czwartek, 29 maja 2014

Rozdział 4


*30 czerwca, dom Vanessy*


Narrator

Laura, podniosła ociężałe powieki i z radością obejrzała się po pokoju, w którym teraz było pełno dekoracji. Wczoraj po  wykwintnym obiedzie , gdy przyjechali do domu wszyscy natychmiast wzięli się do pracy nad wystrojem wnętrza pomieszczenia. Clarie naklejała przeróżne stworki na ścianę, Ketie zawieszała obrazy i tym podobne wymysły architektoniczne, które przyjaciółka  po prostu ubóstwiała, Ellen wnosiła lekkie rzeczy typu lampka i książki, a Leonardo wraz z jakimś staruszkiem o imeniu Brandon starał się wpakować cięzki fortepian do środka. Nie szło mu najlepiej, dlatego wszyscy po wykonaniu swojej działki zaczęli go energicznie popychać do przodu. Trezba przynać, że mieli przy tym niezły ubaw. Całe szczęście, że jednak w końcu im sie to udało, gdyż nie wiadomo co mogło by się stać. Ketie prawie zlamała nogę na schodach, a Ellen straszliwie upadła na pośladki. Mimo tego każdy z uczestników "zabawy" odczuwał ogromną satysfakcję, że choc trochę przyczynił się do wykonania niecierpiącej zwłoki misji. W każdym bądź razie teraz, Laura czuła się dobrze w jej nowej krainie, ostoi spokoju i królestwie prywatności do którego mogła się uciekać w chwilach całkowitego załamania. 
***
Leżąc na łozku i rozmyślając o wczorajszym dniu, poczuła, że jej brzuch domaga się porcji zdrowego jedzonka. Dletego też, zeszła na dół i z nadzieją zerknęła do lodówki. Niestety, tam oprócz mleka i dwóch butelek wody mineralnej niczego nie było. Prościej mówiąc: lodówka świeciła pustkami. Biedna Laura nalała w szklankę mleka i choc wysączyła cały nektar, to nadal odczuwałą głód.
- No cóż - powiedziała sama do siebie. - trzeba będzie odwiedzić najbliższy supermarket. 
Jak powiedziała tak też zrobiła. Przebrała się w słodką i skromną niebieską sukeinkę zakładając do tego czarne balerinki.Na sam koniec poszła jeszcze do łazienki, w celu poprawienia włosów i zrobienia dziewczęcego, podkreślającego jej delikatną urodę makijażu. Po 20 minutach była gotowa. Wyszła z willi z zamiarem zadzwonienia po Taxi, lecz gdy ujrzałą świecące w pełni słońce i bezchmurne niebo, zmieniła zdanie. Postanowiła zrobić sobie przechadzkę po mieście i poznać dokładniej jego uroki. Niestety, to był błąd. Gdy skęciła w ulicę Sea Star, zerwałą się okropna wichura. Oszołomiona tak nagłą zminą pogody dziewczyna zaczęła biegnąć. Można sobie wyobrazić jak wielka była jej radość, gdy ujrzałą prze sobą sklep. Wpadłą tam jak burza, nie patrząc, że prawie przewróciła nieznajomego blondyna. 
- Wszystko w porządku? - spytał poszkodowany.
- Yyy... Tak, tak. W jak najlepszym. - wyszerptała zawstydzona.
- Cieszę się.
- A i... psze-pszepraszam, że na pana wpadłam. Powinnam uważać - dodałą już pewniej.
- Nie szkodzi. Chcaiałbym, żeby częściej takie dziewczyny jak ty na mnie wpadały. - mrugnął zawadiacko.
- Heh... - speszyła się po raz kolejny Laura.
- A tak w ogóle jestem Riker. - przedstawił sie chłopak.
- A ja Laura.
- Miło mi. - rzekł.
- Mi również. 
- Wiesz... ja już muszę się zbiarać, ale do zobaczenia! - pomachał i wybiegł na zewnątrz.
- Do zobaczenia. - uśmiechnęła się Laura, na widok odchodzącego Rikera. Pierwsze koty za płoty. Poznała już kogoś mniej więcej w jej wieku. Teraz czuła, że coraz bardziej zaczyna lubić L.E. Wracjac jednak do celu wyprawy, czyli zakupów dziewczyna na początku kupiła drobne przekąski w tym oczywiście jogurty. Potem świeże jajka i warzywa oraz owoce. Nasepnie poszła na dział mięsny gdzie wybrała pół kilo podsusznej kiełbasy, szynkę, ryby. Wszysyko to zakupiła kusząc się jeszcze na słodkości. Ze sklepu wychodziła już cała w skowronkach. Nie dość, że przestało padać to Laura odczuwałą wewnętrzny spokój, który nagle został zakłócony przez samochód wyjeżdżający z naprzeciwka. Rozprysłą się wielka kałuża, teraz znajdująca się na jedwabnej sukience dziewczyny. Z czerwonego kabrioleta w ciemnych okularach wyszedł ubrany w wydarte jeansy i białą podkoszulkę chłopak może 18- letni.
- Ja leziesz? - wykrzyknął. - Prawie bym cię rozjechał!
- To niby moja wina? - odgryzłą Laura, z której nieśmiałość jakby uleciała.
- Tak twoja. - skwitował blondyn.
- Czyli to ja sama weszłąm w kalużę i ochlapłam sobie sukienkę?!
- A kto cię tam wie.
- Ugh... Nie jestem rozwydrzonym bachorem jak ty... !
- Pf.. Jaja sobie chyba jakieś robisz mała.
- Nie mów do mnie "mała" - przymrużąyła oczy i posłałą chłopkowi gniewne spojrzenie.
- Oj mała, mała. Jakaś ty naiwna. Nie boję się idiotek. - powiedział z kpiną nie zważając na to, jak bardzo uraził jej dumę. Zdenerwowana Laura rzuciła się na niego, kopiąc, drapiąc, gryząc i ciskając pięściami.Blondyn  okazał się jednak silnieszy i w mgnieniu oka przerzucił dziewczynę przez ramię i ułożuł w samochodzie. Ona starała mu się wyrwać, lecz chłopak zamknął drzwi i odpalił silnik.
- Co chcesz ze mną zrobić? - łkała.
- Nic mala... Tylko trochę.. Hm.. postraszyć. - powiedział skręcając do lasu. Dziewczyna widząc pustkowie leśne, rzuciła się na chłopaka i oplotła jego szyję rękami. Blondyn poradził sobie z nią odpychając na siedzenie.
- Wypuść mnie! Ratunku! Ratunku! - krzyczałą rozchisteryzowana.
- Nie marnuj głosiku. Tu nik cię nie usłyszy. - szydził chłopak.
- Zadam jeszcze raz to pytanie. Co do jasnej ciasnej chcesz ze mną zrobić?
- Musisz ochłonąć. - zdecydował i po raz drugi zrobił ostry zakręt zatrzymując auto.
- Wysiadk mała. - otworzył jej drzwi na co ona się wzdrygnęła i próbowałą uciekać. Niestety on podniósl ją i zamknął jej usta.
- Nie martw się. Będzie dobrze.
- Ciekawe co "będzie dobrze" - ugryzła go w dłoń i zaczeła pędzieć co tchu  przed siebie. Zszokowany blondyn zdziwił się z takiego obrotu spraw. Niespodziewał się  ataku ze strony słabej dziewczyny. Zniechęcony z powodu bólu reki wsiadł do auta i odjechał. Natomiast Laura, gdy zorientowałą się że nikt już jej nie goni, wygrzebałą telefon z torebki i zadzwoniła po Taxi.



