niedziela, 11 maja 2014

Rozdział 1

Rozdział 1

* 28 czerwca, Szkoła Marino High School*

Dziś zakończenie roku. Przez cały tydzień harowałam jak wół, aby poprawić swoje oceny. Wraz z Ketie musiałyśmy dodatkowo ostro pracować nad naszym kólkiem taetralnym. Na uroczystość zakończenia roku, członkowie wystawiali sztukę o tym jak fajnie było w szkole, uczyć się, przeżywać wspólne chwile, te radosne i przykre. Ja napisałam scenariusz i przygotowywałam aktorów do roli, a Ketie, która niesamowiecie maluje, przygotowała scenografię. Wszystko wyszło tak, jak planowaliśmy. Mam nadzieję, że nikogo nie zje trema i przedstawienie wyjdzie tak jak należy. 
- Laura! Kotku, zejdź na dół. - krzyknęla mama z kuchni, tym samym budząc mnie z słodkiego snu. No trudno - pomyślałam. Kto rano wstaje temu Pan  Bóg daje, więc nie myśląc dłużej, zeszłam na dół w celu posilenia się. Jak najszybciej wsunęłam dwie kanapki i podreptałam do łazienki. Raz-dwa umyłam zęby i posmarowałm się kremem Nivea. Potem z mojej wielkiej, lecz bardoz skromnej szafy wyciągnęłam to:
Przejrzałam się w lustrze, by poprawić szczegóły stroju. Po 5 minutach uznałam, że wyglądam dość dobrze i postanowiłam zrobić delikatny makijaż i zakręcić lokówką włosy. Wszystko zajęło mi około 20 minut, gdyż nie mam wprawy z malowaniu i nie bardzo umiem sobie radzić z moją roztapirzoną czupryną, zwłaszcza po długiej, bezsennej nocy, podczas której przewracam się z boku na bok. Jednak efek wyszedł mi całkiem dobry, gdyż schodząc po schodach mama z Clarie zaczęły bić brawo i przezywać mnie od TOP Model. Ja natomiast odgryzłam mojej siostrze, że zachowuje się jak śimak, bez skorupki, gdyż powinna już od dawna być ubrana, a nie siedzieć w słodkiej pidżamce w jednorożce. Po tych słowach wszystkie się zaśmiałyśmy, a Clarie poszła się przebrać w odpowiedni strój. Pomyślałm, że widocznie moją uwagę bardzo przyjęła sobie do serduszka. 
- Laura, przypilnujesz Clarie w szkole? - zapytała mama wyrywając mnie z transu.
- Yyy.. oczywiście! A ty nie idziesz z nią? 
- Mam coś pilnego do załatwienia w sprawie naszego wyjazdu do Vanessy i niestety nie mogę z nią iść.
- Rozumiem... A co to takiego? - zagadnęłam moją rodzicielkę.
- Wiesz... takie am w sprawie paszportów, biletów i w ogóle. - odrzekła, z lekkim podenerwowaniem.
- Dobra, nie będę wnikała w to, co kombinujesz. - zaśmiałam się, a mama zawtórowała mi. 
- Nic nie kombinuję! - broniła się. - Przysięgam. 
- No nieważne. Gdzie to małe ślimaczysko znowu jest! - wykrzyknęłam, patrząc na zegarek, który wskazywał odpowiednią godzinę do wyjścia. Ni z tąd ni z owąd, w kuchni pojawiła się Clarie, patrząca na mnie morderczym wzrokiem. Bez namysłu pociągnęłam ją za rękę i mówiąc mamie krótkie " Pa" , wyszłam z domu, kierując się w stronę przystanku autobusowego. Jak się później okazało, przyszłyśmy za późno, gdyż autobus odjechał pół godziny temu. Ech... - westchnęłam cicho. Niepotrzebnie się