Marano.
- Siostra Vanessy Marano? o mój Boże. Ja i mój misiu, uwielbiamy ją.
- A ten "Misiu", to kto? - spytałam, drżącym głosem.
- Mój Dallas oczywiście. On jest... taaaaaki słodki. - rozmarzyła się, co spowodowało u mnie odruch wymiotny.
- Wie, pnai co? Chyba pomyliłam adresy. Proszę mi wybaczyć.
- Nic się nie stało. Miłego dnia. - pożegnała się i zniknęła za drzwiami. Nagle moje serce rozleciało się na milion drobnych kawałeczków. Jak on mógł mi to zrobić? Przecież, miał dziewczynę, a in tak umawiał się ze mną. Idiota! Dupek! - wyrzucałam sobie w myślach, klnąc przy tym obficie.Tak, że nawet nie zauważyłam kiedy, weszłam na ulicę. Jakieś auto, zatrąbiło na mnie, a kierowca, odezwał się:
- Ej... Ku**a. Patrza jak łazisz. - nie odpowiedziałam mu. Nie miałam na to najmniejszej ochoty. Głowy też nie raczyłam obrócić.
- Ej... to ty?! Znam cię. Podejdź na chwilę. - znów zignorowałam jego słowa. To był mój błąd. Jego cień zaczął się do mnie zbliżać. Ja, jednak nie uciekałam. Nie miałam siły.
- Zatrzymaj się żesz ! - usiadłam na ławce. Teraz dopiero, dostrzegłam sylwetkę chłopaka. Na jego widok mina mi zrzedłą. Wyglądało na to, że wpakowałam się w niezłe tarapaty.,
***
Heeej!
W końcu rozdział!
Cieszycie się? Mam nadzieję, że tak. ♥
Zmotywowałam się specjalnie dla Was i napisałam byle co, lecz sądzę, że raczej sie spodoba. A i oczywiscie najważniejsza część notki:
DEDYKI!
1. Dedyk dla..... TULI POMOCNEJ - wyjątkowej czytelniczki, która komentuje każdy rozdział, także na drugim blogu. Jest kimś więcej niż tylko "zwykłą dziewczyną". Jest kimś, kto baaaaardzo potrafi mnie zmotywować do działani. Pozdrawiam cię Koffana ♥
2. Dedyk dla.... Nie Zapomnianej Dziewczyny !! ♥
Również baaaardzo ci dziękuję, za miły komentarz. :D
***

Dziękuje i również pozdrawiam<3
OdpowiedzUsuńCzytam dedyki i patrze ja.Moja reakcja :(pisk szczęścia).Cieszę się że potrafię cię zmotywować do pisania genialnych rozdziałów.A skoro o rozdziale mowa to jest,,byle co" ??Dziewczyno ty świetnie piszesz i zrozum to w końcu.Przepraszam że tak póżno komentuje ten rozdział,który jest swoją drogą fantastyczny:)
Czyżby Ross i Laura spotkali się 2 raz ?
Dawaj szybko nexta,nie mogę się doczekać.To grzech przerywać w takim momencie.
Buziaki:)
Heh... Baardzo ci dziękuję ♥
OdpowiedzUsuń