środa, 28 maja 2014

Rozdział 3

Rozdział 3

29 czerwca, 12:00, lotnisko
*Narrator

Gdy wszyscy już wygramolili się z samolotu, cała paczka ruszyła na poszukiwania Vanessy. Starsza siostra miała czekać  od razu przy głównym wyjściu z lotniska, jednakże, po długich i żmudnych poszukiwaniach, nie udało się jej odnaleźć. Ellen z lekkim wzubrzeniem, zatelefonowała do córki. Ta odebrała już po pierwszym sygnale.

Rozmowa telefoniczna:
E: Gdzie ty do jasnej cholery jesteś?!
V: Pszepraszam mamuś, ale nie przyjadę po was. Szef zadzwonił z informacją, że w firmie jest jakiś wyciek gazu i wszyscy musieli się stawić. 
E: Mogłaś nas uprzedzić. Teraz przez parę godzin będziemy stać tu jak słupy z soli. 
V: Naprawdę was pszepraszam, ale zaraz wyśle po was Leonarda i zabierze was do domu.
E: Co to za Leonardo?!
Koniec rozmowy!

Ellen w słuchawce zamiast odpowiedzi usłyszała tylko ciszę. Vanessa, nie dość, że się rozłączyła i nie odpowiedziałą na pytanie, to jeszcze nie raczyła powiadomić nikogo o nagłej zmainie planów. Po prostu córeczka idealna,
- I co, gdzie jest? - zapytała Laura.
- Lepiej nie pytaj - westchnęła matka.
- Co znowu zrobiła? - do rozmowy włączyła się mała Clarie.
- Nic takiego, po prostu... zignorowała - wytłumaczyła Ellen, nie chcąc używać przy dziecku słowa "olała".
- Aaa... Co to znaczy? - zdziwiła się najmłodsza, która nie miała ochoty na siedzenie w jednym miejscu, bez jakichkolwiek zabawek.
- To znaczy, że miałą coś bardzo ważnego na głowie i nie mogła przyjść. 
- Ale przecież ja jestem ważniejsza! - tupnęła nóżką. - To mną ma się interesować! 
- Oczywiście ślimaczku.! Ale uznała, że zbut długo się guzdrałaś przed wyjazdem i chciałą cię ukarać - mrugnęła do rodzicielki Laura.
- Ha! Bardzo śmieszne. - oburzyła się Clarie i usiadłą na ławce tuląc ukochnaego misia.
- Dziękuję. Małe dzieci choć słodkie, to jednak potrafią zamęczyć na śmierć. - zachichotała Ellen i spoczęła obok małej. Laura natomiast podzeszłą do przyjaciółki i wyjęła jej słuchawki z uszu, abu móc z nią porozmawiać. 
- Ej! Pszepraszam, ale co ty do licha robisz?! - wrzasnęła Ketie.
- Haha. Chciałam cię trochę podenerwować. 
- Ugh... Jak ja cię podenerwuję to... pożałujesz! - wysyczała i rzuciła się na biedną Laurę, która nie spodziewałą się takiego ataku ze strony kumpeli. 
- Aaa... puszczaj mnie! Ra-tu-nku!
- Nie ma tak łatwo! Sama zaczęłaś! - zasmiała się złośliwie. Tarzając się po ziemi, nastolatki nie zauważyły, że nad nim ktoś stoi.
- Echem, pszepraszam, ale... szukam Ellen Marano - odezwał się życzliwym głosem nieznajomy. Laura, dopiero gdy usłyszała imię swojej mamy, zrzuciła z siebie Ketie i wstała na równe nogi.
- Dzień dobry... Ja jestem jej córką. A czego Pan konkretnie chce? - zpytała zawstydzona, co dało się wyczuć z jej tonu.
- Miałem ją zawieżć do domu Vanessy... - mężczyzna nie dokońcyłą zdania, gdyż nagle przed nim pojawiła się Ellen we własnej osobie.
- To ja. A Pan to zapewne Leonardo - uśmiechnęła sie od ucha do ucha.
- Tak psze Pani - wyznał miękkim głosem i ucałowal jej dłoń.
- Och, jaki Pan szarmancki. 
- Cóż, nie chcę się chwalić, ale pochodzę z zamożnej rodziny, gdzie wychowywano mnie na dżentelmena.
- To widać, słychać i czuć - rzuciła z nutką pogardy Laura.
- Emm.. słucham? - spytał.
- Nic, nic. Ja sobie tylko nucę słowa piosenki.
- Dobrze. Skoro to wszystko to zapraszam do samochodu - powiedział i gestem wskazał na czarną limuzynę stojącą na parkingu. Wszystkie panie ruszyły za nim onieśmielone i nie mniej zdziwione. Leonardo każdej z nich otworzył drzwi, a potem sam zasiadł na miejscu kierowcy i odpalił silnik. Po zaledwie minucie już jechali tłocznymi ulicami Miasta Aniołów. Laura, rozsiadła się wygodnie na miejscu i z rozmarzeniem podziwiała krajobrazy zza okna. Natomiast cała reszta oglądała wnętrze limuzyny, gdyż na co dzień nie wozili się takim cudem po mieście. A trzeba przyznać, że było co oglądać. Skórazne fotele w mlecznym kolorze, wielki  telewizor zajmujący prawie całą ścianę i