fatygowałyśmy, mogliśmy od razu iść skrótem, który znamy tylko ja, Clarie i Vanessa. W wiosenne poranki, gdy byłyśmy małe to nie mogłyśmy sobie wyobrazić, jechania autobusem i marnowania tak nadzwyczj pięknego dnia, i to jeszcze wtedy, gdy przyroda budzi się do życia. Nauczyła nas tego nasza babcia. Zawsze powtarzała: " Grzechem jest siedzieć na tyłku w autobusie, gdy wszystko takie zielone i piękne aż chciałoby się tam położyć i nigdy nie wstawać". Niestety, teraz już jej nie ma. Odeszła z tego świata dwa lata temu. Pamiętam, że na pogrzebie straszliwie płakałam, gdyż odeszła bliska memu sercu osoba. Nawet teraz, gdy to sobie przypomnę to łza się kręci w oku. 
- Laura! Laura! - krzyczała szarpiąca mnie siostra. - Zasnęłaś czy co? - zapytała podnosząc brew.
- Ech... Trochę. Nieważne, chodźmy przez park bo inaczej się spóźnimy.
- In tak się spóźnimy! - powiedziała, a raczej krzyczała tupiąc nogą. - Pani mnie chyba zabije!
- Oj! Bez przesady ślimaczku, nie będzie tak źle. - pocieszałam młodszą siostrę, choć gdy spojrzałam na zegarek mina mi zrzedła. Wskazywał 8:53. To znaczy, że za siedem minut roazpocznie się akademia. Ugh... nie ma szans, żebyśmy zdążyły, przynajmniej nie na pieszo. Zastanawiałam się gorączkowo co by tu zrobić, stukając nogami o kostkę. Z nienacka usłyszałam czyjś głos.
- Pomóc w czymś może? 
- Eee... - wydukałam, patrząc na przystojengo bruneta o ciepłych, zielonych oczach. Rozpoznałam w nich Dallasa - chłopaka chodzącego do naszej szkoły i moją pierwszą szaloną miłość. Kochałam się w nim w podstawówce. To były piękne czasy - powiedziałam, patrząc rozmarzonym wzrokiem gdzieś w dal. 
- Wszystko w porządku? - zapytał, potrzącając delikatnie moim ciałem.
- Eee... w jak najlepszym. - powiedziałam, głupio się usmiechając.
- To w czymś pomóc?
- Tak! - usłyszałam głos mojej zniecierpliwionej młodszej siostrzyczki. - Byłbyś tak łaskawy i zawiózł nas do szkoły? 
- Jasne! - odrzekła widocznie rozbawiony tonem Clarie. - Wsiadajcie - gestem zaprosił nas do czarnego Audi. Z chęcią wsiasdłyśmy i już po chwili auto zaparkowało pod szkołą. Clarie, zazwyczaj w ślimaczym tempie, ruszała do szkoły, lecz nie teraz. Teraz wybiegła z samochodu jak strzała i pobiegła na swych krótkich nóżkach do wejścia głównego. 
- Dzięki na podwiezienie mnie i małej desperatki. - uśmiechnęłam się przyjacielsko.
- Nie ma za co. To była czysta przyjemność. - rzekł, pokazując szereg białych ząbków.
- Uwierz - jest. Gdyby nie ty to mała desperatka nie dotarła by na czas i mnie ukatrupiła. - zaśmiałam się cicho. 
- Hehe... jest słodka i urocza. Zupełnie jak siostra. - uśmiechnął się zawadiacko. Wiedział jaki komplement mi zasugerować, abym poczuła się wyjątkowo.
- Hehe. Bardzo śmieszne, ale jeśli nie chcemy się spóźnić to lepiej się zbierać. - wskazałam na drzwi, zza których lada chwila miała wypłynąć muzyka. 
- Masz rację. No to lećmy! - krzyknął, łapiąc mnie za rękę i ciągnąc do wejścia.
***

