- Co ty tu robisz? - natychmiast się wyprosotwał i zamknął usta.
- Mieszkam... A ty? - uniosła jedną brew z lekkim niedowierzaniem.
- Chyba pomyliłem adresy.... - przyłożył dłoń do zimnych ust i wycofał się ciut dalej pozwalając przejść dziewczynie. Ta, z impetem trzasnęłą drzwaimi, stając oko w oko w Rikerem.
- Kogo szukasz? - zapytała.
- Laury.... - wzruszyła ramionami. - Pewnie nie znasz.
- To moja siostra idioto! - pacnęła go w głowę podenerwowana. Ten, odskoczył jak oparzony.
- Żartujesz sobie ze mnie? Powiedz, że tak! - wykrzyknął.
- Nie! Rozczaruje cię, ale to prawda. Lepiej trzymaj się od niej z daleka. - pogroziła palcem i weszła do środka, zostawiając chłopaka w osłupieniu. Nastolatek, nie mając co ze sobą począć, podreptał z powrotem do parku. Tam, zrezygnowany usiadł na drewnianej ławce i zatopił się własnych myślach. Teraz głupie wydawało mu się to, że nie zauważył, że Laura to siostra Nessy. Gdyby tylko wiedział, to... nigdy nie pakowałby się w takie bagno. Ale zależało mu na brunetce. Nic nie umiał poradzić na swoją fascynację.
*Oczami Laury*
Po męczących zakupach z Van, odpoczywałam. Leżałam na łóżku, zapominając o całym świecie. Starałam się, nie zadreczać sie problemami. Niestety, przypominał mi o nich dzwoniacy w kółko telefon. Zdenerowowana po kilku ninutach odebrałam. Dzwonił jakiś nieznany numer. Mimo chwilowego namysły, odebrałam. Pewnie znowu jakaś chora propozycja pożyczki w banku. Zdziwiłam się jednak, gdy w słuchawce usłyszałam dziwny głos...
Anonim: Zabiję cię suko, rozumiesz?! A potem poćwiartuję, ukatrupię i nie wiadomo co jeszcze.
Laura: Pszepraszam, ale chyba pani pomyliła numery...
A: Nie! Uwierz mi, lepiej miej się na baczności. Obserwuję cię!
Chciałam jeszcze coś dodać, ale usłyszałam głośne "bip". To był dziwny telefon. O co mogło chodzić? Zapewne babsztyl pomylił numery. Ugh... kolejna rzecz która wytrąca mnie z równowagi w tym mieście. Czy tak od teraz będzie wyglądało moje życie? Pełne dziwnych i niekoniecznie fajnych niespodzianek? Miałam dosyć... Wiem, że wyłamywałam się wcześnie, ale co poradzić? Nie pasuje do tego otoczenia.
- Laura, musimy porozmawiać - z dołu dobiegł mnie stanowczy głos mojej siostry. Z wielką niechęcią, wstałam i zeszłam po schodach. Tam, na stole, czerwona jak burak, siedziała właśnie Van.
- Coś się stało.. - nie dokończyłam, bo czarnowłosa, gwałtownie mi przerwała.
- Tak i to dużo! - uniosła ręce ku górze, prosząc niebiosa o łaskę. - Romansów ci się zachciało, tak?! Przyjeżdżamy do nowego miasta, a ty od razy na podryw, hę? Nie spotkasz się z nim więcej, zrozumiano? - krzyczała, jak opętana. Odsunęłam się od niej, na kilka metrów, bojąc się, że zaraz puszcza jej nerwy i rzuci się na mnie.
- O co ci do jasnej cholery chodzi?
- Ty już dobrze wiesz. I zapamiętaj, jeśli jeszcze raz się z nim spotkasz - gorzko pożałujesz. - wycedziła przez zęby i pobiegła do swojego królestwa. Ja, natomiast, usadowiłam się na krześle, nie potrafiąc się otrząsnąć po zaskakującym ataku. O kogo jej chodziło? O Chrisa? Przecież ona nic o nim nie wiedziała. Och... i znowu, czuję się wszystkiemu winna. Dlaczego? To jej sprawa. Będę robić co chcę... - pomyślałam i po chwili wybuchnęłam głośnym płaczem. Łzy, ciekły mi strumieniami, lecz nie robiłam nic, by je zatamować. Nie zważałam, na to, że makijaż mi się rozmazał i wyglądam jak potwór. Czy w ogóle JA jeszcze dla kogoś byłam kimś? W akcie desperacji, zadzwoniłam do Chrisa. On jedyny będzie wiedział, jak mnie pocieszyć.
Ja: Cześć kochanie... mógłbyś do mnie przyjść? Potrzebuję cię..
Ch: Ee... wiesz, nie mam pojęcia kim jesteś, ale Chris, jest w tej chwili ze mną. Na randce, tyle że wyszedł do ubikacji. A coś mu przekazać?
Ja: Nie...
Ch: Ty jesteś Lau, jego kuzynka, nie?
KONIEC ROZMOWY.
O co tu chodziło? Kuzynka? Co ona pieprzyła? Ja się chyba dzisiaj wykończę! - krzyknęłam i wybiegłam na ulicę. Nic mnie już nie obchodziło. Biegłam przed siebie, mimo tego, że mgła przysłaniała mi widoczność. W pewnej chwili na kogoś wpadłam. Wybąknęłam ciche "przepraszam' i chciałam znów rzucić się pędem przed siebie, ale czyjeś silne ramiona mi na to nie pozwoliły.
- Wszystko w porządku? - spojrzałam na chłopaka, który wypowiedział te słowa. Był to ROSS. Już koniec ze mną.
- A co cię to obchodzi? - łkałam. - Masz innych w dupie i żyjesz jak pączek w maśle. Co o mnie możesz wiedzieć?
- Uspokój się - przysunął się do mnie i spojrzał prosto w oczy. - Powiedz co się stało.
- Nie będę ci się zwierzać. - tupnęłam noga ze złości.
- Myślisz, że puszczę cię samą w tym stanie gdziekolwiek? To się grubo mylisz. - pokręcił głową, złapał mnie w talii i ułożył sobie na ramieniu. Na początku, kopałam, go gryzłam i wrzeszczałam jak dzika, ale uznałam, że to się na nic nie zda. Był potężniejszy. Teraz byłam jego marionetką.
- Okey, jesteśmy u mnie, Tylko zdejmij buty, bo Ryd posprzątała i znowu będzie hałas.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spytałam, posłusznie rozwiązując obuwie.
- Bo jestem baaaaardzo miły - rzucił sarkastycznie, wpuszczając mnie do salonu. Mimo woli, uśmiechnęłam się.
- I od razu jesteś ładniejsza - zaśmiał się po nosem. Dałam mu kuksańca w bok i pogroziłam palcem. Z dziwnym uczuciem, stwierdziłam, że zrobiłam to tak jakoś... przyjacielsko. Nie z wrogim odniesieniem.
- Napijesz się czegoś?
- Wina. - westchnęłam. Po dzisiejszych przygodach, przyda mi się łyk czegoś mocniejszego.
- Wow... grzeczna Marano, zmienia się w niegrzeczną kotkę, co?
- Nie, po prostu.. mam dzień.. - powiedziałam wymijająco.
- Nie chcesz, to nie mów.
- Dziwne, że nie naciskasz - myślałam na głos.
- Hm... powiedzmy, że dzisiaj mam dobry dzień - odparł, naśladując mnie. Po raz kolejny tego wieczoru udało mu się mnie rozbawić. Brawo Lynch.
- Ok... będę w salonie. Sam doniesiesz wszystko? - uniosłam brew do góry.
- A czy mam dłuuuugiego kolegę? - po tym stwierdzeniu, wybuchnęłam gromkim śmiechem.
- Oj Marano, Marano... huśtawka nastrojów się kłania - westchnął i złapał w jedną rękę dwa kieliszki, a w drugą pełną butelkę czerwonego, markowego wina. Złapałam się pod boki, przeklinając swoją głupotę i podreptałam do eleganckiego pokoju. Z ulgą rozsiadłam się na kanapie i przyłożyłam twarz do poduszki. Byłam wykończona.
- Pewnie, czuj się jak u siebie - zachichotał i usiadł obok mnie. Wzięłam jedną lampkę wina i... ja ręką odjął. Poczułam, jak rosnące ciepło, rozchodzi się po całym moim ciele.
- I co.. smakuje? - mrugnął, z tym dziwnym błyskiem w czekoladowych oczach. Zaczęłam mu się przyglądać. Dotarło do mnie, że jest nie tylko oszołamiająco arogancki i wkurzający, ale też przystojny. - Słyszysz?
- Ee... tak - speszyłam się. - Jest pyszne.
- Cieszę się. - znów to samo. Ten dziwny błysk...
- Ross, przestań! - wykrzyknęłam, wiedząc co planuje.
- Ale o co ci chodzi? - przybliżył się do mnie, ukazując szereg białych ząbków.
- Znowu to robisz! Skończ z tym, bo i tak nic nie wskórasz. - pokazałam mu język.
- Nic nie robię.. ale ty chyba tak... - usiadł blisko mnie. Stanowczo, za blisko. Nasze nogi się stykały. Wtedy, wytknął swój niebywale długi jęzor i pomachał mi nim nad twarzą.
- Jesteś obleśny... - wykrzywiłam twarz z obrzydzenia.
- Nie, to nie. - warknął - A co powiesz, na to, żebyśmy zakończyli ten swój konflikt i... zakumplowali się? Oczywiście nie mówię o przyjaźni, bo jesteś trochę... - podrapał się ręką po plecach, odwracajac twarz.
- Sugerujesz coś? Wiesz... nie obchodzi mnie, to bo nie będę się przyjaźnić z kimś kto jest hamskim idiotą! - prychnęłam.
- WTF? A ty jesteś zołzą. Myślisz, że jesteś najlepsza i ciągle się nad soba użalasz.
- Nieprawda! - uderzył w mój czuły punkt. Poczułam, jak oczy mi się szklą. NIE, NIE, NIE! Nie mogę mu pokazać, że ma rację. - Ty nic nie wiesz...
- Czyżby?
- Zostaw mnie! - odepchnęłam go i... ręką otarłam łzy, które wydostały się na zewnątrz.
- Ej... dobra, ale nie płacz. Przepraszam, nie chciałem cię urazić. - wyznał ze skruchą.
- Za późno. - po raz kolejny dałam upust łzom. Moje ciało, całe się trzęsło, potrzebowałam bliskości.
- Mała, no! Przestań natychmiast. - podniósł głos i objął mnie. Potem, bez namysłu, przytuliłam się do jego klatki piersiowej, wypluwając wszystko co mi leży na sercu, niczym armata. On milczał, głaskając mnie delikatnie po plecach.
Anonim: Zabiję cię suko, rozumiesz?! A potem poćwiartuję, ukatrupię i nie wiadomo co jeszcze.
Laura: Pszepraszam, ale chyba pani pomyliła numery...
A: Nie! Uwierz mi, lepiej miej się na baczności. Obserwuję cię!
Chciałam jeszcze coś dodać, ale usłyszałam głośne "bip". To był dziwny telefon. O co mogło chodzić? Zapewne babsztyl pomylił numery. Ugh... kolejna rzecz która wytrąca mnie z równowagi w tym mieście. Czy tak od teraz będzie wyglądało moje życie? Pełne dziwnych i niekoniecznie fajnych niespodzianek? Miałam dosyć... Wiem, że wyłamywałam się wcześnie, ale co poradzić? Nie pasuje do tego otoczenia.
- Laura, musimy porozmawiać - z dołu dobiegł mnie stanowczy głos mojej siostry. Z wielką niechęcią, wstałam i zeszłam po schodach. Tam, na stole, czerwona jak burak, siedziała właśnie Van.
- Coś się stało.. - nie dokończyłam, bo czarnowłosa, gwałtownie mi przerwała.
- Tak i to dużo! - uniosła ręce ku górze, prosząc niebiosa o łaskę. - Romansów ci się zachciało, tak?! Przyjeżdżamy do nowego miasta, a ty od razy na podryw, hę? Nie spotkasz się z nim więcej, zrozumiano? - krzyczała, jak opętana. Odsunęłam się od niej, na kilka metrów, bojąc się, że zaraz puszcza jej nerwy i rzuci się na mnie.
- O co ci do jasnej cholery chodzi?
- Ty już dobrze wiesz. I zapamiętaj, jeśli jeszcze raz się z nim spotkasz - gorzko pożałujesz. - wycedziła przez zęby i pobiegła do swojego królestwa. Ja, natomiast, usadowiłam się na krześle, nie potrafiąc się otrząsnąć po zaskakującym ataku. O kogo jej chodziło? O Chrisa? Przecież ona nic o nim nie wiedziała. Och... i znowu, czuję się wszystkiemu winna. Dlaczego? To jej sprawa. Będę robić co chcę... - pomyślałam i po chwili wybuchnęłam głośnym płaczem. Łzy, ciekły mi strumieniami, lecz nie robiłam nic, by je zatamować. Nie zważałam, na to, że makijaż mi się rozmazał i wyglądam jak potwór. Czy w ogóle JA jeszcze dla kogoś byłam kimś? W akcie desperacji, zadzwoniłam do Chrisa. On jedyny będzie wiedział, jak mnie pocieszyć.
Ja: Cześć kochanie... mógłbyś do mnie przyjść? Potrzebuję cię..
Ch: Ee... wiesz, nie mam pojęcia kim jesteś, ale Chris, jest w tej chwili ze mną. Na randce, tyle że wyszedł do ubikacji. A coś mu przekazać?
Ja: Nie...
Ch: Ty jesteś Lau, jego kuzynka, nie?
KONIEC ROZMOWY.
O co tu chodziło? Kuzynka? Co ona pieprzyła? Ja się chyba dzisiaj wykończę! - krzyknęłam i wybiegłam na ulicę. Nic mnie już nie obchodziło. Biegłam przed siebie, mimo tego, że mgła przysłaniała mi widoczność. W pewnej chwili na kogoś wpadłam. Wybąknęłam ciche "przepraszam' i chciałam znów rzucić się pędem przed siebie, ale czyjeś silne ramiona mi na to nie pozwoliły.
- Wszystko w porządku? - spojrzałam na chłopaka, który wypowiedział te słowa. Był to ROSS. Już koniec ze mną.
- A co cię to obchodzi? - łkałam. - Masz innych w dupie i żyjesz jak pączek w maśle. Co o mnie możesz wiedzieć?
- Uspokój się - przysunął się do mnie i spojrzał prosto w oczy. - Powiedz co się stało.
- Nie będę ci się zwierzać. - tupnęłam noga ze złości.
- Myślisz, że puszczę cię samą w tym stanie gdziekolwiek? To się grubo mylisz. - pokręcił głową, złapał mnie w talii i ułożył sobie na ramieniu. Na początku, kopałam, go gryzłam i wrzeszczałam jak dzika, ale uznałam, że to się na nic nie zda. Był potężniejszy. Teraz byłam jego marionetką.
- Okey, jesteśmy u mnie, Tylko zdejmij buty, bo Ryd posprzątała i znowu będzie hałas.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spytałam, posłusznie rozwiązując obuwie.
- Bo jestem baaaaardzo miły - rzucił sarkastycznie, wpuszczając mnie do salonu. Mimo woli, uśmiechnęłam się.
- I od razu jesteś ładniejsza - zaśmiał się po nosem. Dałam mu kuksańca w bok i pogroziłam palcem. Z dziwnym uczuciem, stwierdziłam, że zrobiłam to tak jakoś... przyjacielsko. Nie z wrogim odniesieniem.
- Napijesz się czegoś?
- Wina. - westchnęłam. Po dzisiejszych przygodach, przyda mi się łyk czegoś mocniejszego.
- Wow... grzeczna Marano, zmienia się w niegrzeczną kotkę, co?
- Nie, po prostu.. mam dzień.. - powiedziałam wymijająco.
- Nie chcesz, to nie mów.
- Dziwne, że nie naciskasz - myślałam na głos.
- Hm... powiedzmy, że dzisiaj mam dobry dzień - odparł, naśladując mnie. Po raz kolejny tego wieczoru udało mu się mnie rozbawić. Brawo Lynch.
- Ok... będę w salonie. Sam doniesiesz wszystko? - uniosłam brew do góry.
- A czy mam dłuuuugiego kolegę? - po tym stwierdzeniu, wybuchnęłam gromkim śmiechem.
- Oj Marano, Marano... huśtawka nastrojów się kłania - westchnął i złapał w jedną rękę dwa kieliszki, a w drugą pełną butelkę czerwonego, markowego wina. Złapałam się pod boki, przeklinając swoją głupotę i podreptałam do eleganckiego pokoju. Z ulgą rozsiadłam się na kanapie i przyłożyłam twarz do poduszki. Byłam wykończona.
- Pewnie, czuj się jak u siebie - zachichotał i usiadł obok mnie. Wzięłam jedną lampkę wina i... ja ręką odjął. Poczułam, jak rosnące ciepło, rozchodzi się po całym moim ciele.
- I co.. smakuje? - mrugnął, z tym dziwnym błyskiem w czekoladowych oczach. Zaczęłam mu się przyglądać. Dotarło do mnie, że jest nie tylko oszołamiająco arogancki i wkurzający, ale też przystojny. - Słyszysz?
- Ee... tak - speszyłam się. - Jest pyszne.
- Cieszę się. - znów to samo. Ten dziwny błysk...
- Ross, przestań! - wykrzyknęłam, wiedząc co planuje.
- Ale o co ci chodzi? - przybliżył się do mnie, ukazując szereg białych ząbków.
- Znowu to robisz! Skończ z tym, bo i tak nic nie wskórasz. - pokazałam mu język.
- Nic nie robię.. ale ty chyba tak... - usiadł blisko mnie. Stanowczo, za blisko. Nasze nogi się stykały. Wtedy, wytknął swój niebywale długi jęzor i pomachał mi nim nad twarzą.
- Jesteś obleśny... - wykrzywiłam twarz z obrzydzenia.
- Nie, to nie. - warknął - A co powiesz, na to, żebyśmy zakończyli ten swój konflikt i... zakumplowali się? Oczywiście nie mówię o przyjaźni, bo jesteś trochę... - podrapał się ręką po plecach, odwracajac twarz.
- Sugerujesz coś? Wiesz... nie obchodzi mnie, to bo nie będę się przyjaźnić z kimś kto jest hamskim idiotą! - prychnęłam.
- WTF? A ty jesteś zołzą. Myślisz, że jesteś najlepsza i ciągle się nad soba użalasz.
- Nieprawda! - uderzył w mój czuły punkt. Poczułam, jak oczy mi się szklą. NIE, NIE, NIE! Nie mogę mu pokazać, że ma rację. - Ty nic nie wiesz...
- Czyżby?
- Zostaw mnie! - odepchnęłam go i... ręką otarłam łzy, które wydostały się na zewnątrz.
- Ej... dobra, ale nie płacz. Przepraszam, nie chciałem cię urazić. - wyznał ze skruchą.
- Za późno. - po raz kolejny dałam upust łzom. Moje ciało, całe się trzęsło, potrzebowałam bliskości.
- Mała, no! Przestań natychmiast. - podniósł głos i objął mnie. Potem, bez namysłu, przytuliłam się do jego klatki piersiowej, wypluwając wszystko co mi leży na sercu, niczym armata. On milczał, głaskając mnie delikatnie po plecach.
***
TAM, TAM, TAM!
Napisałam rozdział... rozumiecie?! Wzięłam się w garść i to zrobiłam.. nie wiem, czy ktoś tu jeszcze jest, czy nie... ale dostałam tymczasową wenę i ją wykorzystałam. Pragnę Was powiadomić o moim najnowszym blogu:
http://girl-and-bad-boy-raura.blogspot.com/
Zależy mi na waszych komentarzach... one bardzo motywują!
Do zobaczenia kochani ♥
Świetny rozdział :)
OdpowiedzUsuńCzekam na next :*
Fantastyczny *.*
OdpowiedzUsuńTe dziwne telefony są... DZIWNE. HAHAHA <3 Cieszę się, że dodałaś nowy rozdział, tak długo na niego czekałam *-* Następny Sylwek jest nasz, rozumiesz to?!?!?! Chris mi się już nie podoba .__. debil. Haha... czuję, że zdradzę Laurę! Tak nie może być. :*
OdpowiedzUsuńzdradza*
UsuńSzczerze mówiąc.... już zapomniałam o czym jest ta historia XD
OdpowiedzUsuńMusisz wstawiać częściej rozdziały :P
Czekam na next!
Te anonimy mnie przerażają Oo Ale akcja jest, tym bardziej Raura xd
OdpowiedzUsuńKońcówka taka sweet, przynajmniej Lau nie jest mu obojętna:)
Czekam na next:*
Chamska reklama
OdpowiedzUsuńRauraandr5-myhistory.blogspot.com c:
Heej! Chyba zacznę czytać twego bloga! Dodałam rozdziały na moich blogach jak jesteś zainteresowana! :-D
OdpowiedzUsuńola-raura.blogspot.com
r5-inna-historia.blogspot.com
Świetny rozdział :) Ten anonim mnie przeraża o.O
OdpowiedzUsuńChris zdradza Laurę...
Ugh.
Od razu go nie lubiłam.
Czekam na next.
Wpadnij i skomentuj jeśli chcesz:
http://you-belong-to-me-laura.blogspot.com/