jedzenie podawane przez mechaniczną dłoń. To ostatnie  szczególnie przypadło do gustu Clarie. Mogła jeść bez końca, co tylko chciała, wystarczyło wypowiedzieć nazwę potrtawy do małego głośnika i już! Ale niestey, to co dobre szybko się kończy. Po pół godziny jazd, dziewczyny znajdowały się już pod domem Nessy. Zrobił na nich piorunujące wrażenie. Był cały biały, z zadaszeniem brazowym. Na tarasie postawiony był drewniany stół z ławką i krzesłami oraz kilka leżaków rozłożonych przy pięknych kwiatatach. Ellen trzymając Clarie za rękę jako pierwsza otrząsnęła się z transu i podeszła do drzwi. Za nią podreptała Laura, wciąż rozglądająca się po ogrodzie. Na samym końcu szła Ketie.  Była nie mniej zdzwiona niż Laura widokiem willi, a może nawet bardziej. To było 100 razy lepsze niż jej dom w starej kamienicy. Zastanawiała się nawet czy drzwi od tego domu nie były droższe niż zapłata za czynsz.
- No i co podoba się? - spytała Leonardo z wielkim banenem na twarzy.
- Yyy... oczywiście, że tak, co to za pytanie. - powiedziały chórem Ketie i Laura.
- No to się cieszę. Chodźcie, obejrzycie dom. - wskazał na drzwi prowadzące do małego królestwa i tak jak poprzednio pokazał się z jak najlepszej strony, otwierając drzwi panią. Laura posłała pełne zawsitności spojrzenie Ketie, ta jednak była zajęta podziwianiem wspaniałego gestu Leonarda, by dostrzec przyjaciółkę. Dziewczyna przewróciła oczyma. Irytował ją ten mężczyzna. Sama nie wiedziała jak może  oceniać człowieka, nie znając go w ogóle. Jednak coś jej się w nim nie podobało. Może to, że był strasznie zadufanym w sobie lalusiem, który trzepie forsą, kiedy się mu tylko podoba. Nie lubiła takich typków. Tak naprawdę nie mieli pojęcia co to znaczy prawdziwe życie, gdzie trzeba zarabiać na siebie i chodzić do szkoły, a tam - uczyć się i walczyć o przetrwanie. Nagle jednak przerwała Laura przerwała swoje przemyślenia, gdy ujrzała hol willi. Były tam biało-czerwone ściany, a na nich mnóstwo obrazów, największych malarzy w dziejach między innymi Picaso i Guseppe. Z korytarza na lewo wchodziło się do kuchni. Była ona zaprojektowana w stylu nowoczesnym i robiła wrażenie przestronnej mimo wielu "gadżetów" w niej. Po prawo znajdowała się łazienka - również w stylu wspólczesnym. Laura w ogóle się nie dziwiła. Vanessie podobały się praktycznie od zawsze nowe rzeczy. Dlatego też salon był urządzony na wzór poprzednich pomieszczeń. W nim znajdowały się schody prowadzące na górę. Wszyscy wspięli się na schody i po chwili znaleźli się w... długim korytarzu. Odwiedzali i podziwiali każdy pokój, aż w końcu skrecając w lewo zobaczyli różowe drzwi z naklejką kucyka Pony. Wszyscy się domyślili, że to pokój Clarie, dlateóż ona jak na skrzydłach pobiegła do niego i otworzyła drzwi. W środku również były liliowe ścany i tego koloru meble. Dziewczynka chciała już tam zostać, gdyż jak mówiła " Strasznie bolą ją nóżki. Jednak Ellen skarciła ją za to i kazała być cierpliwym. Mała niechętnie poszla za grupą. Nastepny w kolejce był pokój Ketie. Ten posiadał pomarańczowe ściany i białe meble, gdyż dziewczyna uwielbiała mocne barwy połączone z delikatnymi. Ostatim punktem "zwiedzania" był pokój Laury. Duży, z małą ilością mebli. Znajdowało się w nim jedynie łóżko i biurko oraz szafa na całą ścianę. Prócz tego pokój swiecił pustkami.
- Yy... czy to aby na pewno mój pokój? - spytała zniesmaczona.
- Tak, tak - pokiwał twierdząco głową Leonardo.
- Coś mało w nim... rzeczy?!
- Tak naprawdę w garażu jest jeszcze sztaluga do malowania, gitara i zapas książek, który starczy do końca życa - powiedział całkiem poważnie mężczyzna, a Laura wybuchła śmiechem i poprosiła o przyniesienie wymienionych rzeczy do jej pokoju. Leonardo obiecał się tym zająć zaraz po obiedzie w restauracji. Na słowo " restauracja" Clarie zaburczało w brzuchu. Jednak nie tylko ona umierała z głodu. Właściwie wszyscy  marzyli o posiłku. Dlatego też szybko zbegili na dół i limuzyną pojechali do najbliższej knajpy w okolicy.







poniedziałek, 12 maja 2014

Rozdział 2

Rozdział 2

*29 czerwca, dom Laury, 4:59*
Narrator*

Laura wstając wcześnie od razu poszła do łazienki, aby się odświeżyć. Wzięła szybki prysznic i umyła zęby, po czym jeszcze wzięła miętówkę na wszelki wypadek, gdyby niedokładnie wybieliła szkliwa. Potem poszła do pokoju i wzięła stamtąd swoją walizkę w różnokolorowe kwiatki. Patrząc na kieszonkowy zegarek, spoczywający na jej ręce, otworzyła laptopa i weszła na Skypa. Przed wyjazdem chciała jeszcze móc pożegnać się z przyjaciółką. Niestety, choć Ketie była rannym ptaszkiem to jednak nie było jej na portalu. Laura, postanowiła więc do niej zadzwonić. Bolało ją to, że przyjaciółka obraziła się na nią i przed wyjazdem się nie pogodzą. Nie chciała, aby Ketie tu została. Będzie samotna i na dodatek od wielu lat nigdzie nie wyjeżdża, gdyż w jej rodzinie się nie przelewa. Laura niejednokrotnie słyszała, gdy odwiedzała przyjaciółkę, jak jej mama mówi, że ledwo co starcza na jedzenie i opłacanie rachunków, a co dopiero na jakieś durne wycieczki. Poza tym Ketie ma chorą babcię, która pilnie potrzebuje strasznie drogich lekarstw, sprowadzanych nawet z zagranicy, więc Laura się nie dziwi, że Ketie nigdzie nie wyjeżdża. W głębi serca bardzo wspóczuła przyjaciółce, gdyż wiedziała jak to jest klepać biedę. Sama jeszcze niedawno musiała opiekować się ukochną staruszką i biegać w tą i z powrotem, aby spełniać jej zachcianki. Teraz, jednak ten problem już jej nie dotyczy. Ale jak to mówią każdy medal ma dwie strony. Jest coś czego Laura mogła pozazdrościć Ketie. Mianowicie tego, że miała rodzinę w komplecie. Ona już dawno zapomniała jak to jest, gdy wszyscy domownicy są tuż obok i mogą jej pomóc. Swojego taty prawie nie zanła. Wyjechał, gdy miała zaledwie 5 lat. Podobno w celu znalezienia pracy, lecz został tam na zawsze. Prawdopodobnie kogoś tam poznał. Nigdy się z nimi nie kontaktował i właściwie miał w nosie wszystko co dotyczy rodziny. Laura, sądzi, że coś mu się pomieszało i myśli, że nadal jest nastolatkiem i może robić co mu się żywnie podoba lub, że zapomniał że ma dzieci z powodu urazu głowy. Jakby się dobrze zastanowić to obie obcje są w jakiś sposób logiczne. Dziewczyna, jednak tak naprawdę była pewna, że ojciec tak naprawdę ich nie kocha. Kiedyś myślała, że to absurdalne, żeby rodzice nie darzyli uczuciem swych dzieci. Po swoich przeżyciach, zrozumiała, że to niestety okrutna prawda. Cieszyła się, jednak, że ma przynajmniej mamę i nie jest sierotą, mieszkającą w domu dziecka. Ta myśl zawsze podtrzymywała ją na duchu, kiedy myślała o braku taty u jej boku. Po głebokim zastanowieniu, Laura pomyślałą, że może Ketie wcale się nie obaziła, po prostu było jej przykro, że nigdzie nie pojedzie, więc zamiast dzwonić napisała jej długiego SMS-a, który miał na celu jej pocieszenie i na wszelki wypadek zawierał również przeprosiny, gdyby się okazało, że dziewczyna naprawdę się zdenerwowała. Wysłanie wiadomości poprawiło jej humor i przestała się martwić Ketie. Nagle zdała sobie sprawę, że jeszcze nic dziś nie jadła, tak była pochłonięta udobruchaniem swej przyjaciółki, że całkiem zapomniała o posiłku. Podreptała, więc wolnym krokiem do kuchni. Z lodówki wyciągnęła jogurt pełnoziarnisty ( od aut. Nw czy coś takiego isteniej ale oki xD) i pochłonęła go w zawrotnym tempie. Niestey, poczuła, że jej brzuszek domaga się czegoś jeszcze, daltego z ozdobnego koszyczka wyciągnęła czerwone jabłko. Smakowało wybornie, więc dziewczyna rozkoszowała się jego smakiem przez około 5 minut. Okazało się, że Clarie obserwowała ją przez cały jej pobyt w pomieszczeniu gastronomicznym,przez co, gdy Laura wyrzucała ogryzek do kosza, ona głośno wybuchnęła śmiechem.
- Hahaha... Przeżuwałaś niczym krowa to jabłko! - powiedziąła udając swoją siostrę, jedzącą owoc.
- Hahah.. Wiesz, bardzo śmieszne! - odpowiedziła zirytowana Laura.
- Oj! Nie wkurzaj się krówko! - zrobiła słodkie oczki Clarie. - Przecież one są strasznie słodkie, gdy nie robią placków na łące.
- Grr...
- No co? Prwdę mówię! Zapytaj mamusi, ona przyzna mi rację.
- W czym przyznam rację? - zapytała zdziwiona Ellen.
- Yyy.. w tym, że Clarie nie powinna się tak guzdrać, bo możemy się spóżnić na lotnisko. - wybrnęła zadowolona Laura,
- Nieprawda, chciałam żebyś powiedziała, że... Mhmm - nie dokończyła Clarie, gdyż siosta zamknęła jej buzię ręką.
- Hehe... w każdym bądź razie, Laura mam dla ciebie małą niespodzinakę... - szepnęła tajemniczo Ellen.
- Jaką? - spytała Laura, która już się przeraziła.Zazwyczaj mama nie planuje dobrych niespodzinek. Dziewczyna wiedziała to z własnego doświadczenia, dlatego tylko sztucznie się uśmiechnęła i udawała szczęśliwą.
- Juhu! Jak super, ciekawe co to takiego!
- Ej, nie rób takiej miny, bo się przerażę! - zasmiała się mama dziewczyn.
- No, to już nie trzymaj mnie w niepewności, tylko powiedz, co to takiego! - wykrzyknęła Laura.
- A więc... - Ellen otworzła drzwi i gestem zaptosiła kogoś do środka. Laura prawie padła z wrażenia, gdy w drzwiach pojawiła się... Ketie! I to w dodatku z wielką torbą i walizką.
- O Boże! Ketie! Co ty tu robisz? - wydukała dziewczyna, nadal będąca w lekkim szoku.
- Wiesz... jadę z tobą do L.E. !
- Serio? To czadowo! - powiedziała przytulając przyjaciółkę.
- Tak. Dla mnie to też szok. Pamiętasz jak ci wczoraj mówiłam, że mama ma dla mnie niespodziankę? To był właśnie bilet na wyjazd.
- Och!Nawet nie wiesz jak się cieszę, że będę tam z tobą! Bardzo ci dziekuję mamo! To najlepszy prezent jaki mogłam sobie wyobrazić! - krzyknęła rozradowana dziewczyna jednocześnie przytulając mamę.
- Dla ciebie wszystko córciu!
- Wszystko fajnie i w ogóle, ale... może byśmy się w końcu zbierali?! - oznajmiła dotychczas nic nie mówiąca Clarie.
- No tak! Mała ma rację. Do samochodu wszyscy. - zakomenderowała mama. Po 10 minutach wszyscy siedzieli już w aucie. Ellen szybko odpaliła swoje cacko i ruszyła w stronę ulicy Break Street. Ketie, która była jak zawsze punktualna, co chwilę z niecierpliwością spoglądała na zegarek.
 - Pszepraszam, ale mogła by pani trochę przyspieszyć, jeśli nie chcemy spóżnić się na samolot.
- Staram się jak mogę, ale w terenie zabudowanym nie mogę jechać szybciej. - odpowiedziała spokojnie Ellen. Po 15 minutach, na całe szczęście załoga dotarła na lotnisko GreenBC i wszyscy odetchnęli z ulgą, gdyż jak się okazało do odlotu zostało jeszcze około 10 minut. Ketie natychmiastowo przeszła przez odprawę i przed czasem usiadła na miejscu. Ellen wraz z Clarie zrobili to zaraz za starszą panią, która nic nie rozumiała ze słów kobiety sprawdzjącej paszporty i inne tego typu rzeczy, więc zanim dostali się do samolotu, to nieżle się wyczekali. Na samym końcu kolejki stała Laura. Zrozumiała, że mogła już nie iść po wodę z automatu, gdyż za swoją karyśną zachciankę musi teraz słono zapłacić. Stoi na samym końcu szeregu, ciągnącego się na prawie 50 osób. I jak na złość jeszcze but zaczął ją niemiłosiernie obcierać. Pomyślała, ze już gorzej być nie może. Nie wiedziała, jednak, że to nie koniec przykrych zdarzeń tego ranka. Dziewczyna zdjęła buta i masując stopę, wpadła na osobę stojącą przed nią. Dobrze się stało, że ten człowiek okazał się byś tak łaskawy, by pomóc jej wstać.
- Dz- dziękuję - mruknęła pod nosem.
- Laura? - zapytał. Dziewczyna poznała ten głos. Podniosła głowę i ujrzała... Dallasa!
- O... cześć! Co ty tu robisz? - zapytała, a oczy aż jej wyszły ze zdziwienia.
- Cześć! Jadę zwiedzić Hollywood. A ty?
- Ja... jadę do siostry. Vanessy Marano.
- Vanessa? To twoja siostra? - spytał podejrzliwie.
- Yy... tak, a co nie wierzysz mi?
- Wierzę. Kocham film w którym występuję. " Seks, kamera, akcja".
- Tak... co prawda nie oglądałam, ale fabuła mi się podobała.
- Nooo... to było boskie. A.... poznasz mnie z nią? Proszę, Laura zrób to dla mne! - powiedził proszącym tonem.
- No.... zobaczę co da się zrobić. - uśmiechnęłam się krzepiąco.
- Wiesz co... dam ci swój numer! Będziesz mogła do mnie zadzwonić, aby mnie z nią umówić.
- No to ok... - Laura poczuła uczucie... zazdrości? Dallas chciał się umówić z Nessą, a ona głupia myślała, że to ona mu się podoba. No cóż, musi pomóc.
- Dobrze, to daj ten numer...
- Ok. 777563210.
- Zapisane. Nessie pewnie się spodobasz...
- Co? Nie... chcę ją tylko spotkać i dostać autograf, a nie umawiać na randkę. - powiwedział lekko zakłopotany Dallas.
- Serio? No to spoko! - dziewczyna odetchnęła z ulgą. Dallas może też coś do niej czuję i teraz ma sznasę jedyną i niepowtarzalną, aby zdobyć jego serce. Chłopak pokazał swoje białe ząbki, a Laura zrobiła to samo. Po chwili patrzenia się na siebie, Dallas poszedł do kontroli. Przeszedł bez problemowo, więc teraz to dziewczyna miała przejść przez barierkę. Miła blondynka uśmiechnęła się do niej i przeszukała kieszenie oraz prześwietliła walizkę. Już po chwili, Laura znalazła swoją małą grupkę i dołączyła do nich. Ona usiadła z Ketie, a Ellen z Clarie. Samolot ruszył z nienacka, tak, że aż mała Marano jęknęła. Laurze również nie podobał się gwałtowny start, lecz cóż mogła poradzic na to poradzić. Dalsza część lotu minęła spokojnie. Dziewczyny słuchały muzyki i wesoło gawędziły o wszystkim i o niczym, tak jak za dawnych czasów. Laura także obserwowała obłoki unoszące się w powietrzu. Kiedy była mała patrzyła w niebo i wyobrażała sobie, że chmury to prezpyszna bita śmietana, którą rozlały wróżki. Lubiła sobie tak pomarzyć i wchodzić do swojego świata, o którym tylko ona wiedziała. Tak, to było niesamowiete, móc się odciąć od problemów codziennego dnia...
Obudził ją głos stuardessy, którą inforomała o zapięciu pasów. Laura otworzyła ciężkie powieki i wykonała prosbę dziewczyny. Patrząc w okno widziała jak ziemia jest coraz bliżej i bliżej. Czuła się jakby samolot spadał w ciemną przepaść, lecz tak naprawdę wiedziała, że piloci mają wszystko pod kontrolą i nie musi się martwić. Na chwilę zamknęła oczy, a gdy je otworzyła to była już na lądzie. Odpięła pas i wraz z Ketie wyszła z samolotu. Rozglądając sie wokoło poczuła, że w L.E będzie wspaniale i czeka ją coś niezwykłego, wspaniała przygoda...







niedziela, 11 maja 2014

Rozdział 1

Rozdział 1

* 28 czerwca, Szkoła Marino High School*

Dziś zakończenie roku. Przez cały tydzień harowałam jak wół, aby poprawić swoje oceny. Wraz z Ketie musiałyśmy dodatkowo ostro pracować nad naszym kólkiem taetralnym. Na uroczystość zakończenia roku, członkowie wystawiali sztukę o tym jak fajnie było w szkole, uczyć się, przeżywać wspólne chwile, te radosne i przykre. Ja napisałam scenariusz i przygotowywałam aktorów do roli, a Ketie, która niesamowiecie maluje, przygotowała scenografię. Wszystko wyszło tak, jak planowaliśmy. Mam nadzieję, że nikogo nie zje trema i przedstawienie wyjdzie tak jak należy. 
- Laura! Kotku, zejdź na dół. - krzyknęla mama z kuchni, tym samym budząc mnie z słodkiego snu. No trudno - pomyślałam. Kto rano wstaje temu Pan  Bóg daje, więc nie myśląc dłużej, zeszłam na dół w celu posilenia się. Jak najszybciej wsunęłam dwie kanapki i podreptałam do łazienki. Raz-dwa umyłam zęby i posmarowałm się kremem Nivea. Potem z mojej wielkiej, lecz bardoz skromnej szafy wyciągnęłam to:
Przejrzałam się w lustrze, by poprawić szczegóły stroju. Po 5 minutach uznałam, że wyglądam dość dobrze i postanowiłam zrobić delikatny makijaż i zakręcić lokówką włosy. Wszystko zajęło mi około 20 minut, gdyż nie mam wprawy z malowaniu i nie bardzo umiem sobie radzić z moją roztapirzoną czupryną, zwłaszcza po długiej, bezsennej nocy, podczas której przewracam się z boku na bok. Jednak efek wyszedł mi całkiem dobry, gdyż schodząc po schodach mama z Clarie zaczęły bić brawo i przezywać mnie od TOP Model. Ja natomiast odgryzłam mojej siostrze, że zachowuje się jak śimak, bez skorupki, gdyż powinna już od dawna być ubrana, a nie siedzieć w słodkiej pidżamce w jednorożce. Po tych słowach wszystkie się zaśmiałyśmy, a Clarie poszła się przebrać w odpowiedni strój. Pomyślałm, że widocznie moją uwagę bardzo przyjęła sobie do serduszka. 
- Laura, przypilnujesz Clarie w szkole? - zapytała mama wyrywając mnie z transu.
- Yyy.. oczywiście! A ty nie idziesz z nią? 
- Mam coś pilnego do załatwienia w sprawie naszego wyjazdu do Vanessy i niestety nie mogę z nią iść.
- Rozumiem... A co to takiego? - zagadnęłam moją rodzicielkę.
- Wiesz... takie am w sprawie paszportów, biletów i w ogóle. - odrzekła, z lekkim podenerwowaniem.
- Dobra, nie będę wnikała w to, co kombinujesz. - zaśmiałam się, a mama zawtórowała mi. 
- Nic nie kombinuję! - broniła się. - Przysięgam. 
- No nieważne. Gdzie to małe ślimaczysko znowu jest! - wykrzyknęłam, patrząc na zegarek, który wskazywał odpowiednią godzinę do wyjścia. Ni z tąd ni z owąd, w kuchni pojawiła się Clarie, patrząca na mnie morderczym wzrokiem. Bez namysłu pociągnęłam ją za rękę i mówiąc mamie krótkie " Pa" , wyszłam z domu, kierując się w stronę przystanku autobusowego. Jak się później okazało, przyszłyśmy za późno, gdyż autobus odjechał pół godziny temu. Ech... - westchnęłam cicho. Niepotrzebnie się fatygowałyśmy, mogliśmy od razu iść skrótem, który znamy tylko ja, Clarie i Vanessa. W wiosenne poranki, gdy byłyśmy małe to nie mogłyśmy sobie wyobrazić, jechania autobusem i marnowania tak nadzwyczj pięknego dnia, i to jeszcze wtedy, gdy przyroda budzi się do życia. Nauczyła nas tego nasza babcia. Zawsze powtarzała: " Grzechem jest siedzieć na tyłku w autobusie, gdy wszystko takie zielone i piękne aż chciałoby się tam położyć i nigdy nie wstawać". Niestety, teraz już jej nie ma. Odeszła z tego świata dwa lata temu. Pamiętam, że na pogrzebie straszliwie płakałam, gdyż odeszła bliska memu sercu osoba. Nawet teraz, gdy to sobie przypomnę to łza się kręci w oku. 
- Laura! Laura! - krzyczała szarpiąca mnie siostra. - Zasnęłaś czy co? - zapytała podnosząc brew.
- Ech... Trochę. Nieważne, chodźmy przez park bo inaczej się spóźnimy.
- In tak się spóźnimy! - powiedziała, a raczej krzyczała tupiąc nogą. - Pani mnie chyba zabije!
- Oj! Bez przesady ślimaczku, nie będzie tak źle. - pocieszałam młodszą siostrę, choć gdy spojrzałam na zegarek mina mi zrzedła. Wskazywał 8:53. To znaczy, że za siedem minut roazpocznie się akademia. Ugh... nie ma szans, żebyśmy zdążyły, przynajmniej nie na pieszo. Zastanawiałam się gorączkowo co by tu zrobić, stukając nogami o kostkę. Z nienacka usłyszałam czyjś głos.
- Pomóc w czymś może? 
- Eee... - wydukałam, patrząc na przystojengo bruneta o ciepłych, zielonych oczach. Rozpoznałam w nich Dallasa - chłopaka chodzącego do naszej szkoły i moją pierwszą szaloną miłość. Kochałam się w nim w podstawówce. To były piękne czasy - powiedziałam, patrząc rozmarzonym wzrokiem gdzieś w dal. 
- Wszystko w porządku? - zapytał, potrzącając delikatnie moim ciałem.
- Eee... w jak najlepszym. - powiedziałam, głupio się usmiechając.
- To w czymś pomóc?
- Tak! - usłyszałam głos mojej zniecierpliwionej młodszej siostrzyczki. - Byłbyś tak łaskawy i zawiózł nas do szkoły? 
- Jasne! - odrzekła widocznie rozbawiony tonem Clarie. - Wsiadajcie - gestem zaprosił nas do czarnego Audi. Z chęcią wsiasdłyśmy i już po chwili auto zaparkowało pod szkołą. Clarie, zazwyczaj w ślimaczym tempie, ruszała do szkoły, lecz nie teraz. Teraz wybiegła z samochodu jak strzała i pobiegła na swych krótkich nóżkach do wejścia głównego. 
- Dzięki na podwiezienie mnie i małej desperatki. - uśmiechnęłam się przyjacielsko.
- Nie ma za co. To była czysta przyjemność. - rzekł, pokazując szereg białych ząbków.
- Uwierz - jest. Gdyby nie ty to mała desperatka nie dotarła by na czas i mnie ukatrupiła. - zaśmiałam się cicho. 
- Hehe... jest słodka i urocza. Zupełnie jak siostra. - uśmiechnął się zawadiacko. Wiedział jaki komplement mi zasugerować, abym poczuła się wyjątkowo.
- Hehe. Bardzo śmieszne, ale jeśli nie chcemy się spóźnić to lepiej się zbierać. - wskazałam na drzwi, zza których lada chwila miała wypłynąć muzyka. 
- Masz rację. No to lećmy! - krzyknął, łapiąc mnie za rękę i ciągnąc do wejścia.
***

Apel minął w miarę szybko. Pani dyrektor Susan Blarckson, mówiła głównie o bezpicznych wakacjach i pożegnaniu absolewntów, czyli w tym przypadku również mnie. Potem odbyło się nasze debiutanckie przedstawienie, nagrodzone owacjami na stojąco. Odśpiewaliśmy kilka piosenek, ale ja raczej tylko otwierałam usta i udawałam, że śpiewam. Zaczęliśmy mówić jakieś wierszyki. niektóre śmieszne i komiczne, a inne dramatyczne i straszen. Mi akurat przypadł wrażliwy utwór, w którym mówiono o tym, że kończy się beztroski czas, wkraczamy do dorosłości, i już nie będziemy więcej mogli wrócić do szklnych lat. Wiele osób, gdy go usłyszało, zaczęło szlochać. Nauczyciel tylko uronili kilka łez, a Ketie za to miała oczy czerwone od płaczu. Po moim wystąpieniu młodsi koledzy wręczali nam kwiaty i prezenty. Na sam koniec klasa Clarie, zadedykowała nam króciutki teatrzyk. Potem wszyscy zaczęli się żegnać. Wzruszyłam się i to bardzo. Co prawda niezbyt lubiłam tę szkołę i nie spędziłam tu najlepiej czasu, ale nie da się zaprzeczyć. że jestem i będę z nią silnie związana. Gdy wyszliśmy ze szkoły,wraz w Ketie, rozprawialiśmy o naszych planach na wakcje i pomysłach na kolejny rok szkolny.
- Nie mogę uwierzyć w to, że skończyłyśmy gimnazjum. Myślałam, że będzie trwać wiecznie. - ogłosiła poważnym tonem przyjaciółka, a ja po usłyszeniu jej słów głośno się zaśmiałam. 
- Hehe... Tak. Masz absolutną rację. Jeszcze pamiętam jak pisaliśmy testy i stresowaliśmy się tym, jak nam pójdą.
- Tak... a teraz? Czas wolny. Co robisz we wakcje? - dopytywała Ketie, choć wiele razy jej mówiłam, że jadę do L.E.
- Jadę o Nessy. - przewróvciłam oczami. - A ty?
- Ja... miałam jechać do Florencji, na obóz konny, lecz mama powiedzia, że nie ma pieniędzy i pojadę na przyszły rok. Mówi tak od... 5 lat! - wypaliła.
- Oj! Nie przejmuj się. A może tak... pojedziesz z nami? - zapytałam, gdyż było mi żal Ketie. Ja będę strasznie daleko, a ona tutaj, w Miami - sama.
- To... czadowa propozycja! -przyznała. - Ale... ty chcesz ten czas spędzić z siostrą. Będę ci tam tylko przeszkadać. Poza tym mama pewnie in tak mi nie pozwoli. Ostatnio zrobiła się zbyt nadopiekuńcza - powiedziała smutnym i pełnym żalu głosem. 
- Wielka szkoda. - westchnęłam. - Ale nie martw się! W Miami na pewno spędzisz wesoło czas. - pocieszałam Ketie.
- Tak. Będę zajmować się młodszym bratem, sprzątać i uczyć się gotować u babci, która jest niewidoma. Ostatnio nawet wsadziła mi głowę do miski z wyrobem ciasta i zaczęła tłuc wałkiem. Juhu! Już się nie mogę doczekać.
- Oj tak, oj tam. - machnęłam ręką.
- Na twoim miejscu też bym tak mówiła, gdybym jechała do stolicy sławy i filmu, pęłnej gwiazd.- burknęła - A teraz wybacz, ale mama kazała mi przyjśc wcześniej. Powiedziała, że ma dla mnie niespoziankę. Może będę mogła zająć sie dzieckiem sąsiadki - CeCe. Jeśli to coś można nazwać w ogóle dzieckiem. Pa.
- No to cześć! - krzyknęła na pożegnanie do przyjaciółki, a potem poszłam po Clarie bawiącą się na placu zabaw. Szybko pociągnełam ją za rękę i wytrzepałam z piasku. Do domu wracałyśmy pieszo i w ciszy.




Prolog

Prolog


Jestem Laura Marano. Na pozór zwykła, przeciętna dziewczyna,. Niewiele osób wie, że mam anielski głos i potrafię nim zaczarować nawet najtwardsze serca. Dlaczego niewiele? Otóż od pewnego wydarzenia nienawidzę muzyki. Gdy mam coś zagrać lub zaśpiewać to... nie potrafię. Po prostu nagle zamykam się w sobie. Taka już moja natura. Wracając do mniej osobistych spraw, mam 16 lat. Mieszkam wraz z mamą i młodszą siostrą - Clarie w Miami. Już za tydzień wakacje - najlepszy czas w roku. Wyjeżdżam do tłocznego Los Angeles do Vanessy - świeżo upieczonej aktorki, mojej ukochanej towarzyszki zabaw w dzieciństwie i oczywiście siostry, która  nigdy mnie nie opuści. Tam odpocznę od moich codziennych problemów i zmartwień. Tam, w końcu poczuję zapach morskiej bryzy i delikatne promienie słońca. Na samą myśl po plecach przechodzi mi przyjemny dreszczyk. Oj, coś czuję, że to będą niezapomniane wakacje...




***
Oto beznadziejny prolog! Po prostu nie umiem ich pisać, choć bardzo się staram. Mam nadzieję, że przynajmniej jedna osoba będzie czytać tego bloga i komentować. Jak to mówią nadizeja umiera ostatnia... :***

sobota, 10 maja 2014

CZEŚĆ!!

CZEŚĆ!!
Witajcie! Jest to mój pierwszy ( i mam nadzieję, że nie ostatni) blog. Piszę go z myślą o moich ulubionych gwiazdach - Laurze i Rossie, grających w serialu Austin&Ally.  Bardzo chcę aby się Wam spodobał, dlatego będę starała się pisać go jak najlepiej. Może jutro dodam prolog. Dzięki wielkie za uwagę!! 

<3