Apel minął w miarę szybko. Pani dyrektor Susan Blarckson, mówiła głównie o bezpicznych wakacjach i pożegnaniu absolewntów, czyli w tym przypadku również mnie. Potem odbyło się nasze debiutanckie przedstawienie, nagrodzone owacjami na stojąco. Odśpiewaliśmy kilka piosenek, ale ja raczej tylko otwierałam usta i udawałam, że śpiewam. Zaczęliśmy mówić jakieś wierszyki. niektóre śmieszne i komiczne, a inne dramatyczne i straszen. Mi akurat przypadł wrażliwy utwór, w którym mówiono o tym, że kończy się beztroski czas, wkraczamy do dorosłości, i już nie będziemy więcej mogli wrócić do szklnych lat. Wiele osób, gdy go usłyszało, zaczęło szlochać. Nauczyciel tylko uronili kilka łez, a Ketie za to miała oczy czerwone od płaczu. Po moim wystąpieniu młodsi koledzy wręczali nam kwiaty i prezenty. Na sam koniec klasa Clarie, zadedykowała nam króciutki teatrzyk. Potem wszyscy zaczęli się żegnać. Wzruszyłam się i to bardzo. Co prawda niezbyt lubiłam tę szkołę i nie spędziłam tu najlepiej czasu, ale nie da się zaprzeczyć. że jestem i będę z nią silnie związana. Gdy wyszliśmy ze szkoły,wraz w Ketie, rozprawialiśmy o naszych planach na wakcje i pomysłach na kolejny rok szkolny.
- Nie mogę uwierzyć w to, że skończyłyśmy gimnazjum. Myślałam, że będzie trwać wiecznie. - ogłosiła poważnym tonem przyjaciółka, a ja po usłyszeniu jej słów głośno się zaśmiałam. 
- Hehe... Tak. Masz absolutną rację. Jeszcze pamiętam jak pisaliśmy testy i stresowaliśmy się tym, jak nam pójdą.
- Tak... a teraz? Czas wolny. Co robisz we wakcje? - dopytywała Ketie, choć wiele razy jej mówiłam, że jadę do L.E.
- Jadę o Nessy. - przewróvciłam oczami. - A ty?
- Ja... miałam jechać do Florencji, na obóz konny, lecz mama powiedzia, że nie ma pieniędzy i pojadę na przyszły rok. Mówi tak od... 5 lat! - wypaliła.
- Oj! Nie przejmuj się. A może tak... pojedziesz z nami? - zapytałam, gdyż było mi żal Ketie. Ja będę strasznie daleko, a ona tutaj, w Miami - sama.
- To... czadowa propozycja! -przyznała. - Ale... ty chcesz ten czas spędzić z siostrą. Będę ci tam tylko przeszkadać. Poza tym mama pewnie in tak mi nie pozwoli. Ostatnio zrobiła się zbyt nadopiekuńcza - powiedziała smutnym i pełnym żalu głosem. 
- Wielka szkoda. - westchnęłam. - Ale nie martw się! W Miami na pewno spędzisz wesoło czas. - pocieszałam Ketie.
- Tak. Będę zajmować się młodszym bratem, sprzątać i uczyć się gotować u babci, która jest niewidoma. Ostatnio nawet wsadziła mi głowę do miski z wyrobem ciasta i zaczęła tłuc wałkiem. Juhu! Już się nie mogę doczekać.
- Oj tak, oj tam. - machnęłam ręką.
- Na twoim miejscu też bym tak mówiła, gdybym jechała do stolicy sławy i filmu, pęłnej gwiazd.- burknęła - A teraz wybacz, ale mama kazała mi przyjśc wcześniej. Powiedziała, że ma dla mnie niespoziankę. Może będę mogła zająć sie dzieckiem sąsiadki - CeCe. Jeśli to coś można nazwać w ogóle dzieckiem. Pa.
- No to cześć! - krzyknęła na pożegnanie do przyjaciółki, a potem poszłam po Clarie bawiącą się na placu zabaw. Szybko pociągnełam ją za rękę i wytrzepałam z piasku. Do domu wracałyśmy pieszo i w ciszy.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz